Oj dużo słychać ale jak zwykle nic konkretnego. Jak zwykle Jaśnie Wielmożny Constraction buduję potęgę na Ligę Mistrzów. Nie za bardzo wiadomo co ma na myśli. Czy walkę o wyjście z eliminacji czy co najmniej ćwierćfinał. Ostatnio stwierdził, że nawet Mistrz Polski nie przyniósłby mu satysfakcji, więc można domniemywać, że aspiracje ma na podium europejskich rozgrywek. Chwali się to bo trzeba mieć duże ambicję. A przykład dobry idzie z zagranicy przecież taka Barcelona, Real, MU czy Bayern to skromne kluby z co prawda ze słabą organizacją, ale z wielkimi ambicjami. Są to kluby które tak jak Polonia nie maja struktur a jednak dają radę na europejskich salonach. i tak samo jak dla JW, dla nich nie liczą się tytuły krajowe tylko gra w lidze mistrzów. Na przykład tak Arsenal z Anglii. Dla nich nie liczy się, że od 7 lat nie mogą zdobyć tytułu mistrzowskiego. Bo ich priorytetem są właśnie rozgrywki europejskie. Tak samo jak angielskich kibiców. Przeciętny anglik nie chce mistrzostwa Anglii swojego klubu. On woli LM.
Tylko zastanawiające jest dlaczego tak trudno na wyspach kupić bilet na mecz ligowy a na rozgrywki europejskie jest znacznie łatwiej. I dziwne brzmią słowa JW bo by można odnieść wrażenie jakby zdobywał mistrzostwo co sezon, skoro deprecjonuje osiągnięcia innych w tym wypadku Wisły Kraków. Drogi Panie Józefie, gdyby "pańska" Polonia osiągnęła by chociaż połowę tego co Wisła Ciupały, to może Pana słowa byłyby zrozumiałe. Ale póki co ma Pan osiągnięcia Polonii Ranieckiego. Jasne, że każdy chciałby Ligi Mistrzów, ale powinno odróżniać się marzenia od rzeczywistości. A poza tym jeżeli ktoś nie rozumie czym dla kibica jest zdobycie mistrzostwa kraju to ma mgliste pojecie o piłce. Na całym świecie dla kibiców właśnie takie trofeum jest ziszczeniem marzeń.
Jeżeli cały czas Józek nie łapie o co chodzi, to niech posłucha śpiewu kibiców na co czekają najbardziej.
poniedziałek, 11 lipca 2011
piątek, 8 lipca 2011
Where Eagles Dare
Ten film to pół mojego dzieciństwa (drugiej połówki nie pamiętam). Oglądałem go namiętnie będąc dzieckiem. Oczy niewinnego pacholęcia z lubością pożerały sceny, w których Clint Eastwood serią z karabinu maszynowego zabija pół niemieckiego batalionu, wybuch dynamitu wysadza żołdaków na dobre pięć metrów w górę, a wagonik kolejki górskiej służy jako arena walki na śmierć i życie. Już nie mówię o cyckach bawarskich barmanek, na których kobiece role w tym filmie się zaczęły i skończyły (no, prawie). Dzieło trwa prawie 160 minut i pamiętam, że końcówkę filmu musieliśmy z ojcem nagrać na drugiej kasecie – na standardowym, dwugodzinnym „Maxellu” się już nie zmieściło. Katowałem obie do ich kompletnego zdarcia.
Obecnie stosunek do dzieła mam wręcz nabożny. Oglądam je bardzo rzadko. Jeżeli już – zawsze z odpowiednią celebrą. Piwo w dłoni, nogi na stół, kanapka z pasztetem oraz majonezem i te sprawy. Im jestem starszy, tym oczywiście więcej widzę wad. To co zachwycało dziesięciolatka, trzydziestolatka już raczej bawi, a czasem zawstydza naiwnością. Nie będę wymieniał, ale sporo scen opuścił zdrowy rozsądek. Mamy tu wybuchające wagoniki kolejki (w sumie – wybucha tu połowa rekwizytów), głupich żołnierzy, którzy dają nabierać się na pułapki godne Kevina samego w domu, bohaterów których nie imają się kule i zaskakujące zakończenie, które wcale nie jest zaskakujące. Richard Burton, czyli pierwsza i jedyna na świecie, butelka whisky, która została aktorem, gra tutaj z taką manierą jakby wcielał się co najmniej w Hamleta. Ale ten typ już tak miał. Plotka głosi, że od końca lat pięćdziesiątych do swojej śmierci, nie raczył wytrzeźwieć ani razu. Eastwood zaś, w przededniu początku swojej prawdziwej, wielkiej kariery, przez cały film zaskakuje nas jedną i ta samą miną, która mówi – „dobrze że mi za to solidnie płacą”, ewentualnie „co tu tak śmierdzi”. Co za aktor!
Sama intryga wygląda jakby Alistair MacLean szył ją grubymi nićmi, nie za bardzo martwiąc się o logikę. Tylko czy o logikę chodzi w kinie rozrywkowym, chyba nie. Chodzi o zabawę, a tą akurat film dostarcza nadal, mimo swego wieku. Powstał w 1968 roku, czyli bagatela, 43 lata temu... I nadal trzyma przysłowiowe jajka w imadle.
Broadsword to Danny Boy, over!
czas kiedy nie byłem skinem, ale chciałem im być część 2
Jak powiedziało się a trzeba powiedzieć b. Nawet jak się nie chce. Miałem już tak wcześniej, że w trakcie pisania postu ogarniało mnie lenistwo i kończyłem pisząc, że to część 1. Z reguły nigdy nie pisałem już części drugiej. No cóż, czas zmienić te złe nawyki i kończyć coś co się zapowiedziało. W końcu nie mogę obniżać poziomu tego blogu, który istnieje tylko dzięki Sadatowi. Nie wypada.
Dobra to jedziemy z tym koksem. Tak jak pisałem, dobra skinowska muzyka towarzyszyła mi od dawien dawna. Jak byłem satanistą i wtedy kiedy byłem awangardą polskiego ruchu konserwatywnego o profilu katolicko-narodowym. Wtedy na różnych popijawach z innymi prawicowymi ekstremistami często w tle leciał Legion, wydawany na wspaniałych nośnikach jakimi były taśmy magnetofonowe. W pijackiej, ułańskiej fantazji często dołączaliśmy się do co bardziej chwytliwych refrenów. Na przykład ten, w którym polska młodzież pragnie dostać w swoje ręce dużo karabinów

Jak można się domyśleć jako młody konserwatysta słuchałem mniej piewców darwinowskiej fitness a bardziej nacjonalistyczne dźwięki. Stąd właśnie polskie kapele pokroju Legionu, Szczerbca czy Sztormu 68.
Teraz już nie jestem w żadnej politycznej organizacji ani nie jestem skrępowany ramami żadnej subkultury. Dlatego słucham tego na co mam ochotę, niezależnie od poglądów głoszonych przez danych artystów i nie widzę powodów żeby się z tego komukolwiek tłumaczyć. Mam już swoje lata jakieś tam subkulturowe przepychanki kto jest naziolem kto lewakiem a kto satanistą nic mnie nie obchodzą.
tak na zakończenie tego nieco wymuszonego postu, parę moich ulubionych kawałków ze sceny wp.

Dobra to jedziemy z tym koksem. Tak jak pisałem, dobra skinowska muzyka towarzyszyła mi od dawien dawna. Jak byłem satanistą i wtedy kiedy byłem awangardą polskiego ruchu konserwatywnego o profilu katolicko-narodowym. Wtedy na różnych popijawach z innymi prawicowymi ekstremistami często w tle leciał Legion, wydawany na wspaniałych nośnikach jakimi były taśmy magnetofonowe. W pijackiej, ułańskiej fantazji często dołączaliśmy się do co bardziej chwytliwych refrenów. Na przykład ten, w którym polska młodzież pragnie dostać w swoje ręce dużo karabinów
Jak można się domyśleć jako młody konserwatysta słuchałem mniej piewców darwinowskiej fitness a bardziej nacjonalistyczne dźwięki. Stąd właśnie polskie kapele pokroju Legionu, Szczerbca czy Sztormu 68.
Teraz już nie jestem w żadnej politycznej organizacji ani nie jestem skrępowany ramami żadnej subkultury. Dlatego słucham tego na co mam ochotę, niezależnie od poglądów głoszonych przez danych artystów i nie widzę powodów żeby się z tego komukolwiek tłumaczyć. Mam już swoje lata jakieś tam subkulturowe przepychanki kto jest naziolem kto lewakiem a kto satanistą nic mnie nie obchodzą.
tak na zakończenie tego nieco wymuszonego postu, parę moich ulubionych kawałków ze sceny wp.
wtorek, 5 lipca 2011
Panie Ty mój, roboty mam w wuj
Gdy roboty w chuk, jedyne wybawienie to wieczorne piwo oraz dobra, biała muzyka. Chciałbym napisać coś więcej, kolejka tematów zwiększa się z każdym dniem, albowiem myślący ze mnie człowiek i mam różne takie teorie, które chciałbym upublicznić, by żyło nam się wszystkim lepiej. No ale nie ma na to za bardzo czasu. Ludzkość musi poczekać.
Co do muzyki zaś, to cieszy mnie to, że studnia klasyki punk rocka jest taka nieprzebrana. Każdego dnia albowiem odkrywam inne to znowu perły i ciągle mam wrażenie, że tysiące kolejnych czekają na mnie cierpliwie. Trochę wstyd ale co tam – punkiem, w przeciwieństwie do skina, byłem ledwie przez jeden wieczór. I to niepełny. Więc tak jakby jestem usprawiedliwiony.
Zespół nazywa się “999”, a utwór to “Titanic Reaction”. Gdzieś go już kiedyś słyszałem. Musiałem, albowiem wzorem inżyniera Mamonia, lubię tylko te piosenki, które już znam. A tę (albo i tą, nigdy nie wiem) lubię w chuj, czyli bardzo.
To nadal “999” ich hit “Me and my desire”. Nieco pedalski ten ich punk rock momentami bywał, ale co dopiero powiedzieć można o ich image? Freddie Mercury cmoknąłby z zachwytu na widok tych ślicznych chłopaków, a dzisiejsi hipsterzy to by pewnie zamruczeli, takie to wszystko było niezależne i undergroundowo wyjątkowe.

Idąc tropem punkowych i post-punkowych hitów jeszcze jedna rzecz na “dobranoc”. Drużyna nazywa się „Gang of Four” i gdyby to kogoś interesowało, zespoły takie jak REM czy Red Hot Chili Peppers publicznie deklarują, że ich twórczość ukształtowała im gusta. Dla mnie to średnia rekomendacja, ale muzyka się broni, przynajmniej te płyty, gdzie spomiędzy różnych eksperymentów słychać czasami linię melodyczną. Ot, chociażby w dziele „Damaged Goods”, śmiem twierdzić, że piosence ocierającej się o doskonałość.
Tylko tekst coś nie za bardzo ten teges – coś o pożądaniu, pocie i zlizywaniu soli z nagich kobiecych ciał (te kobiece to sobie sam dopowiedziałem, mając nadzieję, że chodzi właśnie o takowe, w sumie to nie jest takie pewne...).
Co do muzyki zaś, to cieszy mnie to, że studnia klasyki punk rocka jest taka nieprzebrana. Każdego dnia albowiem odkrywam inne to znowu perły i ciągle mam wrażenie, że tysiące kolejnych czekają na mnie cierpliwie. Trochę wstyd ale co tam – punkiem, w przeciwieństwie do skina, byłem ledwie przez jeden wieczór. I to niepełny. Więc tak jakby jestem usprawiedliwiony.
Zespół nazywa się “999”, a utwór to “Titanic Reaction”. Gdzieś go już kiedyś słyszałem. Musiałem, albowiem wzorem inżyniera Mamonia, lubię tylko te piosenki, które już znam. A tę (albo i tą, nigdy nie wiem) lubię w chuj, czyli bardzo.
To nadal “999” ich hit “Me and my desire”. Nieco pedalski ten ich punk rock momentami bywał, ale co dopiero powiedzieć można o ich image? Freddie Mercury cmoknąłby z zachwytu na widok tych ślicznych chłopaków, a dzisiejsi hipsterzy to by pewnie zamruczeli, takie to wszystko było niezależne i undergroundowo wyjątkowe.
Idąc tropem punkowych i post-punkowych hitów jeszcze jedna rzecz na “dobranoc”. Drużyna nazywa się „Gang of Four” i gdyby to kogoś interesowało, zespoły takie jak REM czy Red Hot Chili Peppers publicznie deklarują, że ich twórczość ukształtowała im gusta. Dla mnie to średnia rekomendacja, ale muzyka się broni, przynajmniej te płyty, gdzie spomiędzy różnych eksperymentów słychać czasami linię melodyczną. Ot, chociażby w dziele „Damaged Goods”, śmiem twierdzić, że piosence ocierającej się o doskonałość.
Tylko tekst coś nie za bardzo ten teges – coś o pożądaniu, pocie i zlizywaniu soli z nagich kobiecych ciał (te kobiece to sobie sam dopowiedziałem, mając nadzieję, że chodzi właśnie o takowe, w sumie to nie jest takie pewne...).
poniedziałek, 27 czerwca 2011
czas kiedy nie byłem skinem, ale chciałem nim być część 1
Udało mi się w końcu zalogować. Straciłem dostęp do blogu. Po części to moja wina, bo strasznie dawno się nie logowałem i chyba nieco zapomniałem hasło. Na tyle dawno, że na jednym ze spotkań towarzyskich pewien znajomy w czasie rozmowy powiedział: " wiesz byłem ostatnio na tym blogu Sadata". Trochę mnie to zabolało ale czemu sie dziwić, że nie skojarzył mnie z curvą skoro prawie w ogóle się nie wpisuję.
Po części jednak, moja utrata dostępu do blogu, to wina wszechwładnego google. Skoro łączą w jedno konta na wszystkich swoich produktach. W jakim celu? Tłumaczą, że dla bezpieczeństwa danych i takie tam. Ale chyba wszyscy wiemy, ze to taki mały Matrix. Kontrolują nas. Chcą wiedzieć, jakiej muzyki słuchamy na yt, czego szukamy w wyszukiwarce, na jakich blogach piszemy. Tak, chcą o nas wszystko wiedzieć. Ale co tam, mam i tak fałszywą tożsamość w sieci. Ja to żadnych prawdziwych danych nie daje. A co!!! Kurwa, teraz mam jakieś kłopoty z yt. matrix, mówię wam, po prostu matrix.
Dobra, ponieważ sam nie mam pomysłów, do dodam swoje komentarze do poprzedniego postu Sadata. Skrewdriver. Elektryzująca nazwa. Co prawda ja powiem szczerze, że jakoś specjalnie ruszają mnie tylko wczesne piosenki Śrubokrętów, jak chociażby ten hymn pokoleniowy
Punk as fuck, że tak powiem
Ja w odróżnieniu od Sadata w podstawówce nie byłem skinem, ani zły ani dobry. W ogóle nie byłem skinem, punkiem, kibolem ani nikim takim. Świat subkultur stanął dla mnie dopero otworem w szkole średniej, gdzie byłem metalem. Kudłatym, pryszczaty i w okularach ale metalem. Jednakże dźwięki dobrego RAC'u są mi znane od dawien. czy to od kolegów metalowców, który twierdzili że satanizm, pogaństwo oraz darwinizm społeczny mają dużo ze sobą wspólnego i raczyli mnie takimi melodiami:
Ach, ta szalona młodość. Miałem kolegę, który obok eleganckiego plakatu Venom "Welcome to hell" miał powieszony nie mniej elegancki plakat nordyckiego Waffen SS


takie zainteresowania miała młodzież w szkolna w drugiej połowie lat 90.
Ciąg dalszy wspomnień nastąpi...... o ile matrix mnie nie zablokuje.
Po części jednak, moja utrata dostępu do blogu, to wina wszechwładnego google. Skoro łączą w jedno konta na wszystkich swoich produktach. W jakim celu? Tłumaczą, że dla bezpieczeństwa danych i takie tam. Ale chyba wszyscy wiemy, ze to taki mały Matrix. Kontrolują nas. Chcą wiedzieć, jakiej muzyki słuchamy na yt, czego szukamy w wyszukiwarce, na jakich blogach piszemy. Tak, chcą o nas wszystko wiedzieć. Ale co tam, mam i tak fałszywą tożsamość w sieci. Ja to żadnych prawdziwych danych nie daje. A co!!! Kurwa, teraz mam jakieś kłopoty z yt. matrix, mówię wam, po prostu matrix.
Dobra, ponieważ sam nie mam pomysłów, do dodam swoje komentarze do poprzedniego postu Sadata. Skrewdriver. Elektryzująca nazwa. Co prawda ja powiem szczerze, że jakoś specjalnie ruszają mnie tylko wczesne piosenki Śrubokrętów, jak chociażby ten hymn pokoleniowy
Punk as fuck, że tak powiem
Ja w odróżnieniu od Sadata w podstawówce nie byłem skinem, ani zły ani dobry. W ogóle nie byłem skinem, punkiem, kibolem ani nikim takim. Świat subkultur stanął dla mnie dopero otworem w szkole średniej, gdzie byłem metalem. Kudłatym, pryszczaty i w okularach ale metalem. Jednakże dźwięki dobrego RAC'u są mi znane od dawien. czy to od kolegów metalowców, który twierdzili że satanizm, pogaństwo oraz darwinizm społeczny mają dużo ze sobą wspólnego i raczyli mnie takimi melodiami:
Ach, ta szalona młodość. Miałem kolegę, który obok eleganckiego plakatu Venom "Welcome to hell" miał powieszony nie mniej elegancki plakat nordyckiego Waffen SS


takie zainteresowania miała młodzież w szkolna w drugiej połowie lat 90.
Ciąg dalszy wspomnień nastąpi...... o ile matrix mnie nie zablokuje.
czwartek, 16 czerwca 2011
Tydzień, w którym byłem Złym Skinem
Mój pierwszy kontakt ze Skrewdriverem to rok bodaj 1995. Byłem wtedy złym skinheadem w okrągłych okularach godnych Johna Lennona i lasem pryszczy, z których widać było czasem moją twarz. Po obejrzeniu z kolegami „Romper Stomper” postanowiliśmy zostać piewcami białej strony mocy. Początki zawsze są trudne. Zacznijmy od tego, że w naszej okolicy nie mieszkali żadni azjaci, a to ich dzielnie lał po mordach Russel Crowe w tym filmie. Po konsultacjach doszliśmy do wniosku, że zasadniczo, lać możemy też innych, najlepiej brudasów. Marzył nam się chociaż jeden, mały murzynek, ale niestety. Tych za wiele dookoła nie było. Zawsze można było pogrillować z punkowcami, ale ich ganianie było o tyle niebezpieczne, że było ich od nas więcej, byli więksi i silniejsi jak przystało na chłopaków kiblujących w ósmej klasie po raz drugi, tudzież trzeci. Wyżywaliśmy się więc na młodszych i mniejszych od nas, których na szczęście nigdy nie brakowało pod ręką. Tych bardziej smagłych nazywaliśmy Cyganami i przekopywaliśmy na glanach, które kupili nam rodzice, bo „do takich butów śnieg nigdy nie napada”. Mieliśmy czerwone szelki, nosiliśmy koszule, co bardzo podobało się tępym nauczycielom, którzy mylnie brali nas za prymusów. Witaliśmy się rzymskim pozdrowieniem, słuchaliśmy taśmy z nagranymi kawałkami Śrubokręta, oczywiście nic nie rozumiejąc z warstwy tekstowej. Młodsze klasy widząc nas uciekały w popłochu. Co rozsądniejsze jednostki salutowały nam, jednak dla porządku oni też wyłapywali profilaktyczne kopy. To były wspaniałe czasy. W skinheadowym commando byłem mniej więcej przez tydzień, potem mi się znudziło i zostałem punkiem, albo rapowcem i sam stałem się obiektem ataków złych skinów. Nie pamiętam już dokładnie w jakiej kolejności. Moi koledzy tak łatwo się nie poddali, pamiętam nawet, że kilku z nich spotykało się na mityngach białej rasy prowadzonych przez TW Tejkowskiego. Herszt szkolnej bandy był moim dobrym przyjacielem i czasami litował się nade mną, szczędząc mi dalszych kuksańców. To był dobry chłopak, ciekawe co teraz robi... Pytanie retoryczne brzmi – czy dzisiejsze pokolenie dzieciaków będzie miało takie wspomnienia?

Wszystko to stanęło mi przed oczyma, gdy do moich rąk trafiło CD Skrewdrivera. Moje pierwsze w życiu! Próbowałem kiedyś obejrzeć „Romper Stomper”, ale nie byłem pewien jak na mnie zadziała. A co jeżeli znowu zapragnę zostać złym skinem? Czy w mojej pracy zrozumieją moje poglądy i czy uda mi się powstrzymać złego Sadata przed ponownym wejściem na ścieżkę walki o Białą Dominację? Na szczęście, słuchanie muzyki tak na mnie nie działa, chociaż nigdy nie wiadomo. Podobno z byciem skinem jest jak z alkoholizmem. Możesz przez lata nie pić i zapomnieć o epizodzie, a pewnego dnia, poczujesz smak wódki w ustach i budzisz się dekadę potem zarzygany śpiąc w kartonie pod mostem.
„Hail the new dawn” to jedna z ich najlepszych muzycznie płyt i chyba ostatnia, w której dźwięki dominują nad przekazem tekstowym. Zaczynali jako cover band bodaj Rolling Stonesów i słychać wyraźnie ich korzenie. Jest tu nadal sporo punka. Do tego dużo ciągot w kierunku klasycznego rocka, blues rocka i innych nieprawomyślnych dewiacji. Od czasu do czasu przebije się coś stricte oi-owego, czy punkowego. Ot, nazywa się to chyba Rock Against Communism i przypomina pojemny worek, do którego zmieści się wiele, byle miało odpowiedni sznyt ideologiczny. Słucha się miło, ale nie jestem pewien czy z szacunku do Skrewdrivera moja przygoda z ich muzyką nie powinną zacząć oraz skończyć się na tym krążku. Inne naprawdę mogą obudzić Złego Sadata...
“Hail the new dawn”
“Tommorow belongs to me”, czyli … cover piosenki z “Kabaretu” - http://www.youtube.com/watch?v=bs5bnVoZK4Q
Acha. Wpis nie ma na celu propagowanie żadnej ideologii i ma zabarwienie refleksyjno-wspomnieniowe, które nie podpada pod naruszenie żadnego paragrafu.
Wszystko to stanęło mi przed oczyma, gdy do moich rąk trafiło CD Skrewdrivera. Moje pierwsze w życiu! Próbowałem kiedyś obejrzeć „Romper Stomper”, ale nie byłem pewien jak na mnie zadziała. A co jeżeli znowu zapragnę zostać złym skinem? Czy w mojej pracy zrozumieją moje poglądy i czy uda mi się powstrzymać złego Sadata przed ponownym wejściem na ścieżkę walki o Białą Dominację? Na szczęście, słuchanie muzyki tak na mnie nie działa, chociaż nigdy nie wiadomo. Podobno z byciem skinem jest jak z alkoholizmem. Możesz przez lata nie pić i zapomnieć o epizodzie, a pewnego dnia, poczujesz smak wódki w ustach i budzisz się dekadę potem zarzygany śpiąc w kartonie pod mostem.
„Hail the new dawn” to jedna z ich najlepszych muzycznie płyt i chyba ostatnia, w której dźwięki dominują nad przekazem tekstowym. Zaczynali jako cover band bodaj Rolling Stonesów i słychać wyraźnie ich korzenie. Jest tu nadal sporo punka. Do tego dużo ciągot w kierunku klasycznego rocka, blues rocka i innych nieprawomyślnych dewiacji. Od czasu do czasu przebije się coś stricte oi-owego, czy punkowego. Ot, nazywa się to chyba Rock Against Communism i przypomina pojemny worek, do którego zmieści się wiele, byle miało odpowiedni sznyt ideologiczny. Słucha się miło, ale nie jestem pewien czy z szacunku do Skrewdrivera moja przygoda z ich muzyką nie powinną zacząć oraz skończyć się na tym krążku. Inne naprawdę mogą obudzić Złego Sadata...
“Hail the new dawn”
“Tommorow belongs to me”, czyli … cover piosenki z “Kabaretu” - http://www.youtube.com/watch?v=bs5bnVoZK4Q
Acha. Wpis nie ma na celu propagowanie żadnej ideologii i ma zabarwienie refleksyjno-wspomnieniowe, które nie podpada pod naruszenie żadnego paragrafu.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Charlie Sheen ukradł moje życie
Normalnie to mam alergiczną wręcz awersję do wszelkich amerykańskich seriali komediowych, a do sitcomów to już w szczególności. Po pierwsze, od dawna toczy je straszna choroba poprawności politycznej, która nie pozwala pokazać życia takim jako ono jest, oferując w zamian sztuczną i lukrowaną post-rzeczywistość. Po drugie, rzadko bywa tam coś zabawnego. No i ten śmiech z taśmy, który wskazuje debilom, w którym momencie było coś godnego salwy rechotu. Kiedy byłem młodym człowiekiem i gówno o świecie jeszcze wiedziałem, wpadałem przez to w depresję. Nigdy nie śmieszyło mnie to co powinno. Rodzice obawali się, że może to być pierwszy objaw tępoty umysłowej i zwolnionego zapłonu. Moją przyszłość widziano już w policji, tudzież w ABW, ale na szczęście okazało się, że mam nieco wyższe predyspozycje i Bóg ma wobec mnie inne plany. A że nie byłem zsychronizowany ze śmiechem w „Alfie”? Cóż, to nie ja byłem trefny, tylko cały świat dookoła śmieje się z chuj wie czego.
Ten stan rzeczy nie zmieniał się przez dekady (całe dwie). Aż w końcu trafiłem przypadkowo na serial o którym dzisiaj mowa. Na samym początku byłem nim zdegustowany. W latach 90-tych w telewizji zamęczano nas „Pełną Chatą”, w której trzech facetów o semickiej urodzie (ja nic nie sugeruję) wychowywało dzieci w modelu odbiegającym od planów Matki Natury.

Słabe to było strasznie i promowało pedalizm na równi z pedofilią. Gdy zobaczyłem niemal kalkę tego pomysłu, pierwszym odruchem było nerwowe szukanie pilota. Potem jakoś poszło z górki, no i obecnie muszę przyznać, że „Dwóch i pół” to jedyny sitcom godny białego człowieka.

Można sobie pisać co się chce, ale to Charlie Sheen jest motorem napędowym tego fenomenu. Co prawda, pozostałe postaci też są barwne, ale umówmy się co do jednego – powód dla którego normalny, zdrowy mężczyzna ogląda serial, do którego podkłada się taśmę ze śmiechem grubych amerykanów, to ta zapijaczona i zaćpana świnia. Któż z nas nie chciałby choć na chwilę być taki jak on? Bogaty, ale daleki od zapracowania. Beztroski, ale zawsze spadający na cztery łapy. Rozchwytywany przez kobiety, chociaż daleki od bycia interesującym. Zdolny, choć upadły anioł, unikający jakiegokolwiek zaangażowania. Serialowy Charlie ma ponad czterdzieści lat, chodzi w szortach i „kręglowych” koszulach, zmienia kobiety w sposób który zawstydza Jamesa Bonda i w ciągu jednego odcinka wypija tyle alkoholu co my szaraczki przed telewizorem w ciągu miesiąca. Nie będzie tajemnica jak powiem, że zerkam z zazdrością na ekran, zastanawiając się czemu ten Sheen odgrywa moje niedoszłe życie i co w nim poszło źle, że nie zostałem w końcu alkoholikiem z domem na plaży w Malibu.
Żeby zobaczyć jeden z lepszych momentów, w którym to pokazany jest występ zapijaczonego artysty spiewającego dzieciom piosenkę o cycuszkach (Bill Cosby się chyba w grobie przewraca), trzeba sobie kliknąć tutaj - http://www.youtube.com/watch?v=iah1ywAg6C4 .
Co prawda Charlie w ostatnim sezonie osiągnął już szczyt przećpania i zachlania, więc zapewne niebawem na świecie będziemy mieli jednego członka rodziny Estevezów mniej. Szkoda, bo zacny to w sumie aktor i jeden z symboli mojego dzieciństwa za sprawą „Wall Street”, „Plutonu”, no i „Hot Shoots 1&2”. Ale fajnie, że dali mu pić i ćpać na planie serialu, a co więcej, płacili mu jeszcze za to rekordowo wysokie gaże!
Podoba mi się ten odmienny trend zauważalny w serialach komediowych w ostatnich latach. Musi być w tym jakiś żydowski spisek, tak swoją drogą, więc polecam oglądanie w małych dawkach i konsultowanie się z lekarzem bądź farmaceutą.
Ten stan rzeczy nie zmieniał się przez dekady (całe dwie). Aż w końcu trafiłem przypadkowo na serial o którym dzisiaj mowa. Na samym początku byłem nim zdegustowany. W latach 90-tych w telewizji zamęczano nas „Pełną Chatą”, w której trzech facetów o semickiej urodzie (ja nic nie sugeruję) wychowywało dzieci w modelu odbiegającym od planów Matki Natury.
Słabe to było strasznie i promowało pedalizm na równi z pedofilią. Gdy zobaczyłem niemal kalkę tego pomysłu, pierwszym odruchem było nerwowe szukanie pilota. Potem jakoś poszło z górki, no i obecnie muszę przyznać, że „Dwóch i pół” to jedyny sitcom godny białego człowieka.
Można sobie pisać co się chce, ale to Charlie Sheen jest motorem napędowym tego fenomenu. Co prawda, pozostałe postaci też są barwne, ale umówmy się co do jednego – powód dla którego normalny, zdrowy mężczyzna ogląda serial, do którego podkłada się taśmę ze śmiechem grubych amerykanów, to ta zapijaczona i zaćpana świnia. Któż z nas nie chciałby choć na chwilę być taki jak on? Bogaty, ale daleki od zapracowania. Beztroski, ale zawsze spadający na cztery łapy. Rozchwytywany przez kobiety, chociaż daleki od bycia interesującym. Zdolny, choć upadły anioł, unikający jakiegokolwiek zaangażowania. Serialowy Charlie ma ponad czterdzieści lat, chodzi w szortach i „kręglowych” koszulach, zmienia kobiety w sposób który zawstydza Jamesa Bonda i w ciągu jednego odcinka wypija tyle alkoholu co my szaraczki przed telewizorem w ciągu miesiąca. Nie będzie tajemnica jak powiem, że zerkam z zazdrością na ekran, zastanawiając się czemu ten Sheen odgrywa moje niedoszłe życie i co w nim poszło źle, że nie zostałem w końcu alkoholikiem z domem na plaży w Malibu.
Żeby zobaczyć jeden z lepszych momentów, w którym to pokazany jest występ zapijaczonego artysty spiewającego dzieciom piosenkę o cycuszkach (Bill Cosby się chyba w grobie przewraca), trzeba sobie kliknąć tutaj - http://www.youtube.com/watch?v=iah1ywAg6C4 .
Co prawda Charlie w ostatnim sezonie osiągnął już szczyt przećpania i zachlania, więc zapewne niebawem na świecie będziemy mieli jednego członka rodziny Estevezów mniej. Szkoda, bo zacny to w sumie aktor i jeden z symboli mojego dzieciństwa za sprawą „Wall Street”, „Plutonu”, no i „Hot Shoots 1&2”. Ale fajnie, że dali mu pić i ćpać na planie serialu, a co więcej, płacili mu jeszcze za to rekordowo wysokie gaże!
Podoba mi się ten odmienny trend zauważalny w serialach komediowych w ostatnich latach. Musi być w tym jakiś żydowski spisek, tak swoją drogą, więc polecam oglądanie w małych dawkach i konsultowanie się z lekarzem bądź farmaceutą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)