czwartek, 28 maja 2009

My w Polsce też robimy kino

Ja też byłem w kinie ostatnio - tzn. za darmo oczywiście, bo jedną z zalet mojej pracy jest to, że zawsze można liczyć na przedpremierowe pokazy, nawet w dobie kryzysu.
Wojny polsko-ruskiej nie czytałem, ale gdybym czytał to by mi się pewnie nie podobała. Po prostu, nie lubię artystycznego bełkotu i chłamu, który próbuje udawać, że ma jakieś ambicje. Albo co gorsza, wcale nic nie udaje, ale jakiś napalony krytyk coś w nim wypatrzył, coś zdefiniował, wyłuszczył, podkreślił, rozwinął i w ten sposób powstaje dzieło żyjące własnym życiem. A zwykły człowiek na to patrzy i się zastanawia "o co tu kurwa może chodzić".
Trailer w ogóle nie oddaje prawdy o filmie i jako taki jest całkiem zabawny, jeżeli zestawimy go z rzeczywistością:

Zawsze powtarzam, że jak bracia Lumiere kręcili Polarnego Ogrodnika, to nie chcieli na widzów przełożyć swojej traumy, wprawić ich w depresję, podzielić się swoimi psychozami. Mieli na celu to by widza bawić i oderwać od rzeczywistości. Tzw. kino ambitne męczy mnie wywodami, dłużyznami i cierpiętniczym tonem. Jeżeli dodatkowo film stara się moralizować i czyni to nieudolnie, to zaczynam nie tylko się męczyć ale i pojawia się po prostu zażenowanie. Może się to komuś podobać albo nie - tak to już mam i chuj Wam do tego.
Co do Wojny, to wymęczyłem się solidnie. Borys Szyc gra oczywiście dobrze, Sonia Bohosiewicz wciąga zupkę nosem i też wypada świetnie. Realizacja filmu, gdyby nie kilka efektów specjalnych, można by powiedzieć, że pierwszorzędna i bardzo mało "polska". Tylko że zupełnie nie wiem o co tam chodzi. Masłowska coś sepleni pod nosem i mam wrażenie, że ktoś kiedyś wziął ten bełkot za deklamację godną Mickiewicza, tymczasem... nuda po prostu. Nie mam do autorki pretensji, to nie ona się wykreowała na wieszcza przecież.

O moim stosunku do filmu niech świadczy zestawienie dwóch recenzji. Gazeta Wiewiórcza rozpisała się na kilka szpalt, analizując i używając słów skomplikowanych w celu zachwycenia się arcydziełem. Nie przeszkadzają jej dłużyzny i ogólny chaotyczny bełkot całości. Dla niej ważne jest to, że film zadaje pytania, szuka odpowiedzi i "motywuje do myślenia". Przekrój z kolei, poświęcił Wojnie mniej niż Junior Page'a, wspominając jedynie, że całość ma trudne do zniesienia artystyczne zadęcie, które nie maskuje tego, że za matriksową otoczką, nie ma do zaoferowania nic więcej.
Dla mnie Wojna to typowy film dla snobistycznych onanistów. Pewnie w dobrym tonie jest go zrozumieć, przetrawić i rozmawiać o nim w gronie swoich przyjaciół. Z pewnością warto szukać porównań do reżyserskich dokonań ojca reżysera Wojny - taka Szamanka chociażby, co to był za film przecież, a jego znajomość tylko potwierdzi nas status społeczny. Acha, no i pamiętajmy, że nie wypada się śmiać na seansie. Wojna to film ciężki, smutny i egzystencjalny. Tylko tępy dresiarz może potraktować go jako kopalnię cytatów (Skąd znasz moją ksywę - a mówili w telewizji przemysłowej). Nieważne, że Borys Szyc rozmawia na początku ze swoim penisem, a dresiarza Bohosiewicz szukając bielinki rozwala wszystko dookoła.
Generalnie - ciężki film dla ciężkich ludzi. Wymęczyłem się okrutnie.
Czy czuliście się kiedyś wolni? Tak naprawdę wolni, że nic nie macie na głowie a przed wami życie stoi otworem? Kiedy człowiek staje się na nowo tabula rasa , gotową żeby ją zapisać? ja tak czuję się dzisiaj, gdyż jest to mój pierwszy dzień bezrobocia. Bez dramatów i depresji wkroczyłem w ten nowy rozdział mego życia, tyle nowych wyzwań przede mną. Jestem niczym nie ograniczony i tylko ode mnie zależy jak tym wszystkim pokieruję.. Znaczy się prawie niczym nie jestem ograniczony, gdyż nie mogę na długo opuścić Irlandii bo wtedy straciłbym zasiłek. Czyli ogólnie jestem troszkę ograniczony przez system. Ale jak się wkurwię to i wyrwę się z systemowego ucisku i oleje zasiłek bo moja narzeczona na niezłą pracę i jakoś mnie utrzyma. Czyli jakbym chciał to nawet mógłbym żyć poza systemem. ale póki co jeszcze trochę dam się uciskać, ale jak się wkurwię...Nie no spoko już takim nierobem nie jestem oczywiście będę szukał pracy ale to jakieś dobrej żebym się realizował, wiecie nie, realizacja jest najważniejsza.
Sadat już pisał o finale Ligi Mistrzów. Ja napiszę od siebie, że też na to lachę kładę. Znaczy się oglądałem a jak, takie małe tv party se zrobiłem z okazji zakończenia pracy. Był browar i czypsy, mecz w telewizji czyli dobry sposób na spędzenie środowego wieczoru.
Barcelona wygrała i spoko. Przynajmniej ManU przegrał i przytarł nosa piździe Krystynce i neandertalczykowi Tevezowi. I przy okazji tutejsze buraki chodzące w ciuchach Manchesteru płakały. A tak katalońskie buraki się cieszyły ale z nimi nie mam codziennie do czynienia więc jest mi to obojętne.

W sportowym sprawozdaniu z weekendu zapomniałem o tak istotnej sprawie jak to, że byłem w kinie na filmie Awaydays, co by można było przetłumaczyć jako "na wyjeździe" albo "wyjazdowe dni" albo sadatowe "chuligańskich wspomnień czar".

Dobre trzeba przyznać. Znaczy myślę, że trailer najlepszy. Bo w filmie zdarzały się nudne momenty no bo jest to film artystyczny. Pewnie dostali jakąś kasę o Królewskiego Instytutu Filmowego, więc żeby uzasadnić wydawanie publicznych pieniędzy na film o chuliganach było trzeba to jakoś artystycznie uzasadnić. Dlatego też są przydługie ujęcia, zwolnienia ukazujące emocje, narkotyczne wizje i psychodeliczna muzyka.
Ogólnie film jest o początkach ruchu casual na brytyjskich stadionach. Kiedy to pojawili się chuligani o posturach nastolatków przykładający taka samą uwadze modzie i swojemu wyglądowi jak i rozróbom. Wszystko to okraszone dobra muzyka z końca lat 70 czyli power pop i post-modowskie granie, które mogłoby być uważane za prekursora britpopu. Jest to bardzo "stylowy" film, bardzo dobrze pokazuje ówczesne tendencje odzieżowe wśród tamtejszych kibiców. W dzisiejszych czasach w tamtym klimacie obiera się chyba tylko parę ekip ze Szwecji. Widziałem już na kibice.net, że ludzie podniecają się że będzie nowy kibicowski film. Jednak muszę ostrzec, ze nic tam nie ma dla polskich chuliganów w bluzach z kapturami. Zupełnie inny klimat w dodatku dochodzi do tego wątek narkomański i homoseksualny, który może być nie do zaakceptowania przez "kibicowską brać". Poza tymi artystycznymi wstawkami jest to film o modzie, muzyce i zadymach. Zadymach w brytyjskim stylu, czyli napinanie się fizyczne i werbalne a potem wściekle okładanie się pięściami, głowami, łokciami i nogami. Nasi bohaterowie jeszcze dosyć sprawnie posługują się nożami Stanleya, siejąc popłoch wśród innych ekip, które jeszcze pozostały z starych klimatach kibicowskich, to znaczy są starsi, więksi ale nie mają stylu i zawziętości jak nasi milusińscy. Ogólnie ze względu na poziom brutalności i chyba seksu film w Irlandii jest zakwalifikowany od lat 18.

Mad about cheese

Fajna zabawa - ludzie biegają za krążkiem sera, jako zawodowy reklamiarz, widzę tu już co najmniej jedną moją markę jako patrona i drugą jako sponsora dodatkowego :-)

środa, 27 maja 2009

Barcelona srona

Dzisiaj czy raczej wczoraj odbył się finał LM i ktoś mógłby pomyśleć, że skoro tyle piszemy o tej piłce nożnej, to teraz będziemy się tym podniecać. Nic bardziej mylnego - nie wiem co powie Gregu, ale mnie te balety kopaczy na boisku interesują coraz mniej i mniej. Znaczy się, wiem kto to jest Messi czy Eto, wiem jak grają, gdzie grali wcześniej, ile bramek sieknęli w sezonie so far i inne takie, ale to są wiadomości, które przyjmuje do siebie zupełnie niechcący. W piłce liczy się coś innego niż bramki zanotowane w siatce, jak to czasem na Kamyku się śpiewało: "Chuj z wynikami, Polonio jesteśmy z Wami". Liczy się zabawa, nie.
A poniżej przykład - to są kibice, to jest adrenalina, to jest mecz. O to nam chodzi również :-)

No ale jak się gra z Borowakiem Czersk, to nie ma co się dziwić, że są takie emocje.

wtorek, 26 maja 2009

Znowu o sporcie ale obiecuję, że niedługo przestanę i zacznę pisać o czymś innym

Urwanie głowy ostatnimi czasu, dlatego dawno nie pisałem. Ale co się odwlecze to nie uciecze. Znaczy się , szczerze powiedziawszy to w weekend czas miałem ale, że moje gospodarstwo domowe posiada tylko jeden komputer, musiałem go odstąpić narzeczonej bo jakieś ważne rzeczy naukowe pisała. Najważniejsze jednak, że miałem do niego dostęp podczas meczu Polonii. No proszę państwo, cóż to był za mecz! Sadat opisał go już w szczegółach na podstawie naocznych obserwacji, wiec ja już nie będę. Napiszę tylko, że z punkty widzenia monitora również był niezwykle fascynujący a takich tłumów na Konwiktorskiej to chyba od 72 roku nie było. Jakieś światełko optymizmu zaświtało na mrocznej drodze Czarnych Koszul. Kto wie może jednak zagramy w pucharach europejskich? Przed nami jeszcze mecz z Górnikiem a jest to mecz kolejki cudów. Na dodatek mecze Polonii z Górnikiem na koniec sezonu z reguły bywają cudowne. Do tej pory to oni pomagali nam się utrzymać, więc zobaczymy jak to będzie. Co prawda wszyscy nam mówią, że nie jesteśmy Polonią tylko Groclinem, więc może tego długu wdzięczności nie musimy spłacać. W każdym razie ja tak wielkiemu klubowi jak Górnik źle nie życzę. Jednakowoż mam nadzieje, że to my wygramy a oni utrzymają się dzięki potknięciom innych drużyn.
Cały miniony weekend minął mi pod znakiem sportu....w telewizji. Mimo, że ładna była pogoda to nigdzie nie wyszedłem, jak już pisałem narzeczona zajęta i w dodatku zajęła komputer. Skoro nie było dla mnie komputera to został telewizor. A tam nie byle co. Bo i finał Heineken Cup Rugby ( takie jakby Liga Mistrzów w Rugby Union) gdzie wygrała irlandzka drużyna Leinster ( Leinster jest jedną z 4 prowincji Irlandii, jej stolicą jest Dublin) i finały prowincji w GAA football były. Ja oglądałem mecz o mistrzostwo Ulsteru i o to kto będzie reprezentował Ulster w walce o puchar Irlandii. Starły się tam w bardzo ciężkiej bitwie Derry z Monaghan. Ciężkiej doprawdy to bili się często chłopaki tak, że sędzia nie nadążał wszystkich rozdzielać. Ponieważ jest to sport kontaktowy, bójki należą do codzienności to i sędzia nikogo nie usuwał z boiska tylko starał się uspokajać. Pojawiło się co prawda parę żółtych kartek, na przykład za próbę zabójstwa zawodnika przez uduszenie i jednoczesne próbowanie wgniecenia jego głowy w murawę. Jestem ciekaw co trzeba zrobić, żeby dostać czerwoną kartkę.
Wspaniały sport, naprawdę.

Kompilacja co prawda z meczów Irlandii z Australią ale dobrze pokazuje codzienność GAA na każdym szczeblu rozgrywkowym.

Poza sportem zajmowałem się rozmyślaniami na temat religii, polityki, Boga, byłej Jugosławii, islamu ale o tym napisze kiedy indziej i pewnie dopiero w przyszłym tygodniu bo teraz jadę do Polski na weekend, czeka mnie parę imprez w tym jedno wesele, więc wybaczcie ale inne rzeczy będę robił niż ślęczenie nad kompem.

sobota, 23 maja 2009

Cóż to był za mecz!



W zasadzie to mógłbym przekleić to co napisałem wcześniej o meczu pucharowym z Lechem. Dzisiaj znowu były wielkie emocje, nadzieje, doping, łapanie się za głowę i... zastanawianie się po meczu, dlaczego tego nie wygraliśmy. Polonia, ach ta Polonia!
Skończyło się na 3:3, mimo iż prowadziliśmy i 2:0 i 3:2. Ostatnia bramka dla poznańskich bulw padła z ewidentnego spalonego, zaś Stilic dotknął piłkę ręką. Sędzia gola uznał i w ten oto sposób zostaliśmy okradzeni z trzech punktów, a i zapewne europejskie puchary przejdą nam koło nosa.
Emocji było co niemiara. Co by o Polonii nie mówić, potrafi czasem zafundować nam niespotykany ładunek radości, nadziei i oczywiście rozczarowania. Znowu gnietliśmy Lecha, strzelając naprawdę ładne bramki, trafiając w poprzeczkę i atakując pyry zajadle. Błędy Przyrowskiego i naszej defensywy doprowadziły jednak do tego, że dwa punkty więcej wsiąkły. Do tego Małek-Pedałek i jego liniowy-chujowy uznali bramkę, której nie powinno być i mamy to co zawsze na K6. Można by serial o tym zrobić - "Stracone nadzieje" albo coś w ten deseń. Szkoda!
Doping był dzisiaj znowu maniakalny, chociaż dopiero w drugiej połowie zaczęło się szaleństwo na trybunach. Pod koniec, poza jedną przerwą, wspieraliśmy piłkarzy jak mogliśmy. Potwierdza się, że jeżeli im się chce, to i nam też. Dzisiaj widać było jak na dłoni tą naszą wspólną symbiozę. Można było odnieść wrażenie, że im jesteśmy głośniej, tym oni walczą o każdą piłkę jeszcze mocniej. Fajne.
Oprawa też była. Jak to już u nas bywa, coś się posypało i źle się rozwinęła. Są jakieś pretensje do pikników, którym jak zawsze wszystko przeszkadza, ale z drugiej strony wiał mocny wiatr... Były też race i do teraz czuje na sobie woń dymu. Jak na nasze III-ligowe możliwości, nie było źle. Lechem to my nie jesteśmy i nigdy nie będziemy...
No i frekwencja. Pamiętam takie mecze ligowe na których było nas może 800 osób. Dzisiaj pękło pięć tysięcy, a i liczba ponad sześciu chyba nie jest przesadzona. Powtórzę po raz kolejny, że to fajne uczucie przekonywać się, że w tym zielonym mieście, gdzie pewnie większość osób ma wspólnego z Warszawą tyle co nic, jest nieco osób, które dopingują Dumę Stolicy. Dzisiaj przyszło pewnie sporo osób, które na stadion wpadają sporadycznie. Po takim meczu nie wyobrażam sobie, by choć część z nich nie doszła do wniosku, że warto na Konwiktorską przychodzić częściej!
Niestety - to ostatni mecz sezonu u nas. Jak ja wytrzymam do sierpnia bez tych rozczarowań serwowanych przez Czarne Koszulęta moje???

piątek, 22 maja 2009

Chuligańskich wspomnień czar, cz.3

Odebrałem sygnały, że poprzedni wspomnieniowy wpis ma zabarwienie smutne i refleksyjne. Cóż, Opole zmuszało do różnych filozoficznych przemyśleń. O ile Grajewo było rozrywkowym rollercoasterem, to drugi mój wyjazd można porównać do wizyty w gabinecie luster i przymierzaniem czy pasujemy do wnętrza szczęk żelaznej dziewicy, trzymając się jednej tonacji porównań.
Zaś mój trzeci wyjazd za KSP w kraj był zupełnie inny od dwóch poprzednich. A więc: za siedmioma górami, siedmioma lasami, żył sobie książę który...

WYJAZD NUMER TRZY - POZNAŃ, 26 SIERPNIA 2007

... który w czerwcu 2007 roku zmienił pracę i po niecałych dwóch miesiącach miał okazję po raz pierwszy i nie ostatni zawitać w celach biznesowych do pięknego miasta Poznań. W poniedziałek z rana miałem zająć się pewnym tematem "reklamowym", tymczasem w niedzielę Polonia grała właśnie z Wartą Poznań. Postanowiłem więc pojechać tam na dłużej i przy okazji zobaczyć mecz, zaliczyć egzotyczny wyjazd i już zupełnie pobocznie odbębnić obowiązki zawodowe. No i co chyba najważniejsze, pojechałem na mecz zupełnie sam!
Jeszcze odbierając bilet w biurze KSP usłyszałem, że to bardzo niebezpieczny sposób na spędzanie niedzielnego popołudnia. Opinia w sumie słuszna, jak się okazało potem...
Dzień przed meczem udałem się na chuligański rekonesans stadionu. Ku mojemu zdziwieniu, wszystko było otwarte, mogłem wejść na trybuny, boisko, a gdybym się uparł mógłbym nawet zajebać Warcie jedną z ich przenośnych trybun, którą dostała od bodajże Lecha :-)

Oczywiście, zwiedzając obiekt na Wildze, nie raczyłem przyjrzeć się gdzie dokładnie jest sektor gości i dzień potem błądziłem jak dziecko w jego poszukiwaniach. Szukałem, szukałem, aż w końcu zacząłem się pytać pracowników klubu i policjantów, a Ci mnie łaskawie skierowali we właściwe miejsce. Byłem wystawiony na atak i chyba tylko niedorzeczność całej sytuacji uratowała mnie przed problemami...
Na sektorze kibiców Polonii zameldowało się bodajże trzynastu. To było niesamowite uczucie, być w tak niewielkiej grupce zapaleńców. Adrenalina płynęła w żyłach. Prawdziwa awangarda kibiców, bez napinania się, ale i bez poczucia siły jaką daje bycie w grupie. Tu byliśmy sami - zatopieni w nieprzychylnym żywiole.

Podczas meczu piknikowa publika Warty lżyła nas cały czas, proponując różne międzyludzkie interakcje. Jeden z panów pokazał nawet swoją dupę. Nie ma to jednak jak ta poznańska gościnność, może ją przebić jedynie słynna rozrzutność wielkopolan. W "klatce" czułem się średnio pewnie - płot i ochrona nie stanowiłyby większej przeszkody do sforsowania nawet dla emereytki. Podczas pierwszej połowy próbują do nas wejść dziwni chłopcy z bandażami na dłoniach. Niestety, nie mieli biletów, ochrona ich nie chciała wpuścić, a my nie mieliśmy drobnych by ich poratować. Kibicowska solidarność przegrała z brakiem funduszy - nie wykazaliśmy się i w ten sposób poznańska chuliganka nie obiła naszych piknikowych ryjków ku chwale wielkiego Lecha.

Warta dopingowała wytrwale - mimo, że nie przyjęto nas jakoś szczególnie, ciągle pałam do nich zwykłą sympatią. W losach nas i ich widać wiele podobieństw. Ówczesna prasa pisała nawet o meczu jako "derbach historii".

Gra zakończyła się remisem po jeden, co dla nas było dotkliwą porażką, walczyliśmy wtedy w samym czubie zaplecza ekstraklasy, a tymczasem na początku sezonu już pierwsze poważne wtopy zostały zaliczone. Publika mocno lżyła Radka Majdana, który po spotkaniu pokazał co o tym wszystkim sądzi:

Jak tego faceta nie lubić :-) Chociaż pamięć nieco zawodzi - być może pokazywał nam taką figurę, bo wtedy mieliśmy z nim nieco na pieńku... Nie pamiętam :-)
Wyjście z klatki było dla mnie sporym przeżyciem - w końcu byłem sam, a dookoła powiedzmy sobie szczerze, tereny raczej nieprzychylne mojej warszawskiej osobie. Postawiłem jednak na sprawdzony manewr a'la "bezczelnie głupi": wyszedłem z klatki, nie kryjąc się skąd przychodzę, wmieszałem się w tłum warciarzy i spokojnie dotarłem do Starego Browaru. Dopiero tam, siedząc nad kawą, odetchnąłem z wielką ulgą: przeżyłem samotny wyjazd :-). Ja miałem szczęście, kilka innych osób z KSP zostaje lekko poturbowanych przez Najlepszych Kibiców w Polsce, którzy nigdy się nie mylą.
Wartę będę wspominał wyjątkowo. To było trochę zbyt szalone, nawet jak na mnie. Nie mówię, że ludzie nie robią takich rzeczy - robią wiele gorsze. Mam na myśli to, że w moim nudnym życiu, gdzie największym dylematem jest to czy mam kupić 10 czy może 15 dkg mortadeli, taka wyprawa była zastrzykiem adrenaliny. Przydałby mi się jeszcze jeden taki :-) Może kiedyś...