czwartek, 5 maja 2011

The war is over

Tyle się dzieje ostatnio, że już w sumie nie wiadomo za co się zabrać. Zabili Usamę Ben Ladena i z całego świata poszły do Białego Domu gratulacje. Śmieszne to. Normalnie to mi się wydawało, że kara śmierci istnieje tylko w ciemnogrodzkich programach politycznych kanapowych ugrupowań. A tu nagle, nieoczekiwanie, się okazuje, że niekoniecznie. To się chyba powinno nazwać hipokryzją, nieprawdaż?

Bo w końcu, jak to jest? W nowoczesnym świecie wolno mordować tylko nienarodzone dzieci i poszukiwanych terrorystów? Ciekawe połączenie, czy to oznacza, że nienarodzone dzieci są z założenia terrorystami? Saddamowi Hussainowi zrobiono chociaż pokazowy proces, oskarżono o kilka rzeczy i stracono dla przykładu innych. A biednego Bena McLadena zamordowano w domu, w dalekim kraju, a jego ciało wrzucono do morza bez pochówku i duchownego. Tak swoją drogą, Islamabad, gdzie dokonano egzekucji, leży daleko od jakiejkolwiek linii brzegowej, więc dzielni marines musieli spędzić z truchłem nieco więcej czasu.

Bez sądu, bez procedur, bez problemów z jakimś tam prawem karnym czy międzynarodowym zakończono ludzkie istnienie. W sumie, rozumiem takie postępowanie, w końcu moja ukochana izraelska armia działa podobnie, tylko, że ona potem się nie chwali efektami swojej pracy. No i wtedy nie spływają z całego świata gratulacje. Kilka dni wcześniej cały katolicki świat żył beatyfikacją, potem wysyłał życzenia księciowi Williamowi, chwilę potem Barrackowi Obamie. Mam nadzieję, że żadna kancelaria się nie pomyliła, bo jakby to wyglądało – „Drogi Księciu, szczere gratulacje z okazji zamordowania Usamy Ben Ladena”. Albo – „Kochany Barracku Obama, wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia z wybranką serca, życzą parlamentarzyści Trynidadu i Tobago”.

Na ulicach wybuchł szał radości, jakby ta jedna śmierć kończyła całą epokę. Nie pamiętam kiedy ostatnio cieszono się z czyjegoś zejścia. Może gdy umarł Hitler (chociaż wiemy, że żył potem w Argentynie, są na to niezbite dowody takie jak artykuł w Fakcie), albo gdy zdechł Wujek Soso. Ciekawe czy wtedy też śpiewano o tym piosenki?

Takie to jednak mało demokratyczne i pacyfistyczne, mimo wszystko. Chociaż ja się pewnie na demokracji akurat nie znam, więc może ten dualizm moralny jest zupełnie na miejscu.