Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liga Mistrzów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liga Mistrzów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 lipca 2010

Statystyczny klin w pucharowe dywagacje

Nie lubię się znęcać nad leżącymi, ale wczorajszy piłkarski wieczór zmusza mnie do tego niehonorowego zachowania. Spędziłem uroczy wieczór obserwując poczynania naszych klubów w pucharach i co tu pisać, muszę się odegrać im za ten czas, z którego mnie obrabowano.

Pacholęciem będąc pamiętam pucharowe potyczki naszych reprezentantów w piłce klubowej. Najczęściej było źle i rozczarowanie towarzyszyło goryczy, ale patrząc z perspektywu czasu, lata 90-te jawią się iście idyllicznie. Nie będę wspominał o tym, że mogliśmy oglądać mistrza Polski w Lidze Mistrzów, bo to sformułowanie wyświechtane niczym anus podstarzałego geja. Ale był przecież nawet półfinał PZP osiągnięty przez pewien niezbyt znany klub, było kilka rund w wykonaniu GKS Katowice. I kilka innych wygranych meczów też było. Już nie wspomnę o tym, że dekadę temu nasza Polonia Warszawa wygrała z Dinamem Bukareszt – dzisiaj byłoby to nie do pomyślenia, bo Rumunia odskoczyła nam na milę morską. Jak się okazuje – podobnie zrobił nawet Azerbejdżan.

I tak żyłbym sobie w tym przekonaniu, że „kiedyś było lepiej”, gdyby nie to, że zajrzałem do statystyk pucharowych. Statystyka jest od zawsze wrogiem dobrych wspomnień!

Co tam ujrzałem? Ujrzałem dno na którym polska liga spoczywa. I to od dosyć dawna. Zmieniają się co prawda nasi pogromcy, ale tendencja szorowania dupą po wodorostach jest jak najbardziej constans. Raz na pięć lat to i kura puści bąka, jak mawiają starożytni rosjanie.
Żeby nie być gołosłownym:

Sezon 1989/90, Ruch Chorzów jako mistrz Polski przegrywa z CSKA Sofia 1:5. Odpada.
Sezon 1989/90, GKS Katowice przegrywa z zespołem z Rovaniemi i odpada w 1 rundzie pucharu UEFA.
Sezon 1990/91, Lech Poznań jako mistrz Polski przegrywa z Marsylią 1:6. Odpada, ale trzeba wspomnieć o tym, że wcześniej gładko przechodzi Panathinaikos Ateny!
Sezon 1990/91, GKS Katowice przegrywa z Bayerem Leverkusen 0:4. Odpada w 2 rundzie pucharu UEFA, ale żeby tam dotrzeć trzeba było wygrać tylko jeden dwumecz.
Sezon 1991/92, Zagłębie Lubin jako mistrz Polski odpada po walce z Broendy. Duńska liga należała wtedy do półamatorskich.
Sezon 1992/93, Lech Poznań jako mistrz Polski odpada po walce z IFK Goeteborg.
Sezon 1992/93, Widzew Łódź przegrywa z Eintrachtem Frankfurt 0:9, to mój ulubiony wynik polskiego zespołu.
Sezon 1992/93, GKS Katowice odpada po meczach z Galatasaray. Wtedy liga turecka = liga azerska dzisiaj (prawie).
Sezon 1993/94, Lech Poznań jako wiadomo kto przegrywa ze Spartakiem 1:5. Odpada!
Sezon 1994/95, Legia przegrywa w dwumeczu z Hajdukiem Split w typowym dla siebie, słabym stylu.
Sezon 1994/95, Górnik Zabrze zmiażdżony przez silną Admirę Wacker. Odpada.
Sezon 1994/95, GKS Katowice po przejściu trzech rund, dostaje łącznie osiem bramek od Bayeru Leverkusen, żeby nie było wątpliwości, że to przypadek był.

Dalej mi się nie chce – nie ma po co. Jeżeli jakiś zespół pominąłem to najpewniej dlatego, bo odpadł z zespołem wyraźnie mocniejszym, albo odpadł w przyzwoitym stylu z zespołem sobie równym.

Wszelkie Borki, Kołtonie i inne dziennikarzyny nie mają racji narzekając, że poziom polskiej ligi opada. On zawsze jest taki sam. Różnica polega na tym, że obecnie mamy okazję grać z zespołami egzotycznymi. A w krwi mamy przegrywanie z każdym. Kiedyś mieliśmy szczęście trafiać na bardziej wymagających rywali, a obecnie cóż. Przegrywamy z tym kogo rzuci nam los. Ja tu nie widzę żadnej degradacji. Zawsze było podobnie i rzut oka na dane historyczne jedynie w tym utwierdza.

czwartek, 23 lipca 2009

Magia nazwy i pożegnanie z Dinamo.

Sezon pucharowy w pełni i Polonia cały czas w grze. Dzisiaj mecz z Juvenesem, który mimo wszystko Polonia powinna wygrać a nawet jak się kompletnie skompromituje i zremisuje go to i tak przechodzi dalej. W 3 rundzie czeka nas pojedynek z NEC Brada. Miałem małą ochotę na ten wyjazd ale niestety szara rzeczywistość mocno zweryfikowała moje plany. Dlatego dla pocieszenia postanowiłem się wybrać na na dwa międzynarodowe mecze odbywające się w Dublinie.

Shelbourne FC - Millwall FC 0:1

Wieść o tym meczu zelektryzowała mnie. Wiadomo jak działa magia nazwy, człowiek zaczyna sobie wyobrażać jak to przyjadą dzikie hordy z Midwest. W sumie nie wiele jest takich klubów, które mimo nie najwyższych wyników sportowych są tak rozpoznawane. Nawet moja narzeczona zna Millwall, a to już coś oznacza. Pod względem sportowym niczego wielkiego nie oczekiwałem - wiadomo pierwszoligowiec irlandzki ( druga klasa rozgrywek w Irl.) gra z wiecznych pierwszoligowcem angielskim ( trzecia klasa rozgrywek ang.). Liczyłem za to na sławetnych kibiców z Londynu. Jak to jednak bywa los bywa przewrotny i złośliwy. Fanów Lwów było nie wielu, dużo rodzin nic nie śpiewali, rozsiedli się po całej trybunie i ginęli wizualnie wśród krzesełek. Totalny piknik. Jest to poniekąd zrozumiane gdyż był to tylko mecz towarzyski i odbywał się we wtorek ale miałem nadzieje, że dogodność i niskie ceny w połączeniach miedzy Dublinem i Londynem pozytywnie wpłyną na ich frekwencje.
Fani miejscowi zajmujący sektor za bramką utworzyli mały, w porywach, 30osobowy młynek ( jak to się w polskiej, kibicowskiej nomenklaturze zwykło mawiać- młodzieżowego składu). Trybuna równoległa na, której ja siedziałem, nawet w miarę pełna, ale zupełnie cicha. W sumie nie ma się czemu dziwić gdyż Shelborne do gigantów nie należy, jest klubem na półamatorskich, gdzie przychodzą głownie znajomi i krewni zawodników.
Mimo widocznych różnic i tego, że to Millwall było faworytem mecz był w miarę wyrównany i zacięty. W sumie różnice było widać gołym okiem, zawodnicy gospodarzy to głownie amatorzy, różnego wieku i budowy fizycznej, moim ulubieńcem był obrońca, który mierzył coś ze 165 cm i miał koło czterdziestki. Millwall to typowi zawodowcy, po prostu wyglądali na takich. ale jak już pisałem mecz był zacięty i tylko głupi błąd i samobój dał prowadzenie gościom. Muszę jednak powiedzieć, że ogólnie byłem trochę zawiedziony. Kibiców gości nie było gra też porywająca nie była dlatego tez jak typowy wyspiarki kibic zająłem się dodatkową rozrywka czyli

Mmmmmmmm, battered sausage and chips. czyli panierowana kiełbasa i frytki. Jest to tradycyjne danie podawane w chipperach czyli budkach z fish and chips. Jest to to sama panierka w której robi się rybę. Oczywiście bardziej klasycznie by było gdybym wziął rybę ale rybę jadłem w piątek i była znacznie droższa od kiełbasy. To oczywiście szczodrze posypane solą i polane octem. Pyszności.



Bohemians FC - Salzburg FC 0:1

Następnego dnia ( czyli wczoraj) wybrałem się na mecz eliminacji do LM. mecz spotkał się z dużym zainteresowaniem, dlatego zdążyłem kupić bilet na trybunę za bramką, która z reguły jest zamknięta i powieszone są tam flagi gospodarzy. Tym razem flagi były na trybunie na drugą bramka, której w żaden sposób nie dało się dostosować do przyjęcia kibiców, nie ma siedzeń i jest porośnięta krzakami. Frekwencja była tak duża, że nawet trybuna, która jest przeznaczona dla gości, teraz była zajęta przez gospodarzy. Kibice z Austrii dostali za to sektor na skraju trybuny głównej. Na drugim skraju, w tradycyjnym miejscu, ulokowany był młyn Bohs, to tam zawsze siedzą ci najbardziej zagorzali. Podczas meczu wytworzył się nawet drugi młyn na trybunie, na której ja byłem. Doping naprawdę tego dnia był dobry, najlepszy jaki słyszałem na Dalymouth Park. Doping typowo wyspiarski, melodyjny i dużo klaskania. Bardzo mi sie podoba, coś czego w Polsce nie ma, czyli elementy spontanicznego chaosu, kiedy to kibice zachęcają drużynę go walki klaszcząc i krzycząc : " come on lads", "keep going" albo "carry on". Wygląda to wtedy jak młyn złożony z samych trenerów:).
Mecz bardzo zacięty wydawało się że awans jest coraz bliżej. Niestety w 85 minucie po głupim błędzie Salzburg zdobył bramkę. Szkoda wielka bo liczyłem na mecz z Dinamo Zagrzeb w następnym etapie. a tak niestety muszę obejść się smakiem.
Ogólnie mecz jednak muszę ocenić na duży plus, była dobra atmosfera i dobra gra, niech świadczy to o tym, że tym razem nie poszedłem po frytki.




Proszę zwrócić jak w kierunku cieszących się salzburczyków lecą "fucki" i butelki. Znaczy może butelek nie widać ale widziałem na żywo jak poleciały ( spokojnie tylko plastikowe).