Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slaughter and the dogs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slaughter and the dogs. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 listopada 2009

XXI Bieg Niepodległości za nami

Jak stali czytelnicy tego bloga wiedzą, lubię sobie pobiegać. A tak się składa w naszym pięknym kraju, że większość imprez biegowych połączona jest z różnymi rocznicami. Więc wysiłek fizyczny może zostać złożony na ołtarzu naszego prywatnego patriotyzmu.

I wtedy, nagle, stado tysięcy spoconych ludzi staje się żywym pomnikiem naszej zbiorowej pamięci. Pięknym, choć kapkę śmierdzącym. Pot niczym krew, przelewana jest ku czci przeszłości. Albo jakoś tak, nigdy nie byłem dobry w pierdoleniu takich frazesów.


Żeby była jasność – nieznoszę tego pedalskiego rzępolenia Vangelisa, nie oglądałem tego filmu i wstydzę się to nawet umieszczać na tym czystym rasowo blogu. Ale to klasyka muzyki „biegowej” – w sam raz dla ciot albo frajerów biegających wolniej ode mnie.

Ja natomiast witam metę słuchając nieco innej muzyki, chociażby takiej jak ta:

To jest oczywiście Slaughter and the dogs, dobra angielska staropunkowa kapela. W sumie to nie wiedziałem, że jeszcze żyją. Chociaż patrząc na nagranie z niedawnego koncertu można mieć co do tego wątpliwości. A na serio to byłem na koncertach muzyki poważnej, gdzie wykonawcy bardziej szaleli na scenie niż oni. No ale w końcu to już stateczni panowie koło 50-tki, więc się czepiam.

Zaś z kronikarskiego poczucia obowiązku dodam, że wczorajszy bieg ukończyłem w 50:01, co jest moim nowym rekordem, którego w ogóle się nie spodziewałem i który pojawił się w zupełnie mi nieznany sposób. Co jedynie potwierdza moje podejrzenia, że życie lubi robić różne niespodzianki, zaś „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” jak śpiewała Sudka Buflera.