sobota, 20 marca 2010

Wietnam

Tak, wyjechałem do Wietnamu i nie zamierzam już stąd wracać. Siedzę wieczorem w hotelu na łóżku nad którym powiewa kokon ze złożonej moskitiery. Jest gorąco, wypiłem piwo i mam ochotę na kolejne. Szkoda, że nie palę. Wziąłbym peta do ust i leżąc na wypoconej pościeli paliłbym go patrząc się w łopoczące wirniki wiatraka (którego nie mam w pokoju). Zupełnie jak Martin Sheen w tej kultowej scenie kultowego filmu.


Chciałbym spędzić tu dużo czasu, tak by zlać się z otoczeniem w jedno. Chciałbym tak jak niektórzy, których tutaj spotykam, zrobić sobie "gap year" od wszystkiego. Wyciągnąć pocerowaną mapę regionu i powiedzieć sobie, że jestem w stanie w ciągu tygodnia dotrzeć do Vientane w Laosie. Albo do Siem Reap, bo co to za różnica gdy nikt na nas nie czeka? Żadna.

Ech. Czas wyjść zjeść lokalną specjalność, krewetki w papierze ryżowym gotowane na bodajże parze. Aż się nie chce wracać do bułek i mortadeli po 12 zł za kilo.

wtorek, 16 marca 2010

Zapomniane rocznice

Wiem, wiem. Obiecywaliśmy, mieliśmy pisać z większa częstotliwością niż raz w miesiącu. Co ja mogę powiedzieć. Wiecie, życie. Jestem przytłoczony przez ciężar życia na emigracji jako tania, niewykwalifikowana siła robocza za to Sadat, tyra po nocach, żeby udowodnić sobie i wszystkim w koło, że jego awans na poważne, stanowisko kierownicze to nie pomyłka. Ten człowiek to cyborg, pracuje po 16 godzin dziennie. W imię czego? No trudno powiedzieć. W sumie i ja i on jesteśmy czarnuchami, tylko, że ja jestem zwykłym czarnuchem a on ma niezwykle rozwiniętą tzw. moralność pracowniczą. Dobra mniejsza z tym wycieczkami osobistymi. Teraz Sadat chyba ma wolne, ale nie liczcie, ze coś napisze bo chyba znowu łobuz gdzieś wyjechał. Nawet mi nie napisał gdzie ( w ogóle mi nic nie mówił, ze gdziekolwiek wyjeżdża). Zostawił tylko tajemniczy opis na gg z jakimiś skrótami. Tylko dzięki mojej nieprzeciętnej inteligencji i niezwykłej umiejętności posługiwania się google, doszedłem do tego, że to oznaczenia lotnisk, i że nasz wieczny pielgrzym, tym razem udał się do Wietnamu, lecąc przez Moskwę. Lucky bastard - jak to się u nas na wyspie mówi.
Przez to życie w zawrotnym tempie, zapomnieliśmy o bardzo ważnej rocznicy. Notabene media ani opinia publiczna też specjalne o tym nam nie przypominała. 217 lat temu miała miejsce pierwsza w dziejach nowożytnych kontrrewolucja, jakże bliska każdemu prawicowemu oszołomowi. Mowa oczywiście o początku wojen wandejskich, kiedy to ludność Wandei, powstała przeciwko tyranii Rewolucji Francuskiej. Za Boga i Króla!!! Jest to też jedna z ciemniejszych kart w historii Francji, gdyż wobec mieszkańców Wandei zostało zastosowane masowe ludobójstwo. Ludność tego departamentu była systematycznie i planowo eksterminowana na szeroką skalę. Powstanie zostało krwawo stłumione a Wandejczycy wymordowani ale pamięć o bohaterach pozostanie. Szkoda tylko, że we Francji a co za tym idzie na całym świecie, jest to temat rzadko poruszany.

CHWAŁA BOHATEROM!!! WANDEA. PAMIĘTAMY!!!







http://pl.wikipedia.org/wiki/Wojny_wandejskie

poniedziałek, 8 lutego 2010

Tim Tebow

Kim jest Tim Tebow? Nie wiesz, ale nie szkodzi – nikt w Europie do niedawna nie miał pojęcia o jego istnieniu. Dzięki Super Bowl jego historię zna teraz cały świat. W końcu żeby się znaleźć w bloku reklamowym w finale rozgrywek futbolu amerykańskiego trzeba wysupłać kilka milionów dolarów, ale jest gwarancja, że zobaczy to niemało osób.



Zupełnie zwykły spot “reklamujący” wartości rodzinne. Tima Tebowa, obecnie uznawanego za najlepszego zawodnika akademickiej ligi futbolu amerykańskiego, mogło na świecie nie być, bo jego mama zastanawiała się nad aborcją. Ale urodziła i jak widać, decyzji nie żałuje. W sumie proste i sympatyczne, a nawet lekko zalatujące gejowszczyzną. Tylko pedał może się tak szeroko uśmiechać jak Tim. Ale nawet to nie uratowało go przed publicznym linczem.

Te 30 sekund wywołało niemałe zamieszanie za wielką kałużą. Obrońcy zwierząt, pederaści, wegetarianie, pacyfiści, ateiści, wojownicy o możliwość zabijania nienarodzonych dzieci, przeciwnicy żarówek stuwatowych i inne postępowe barachło stwierdziło, że reklama narusza ich wartości moralne. Zupełnie jakby jakiekolwiek posiadali.

Już nawet nie mam siły tego komentować, więc powiem kolejny raz – oto pedalskie czasy, w których przyszło nam żyć. Gdzie prawda i naturalne skłonności są nie tylko marginalizowane, ale wręcz zakazuje się ich propagowania.
Dużo łatwiej przecież pośmiać się, tak jak w parodii poniżej.



W sumie nawet zabawna ta przeróbka, ale i tak nienawidzę ludzi :-)

niedziela, 7 lutego 2010

Warszawska Karta Miejska

czyli po chuj jebane urzędasy mają wiedzieć kiedy wsiadam do metra?

Rzadko się denerwuje bo generalnie to niespotykanie spokojny ze mnie człowiek. Już żyjemy w takim oto pedalskich czasach, gdzie otaczają nas zakazy i zalecenia. Głupie, bardzo głupie i takie o których czytając przypominam sobie, że trzeba się czegoś napić. Ciężko zniosłem zakaz produkcji żarówek stuwatowych. Mało wtedy spałem i ciągle się sam siebie pytałem "dlaczego". Nikt nie potrafił mi tego absurdu wytłumaczyć. Historia ludzkości to ciągła podróż od ciemnoty do oświecenia. I kiedy już osiągnęliśmy jasność absolutną w postaci stuwatówki, nagle cofamy się o wiek do tyłu, bo ktoś doszedł do wniosku, że są one przyczyną globalnego ocieplenia. Żarówek zabrakło, a za oknem od miesiąca mamy minus dwadzieścia. Więc chyba się chujom udało. Ziemia uratowana.

Teraz jakimś urzędasom zamarzyło się, by Warszawska Karta Miejska stała się rzeczą osobistą. Zrobiono wokół tego szum, a tępym masom pokazano, że od teraz będą miały bilet kodowany na kolorowym plastiku i do tego będzie na niej ich zdjęcie. Trzeba jedynie podać szereg danych osobowych i lśniący plastik będzie Twój. Wiele więcej nie potrzeba było. Właśnie kończy się proces wymiany, w Gazecie Wiewiórczej zaś pojawiają się "głosy rozsądku", w których czytelnicy hołdujący nowoczesności narzekają na spóźnialskich. Przecież można było wyrobić sobie nową kartę już wcześniej. Tak jak Oni. Dumni europejczycy z sianem w głowie i chujem w dupie – bo tego im życzę, tak prywatnie.

Nikt jakoś nie zadaje sobie podstawowego pytania: po jakiego wała komuś w ZTM potrzeba personalnych swoich klientów? Po co komuś mój PESEL, adres? Po co komuś wiedza jaki bilet nabywam, kiedy wchodzę do metra i na jakiej stacji?
Teoretycznie jest na to odpowiedź – bo jak się taką kartę zgubi to można ją łatwo odzyskać z powrotem, wyrabiając duplikat na podstawie danych z bazy. Ciekawe ile jest takich przypadków w ciagu roku. Pytanie retoryczne – nikt w ZTM nie wie, a jak wie to nie powie. Ale wiadomo, że mało. Bo wiadomo, że nie o to wcale chodzi.

I wiadomo, że wolność najlepiej zabierać drobnymi kroczkami. Trochę tego, trochę owego, to zakazać, to nakazać, a to na razie jedynie zalecić. Nikt przecież nie będzie protestować w sprawie prozaicznej karty miejskiej. Za jakiś czas władza absolutna wykona kolejny krok naprzód. I powoli, powoli obudzimy się w świecie, w którym obudzić się wcale nie chcemy. Ale wtedy będzie za późno.

Więc obecnie – sram na personalizowane karty miejskie i mam na nie wyjebane. Nikt mi nie będzie mówił co mam robić i jebać stare bigoty ze szpalt Wiewiórczej. Walka o wolność trwa.
Jak mam ochotę mieć erekcję to będę miał erekcję.

A jak będę chciał posłuchać sobie rymujących cyganów z Ełku, to sobie zapuszczam Nazira. Póki chłopaków nie posadzą, albo chociaż zakażą. Chuj w dupę wrogom wolności!!!

czwartek, 28 stycznia 2010

Przerwanie kokonu ciszy

To ja sadat.
Dawno nic nie pisałem, bo tak się jakoś składa ostatnio, że albo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty albo nie mam tego wszystkiego naraz. Wiecie, to się chyba nazywa ŻYCIE. Do tego dorosłe życie, czyli takie jakiego wcześniej nigdy nie miałem. To życie w którym nie ma już miejsca na parówki na obiado-kolację, piwo Wojak walone z puchacza przemienia się w wino spożywane w kieliszkach, a majtki zakłada się codziennie świeże, a nie wywraca rankiem na „tą czystszą” stronę wczorajsze.

I powiem Wam zaprawdę: do dupy z takim życiem.

Nie żebym narzekał, bo jak zawsze, doceniam to co mam. Jeżeli kiedykolwiek mam jakieś wątpliwości co do tego, to tylko i wyłącznie dlatego, że żyjemy w takich to pedalskich czasach, kiedy rozczulanie się nad sobą samym jest podniesione do roli obowiązującej religii. My z Gregiem też się wpisujemy w ten ogólny trend, za co poniekąd powinniśmy się wstydzić.

Ostatnio byłem na kabarecie (jakby całe życie nie było takowym) i pośród potoku żenujących dowcipów, wyłowiłem filozoficzną perłę w postaci pytania:
Czemu żyjemy tak jak nienawidzimy, a nie tak jak marzymy?

No właśnie. Czemu kurwa?

Nie wiem.
Wiem natomiast jakby moje życie wyglądało gdybym poszedł za głosem serca i zrobił z nim to co chce. Znaczy się z życiem, a nie sercem. Nie wiem tylko czy trwałoby wtedy dostatecznie długo, by się nim nacieszyć, ale z drugiej strony obecnie też takiej pewności nie posiadam. Z chęcią bym opowiedział o tym wszystkim więcej ale na to może przyjdzie jeszcze pora. Albo może, zamiast pisać, napiszę kiedyś, że to właśnie zrobiłem?


The Clash to stały gość na blogu, to poniżej to jednak nowalijka z innego świata nieco.

Trochę rani białe uszy słuchanie tego dłużej ale ma swój urok. Kambodża widać, to nie jedynie Angkor Wat i Czerwoni Khmerowie, ale i muzyka. Szkoda, że nie wiem o czym śpiewają, ale widząc teledysk, chyba nie jest to rozliczanie się z krwawą przeszłością połączone z pytaniami natury filozoficznej. Koleś na mundur chce wyrwać dzidzię, by zakisić sobie ogóra – świat wszędzie jest taki sam.

Piosenka jak piosenka, ale teledysk trzeba przyznać zrywa papę z czapy. Budżetu starczyło jedynie na kilka scen nakręconych na dziobie statku, ale resztę elegenacko dorobiono na blue boxie. I efekt powala na kolana. Nie ma to jak latający David jadący na Harleyu pośród alaskańskiej pewnie głuszy. No i te rozkoszne jamniki w tle.

Nazbierało się nieco arcydzieł muzyki, to jak znajdę wolną chwilę, coś dorzucę. Na razie polecam kontemplację w towarzystwie latającego Davida Hasselhoffa.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Rozważania po robocie.

Miałem parę przemyśleń filozoficznych Wam przekazać ale ponieważ jestem nieco skonany po pracy to zostawię to sobie na później.Bo wiecie dużo we mnie niezrealizowania i frustracji i chciałem to jakoś przełożyć na słowa. Ale nic na siłę bo nie ma nic gorszego jak wymuszone przemyślenia egzystencjalne.No to na co masz w takim razie ochotę, się zapytacie.Mam ochotę na myślenie o niczym. Na bezmyślność robola zjebanego po fizycznej harówie. Ale jest to zdrowe zmęczenie, po prostu bolą mnie mięśnie i stawy. Tylko moja fizyczność ma jakieś ślady po pracy bo umysł mam zupełnie czysty. Żadnych stresów, żadnych lęków przed następnym dniem. Będę spał dobrze w nocy, a mojego snu nie będą mącić żadne niedokończone sprawy. Ponieważ wiem, dobrze że będę robił jutro to samo co dzisiaj. Zacznę o 8 a o 16:30 wybije fajrant i niech się wali niech się pali ja spadam wtedy do domu. I nikt nie będzie miał do mnie pretensji gdyż układ jest jasny. Wydawało by się, że to idealna sytuacja. Oczywiście była by, gdyby nie jakieś tam ambicje i oczekiwania, które sobie człowiek sam wymyśla. Całe szczęście zmęczenie i fizyczna praca skutecznie zagłuszają te wewnętrzne głosy.

Dlatego dzisiaj moje oczekiwania są dzisiaj dosyć niewysublimowane. Tak jak w tej piosence.

sobota, 16 stycznia 2010

Reggae ist krieg!!!

O rany już dawno nas tutaj nie było. Trudno, ważne że wracamy! Nie będę się zbytnio tłumaczył, wiecie rożnie bywa w życiu człowieka i nie zawsze ma czas albo ochotę pisać coś na blogu. Dobra mniejsza z tym.
Z ciekawostek i nowości mam pracę.Wiecie w sumie nic nadzwyczajnego, a nawet bardzo nie nadzwyczajnego. Jestem sprzątaczem, ale przynajmniej godziny stale i spokój w pracy. Robię swoje, nikt o nic się nie czepia a ja mam swój świat. Pracuję w piekarni, więc poza typowym czyszczeniem kibli, mam też parę istotniejszych rzeczy do wyczyszczenia i w sumie od mojej pracy zależy przyszłość tego miejsca. Mam bowiem tą siłę, że gdybym był leniwym i złośliwym chujem i coś tam zaniedbał albo wrzucił coś do ciasta to tutejszy sanepid zamkną by tą budę. Ale mają szczęście że trafili na tak prawego i mądrego człowieka, który nie nadużywa swojej władzy. W sumie jakby na to nie patrzeć to w moich rękach jest los około 40 pracowników i ich rodzin. Jednakże zostałem sobą i nie pokazuję swojej mocy. Ludzie nawet mili, wiecie piekarze. Znają się na chlebie i takich tak różnych. Ja w sumie też powoli zaczynam się na tym znać. Doprawdy jak wrócę już do Polski to będę dysponował wszechstronną wiedzą. W sumie który z moich znajomych zna się na stali, chińskiej biżuterii lub chlebie.
Wcześniej byłem w Polsce na Święta. I było całkiem fajnie. Znowu przytyłem i podniosłem poziom alkoholu we krwi. Nie było w sumie dnia co bym czegoś tam nie chlapną. Nawet już w Wigilię wieczorem raczyłem się Konstancinem Mocnym. No dobra przed wieczerzą też coś tam było grane. A właśnie a'propos piwa z browaru Konstancin to miałem przyjemność wreszcie dotrzeć do polonijnego baru, gdzie produkty tego przedsiębiorstwa są serwowane. Zarówno miejsce jak i piwa na duży plus.
oczywiście nie zrobiłem wszystkiego co chciałem zrobić w Polsce. Niestety nie byłem na żadnym koncercie. Chociaż brak muzyki na żywo wynagrodziła mi obecność na próbie zespołu naszego kumpla Der Duwel. Śmiechu co nie miara było, i sławy polskiego punk rocka poznaliśmy, które piły w sali obok. Der Duwel skradł mi serce tym, że grał jeden z moich ulubionych kawałków w historii metalu, a mianowicie to:



Wokalista co prawda jeszcze nie wyciąga tak jak Rob Halford ale może to i dobrze, bo to oznacza, że przynajmniej nie jest pedałem.
Co do pedałów to również pod ich znakiem miną mi pobyt w Polsce. A wszystko to za sprawą rozwiązłości obyczajów, przez którą ludzie postanawiają łamać boski porządek. Znam takich paru. Mówię im za każdym razem, że jeżeli się nie zmienią to pójdą do piekła, bo Bóg potrafi wybaczyć wiele rzeczy ale nie pedalstwo. Ale to spływa po nich jak woda po kaczce. Trudno, starałem się. Mało tego w chwili słabości i jakiegoś zamroczenia dałem się zaciągnąć z narzeczoną do gejowego pubo-kluby. No tak mnie jakoś zakręcili, że poszedłem. znaczy się mam swoje zasady i nigdy do takiego miejsca bym nie poszedł ale było wtedy kurewsko zimno. Byliśmy w knajpie ze znajomym pedałem i po kolacji powiedział, żeby wpaść tam na piwo. jak powiedziałem mam swoje zasady ale było zimno i koleś miał bony na taksówkę, więc sobie pomyślałem, że dobra pierdolę, pójdę tam wypije piwo, wszystkich będę traktował z pogardą i przynajmniej taryfą do domu wrócę. Ale łobuz nas oszukał bo bony wykorzystał tylko, żeby tam pojechać a już stamtąd musieliśmy płacić. Dobra nieważne. Potraktowałem to jako doświadczenie socjologiczne. Sporo tych sodomitów teraz w Polsce. o jedno z moich obserwacji. Druga to, że drag queen'i nie potrafią śpiewać. No kurwa nie rozumiem tego. Facet przebiera się za babę i wszyscy się cieszą. Równie dobrze clowna mogli by dać. Nie wiem może ten madame był po prostu kiepski. W każdym razie Wam powiem tyle, Lady Kamila jest bardzo chujowym drag queen. Nawet ustami nie potrafi ruszać do słów piosenki. Kulminacją jej występu było wyjście w przebraniu twinki-winki i machanie tęczową flagą. Spoko co kto lubi. Ja nie lubię w każdym razie.
Nieważne to wszystko, wielu z Was pewnie się dziwi co te wszystkie brednie maja wspólnego z tytułem postu. ja też się dziwię bo chciałem pisać o czymś zupełnie innym ale rozpisałem się nad tym i już nie mam siły pisać o tym o czym chciałem. Bo wiecie, że jest teraz Puchar Narodów Afryki, wiecie że z Sadatem jesteśmy narodowo-katolickimi Rastafarianami i naszymi dwoma ulubionymi hasłami jest: Bóg, Honor, Ojczyzna oraz sadzić, palić, zalegalizować. I właśnie dzisiaj chciałem Wam pokazać, że reggae to nie muzyka dla cipek. No twarde, agresywne przesłanie i namawia do przemocy. Ja wiem, ze trudno to odgadnąć kiedy Murzyny śpiewają swoja wersja angielskiego. Dlatego żeby dobitnie to ukazać zaprezentuję ten zajebisty kawałek. Jest w języku polskim to się powinniście zorientować o co cho. Dobra, reszta rozkminki jutro bo się zmęczył ja teraz. Jah! Jah! Ras Tafari!!!!!



Acha, kawałek zaczyna się dopiero od 1:13 min, więc nie zdziwcie się jak nic nie gra na początku.