Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cappy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cappy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zostawi nas czy nie, oto jest pytanie tygodnia

Ciężko jest być polonistą. Mówią o nas „konfitury” i wytykają palcami na wszystkich stadionach Polski (a nawet świata, bo w Podgoricy też się nie spodobaliśmy) ale nawet nie wiedzą jak ciężko jest codzienną pracą zdobyć oraz utrzymać renomę Czarnego Pedała. Czasami odnoszę wrażenie, że kibicowanie KSP to już ponad moje starcze siły. Ile nerwów! Ile zmian nastrojów! Jak u kobiety przed okresem, a nawet gorzej. W zeszłym sezonie, mając najlepszy skład w lidze, dzielnie walczyliśmy o utrzymanie. W tym, raz jest lepiej (zwycięstwo nad zieloną ladacznicą ma swoją wymowę), raz gorzej, a (nie)raz tragicznie. Nasi kopacze są w stanie przegrać z każdym. Polonia to idealny rywal „na przełamanie”. Tyle głupich punktów potraciliśmy, że jakby tylko część z nich dodać do sumy, wyszłoby, że powinniśmy ... przodować w lidze ogórków i ogórasow by Orange!

Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!

Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.

Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?

PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników

czwartek, 28 stycznia 2010

Przerwanie kokonu ciszy

To ja sadat.
Dawno nic nie pisałem, bo tak się jakoś składa ostatnio, że albo nie mam czasu, albo siły, albo ochoty albo nie mam tego wszystkiego naraz. Wiecie, to się chyba nazywa ŻYCIE. Do tego dorosłe życie, czyli takie jakiego wcześniej nigdy nie miałem. To życie w którym nie ma już miejsca na parówki na obiado-kolację, piwo Wojak walone z puchacza przemienia się w wino spożywane w kieliszkach, a majtki zakłada się codziennie świeże, a nie wywraca rankiem na „tą czystszą” stronę wczorajsze.

I powiem Wam zaprawdę: do dupy z takim życiem.

Nie żebym narzekał, bo jak zawsze, doceniam to co mam. Jeżeli kiedykolwiek mam jakieś wątpliwości co do tego, to tylko i wyłącznie dlatego, że żyjemy w takich to pedalskich czasach, kiedy rozczulanie się nad sobą samym jest podniesione do roli obowiązującej religii. My z Gregiem też się wpisujemy w ten ogólny trend, za co poniekąd powinniśmy się wstydzić.

Ostatnio byłem na kabarecie (jakby całe życie nie było takowym) i pośród potoku żenujących dowcipów, wyłowiłem filozoficzną perłę w postaci pytania:
Czemu żyjemy tak jak nienawidzimy, a nie tak jak marzymy?

No właśnie. Czemu kurwa?

Nie wiem.
Wiem natomiast jakby moje życie wyglądało gdybym poszedł za głosem serca i zrobił z nim to co chce. Znaczy się z życiem, a nie sercem. Nie wiem tylko czy trwałoby wtedy dostatecznie długo, by się nim nacieszyć, ale z drugiej strony obecnie też takiej pewności nie posiadam. Z chęcią bym opowiedział o tym wszystkim więcej ale na to może przyjdzie jeszcze pora. Albo może, zamiast pisać, napiszę kiedyś, że to właśnie zrobiłem?


The Clash to stały gość na blogu, to poniżej to jednak nowalijka z innego świata nieco.

Trochę rani białe uszy słuchanie tego dłużej ale ma swój urok. Kambodża widać, to nie jedynie Angkor Wat i Czerwoni Khmerowie, ale i muzyka. Szkoda, że nie wiem o czym śpiewają, ale widząc teledysk, chyba nie jest to rozliczanie się z krwawą przeszłością połączone z pytaniami natury filozoficznej. Koleś na mundur chce wyrwać dzidzię, by zakisić sobie ogóra – świat wszędzie jest taki sam.

Piosenka jak piosenka, ale teledysk trzeba przyznać zrywa papę z czapy. Budżetu starczyło jedynie na kilka scen nakręconych na dziobie statku, ale resztę elegenacko dorobiono na blue boxie. I efekt powala na kolana. Nie ma to jak latający David jadący na Harleyu pośród alaskańskiej pewnie głuszy. No i te rozkoszne jamniki w tle.

Nazbierało się nieco arcydzieł muzyki, to jak znajdę wolną chwilę, coś dorzucę. Na razie polecam kontemplację w towarzystwie latającego Davida Hasselhoffa.