Listopad w tym roku jest bardzo łaskawy jeżeli chodzi o pogodę. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby jedenastego miesiąca roku latały biedronki. Co prawda chińskie, super agresywne, genetycznie ulepszone bezwzględne morderczynie stonki ziemniaczanej, ale zawsze to biedronki. W tak przyjaznych, okolicznościach przyrody przypadły dwie niemałe imprezy. Jednak to mecz mecz Polonia - Lech, druga Marsz Niepodległości.
Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"
Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.
poniedziałek, 14 listopada 2011
środa, 2 listopada 2011
Gazeta Wyborcza tego nie poleca - Montaż
Nie od dziś wiadomo, że piana na ustach arystokracji intelektualnej oraz mocna pozycja na liście „lektur zakazanych”, to najlepsza rekomendacja dla każdej książki, która promuje myślenie miast odtwórczego powtarzania wyświechtanych sloganów świata postępu oraz równości. Kiedy media krzyczą – „nie czytaj!”, moja ciekawość jedynie rośnie. W ten oto sposób w moje ręce dostała się owa niebanalna książka. „Montaż” pióra Vladimira Volkoffa to pozornie „tylko” powieść szpiegowska, czyli literacka pornografia niskiego, prawicowego sortu. W rzeczy samej to jednak bardziej ostrze szpady wymierzone w rozpasły brzuch francuskiej sceny politycznej, które dla niepoznaki, przybrało ową niepozorną formę. Jej publikacja wywołała w latach 80-tych sporo nerwowości w różnych gabinetach, biurach i umysłach. Radzieckie służby wystartowały ponoć z akcją „Anty-montaż”, której celem było doprowadzenie do niewydania książki oraz zdyskredytowanie jej autora. Śmietanka intelektualna Paryża i okolic zagotowała się ze złości. Volkoff z miejsca stał się wrogiem numer jeden, któremu przypinano wszelkie możliwe łatki – od dzieciobójcy, poprzez wariata, na starym i poczciwym faszyście kończąc. I nic dziwnego, bo „Montaż” odsłania zakamarki alkowy, z chirurgiczną precyzją kastrując połowę środowisk politycznych i dziennikarskich Francji.
To chyba pierwsza książka, w której bardziej interesujące od fabuły są ... detale oraz definicje pojęć. Sama opowieść skupia się na życiu niejakiego Aleksandra Psara, obywatela francuskiego pochodzenia rosyjskiego, który zwerbowany w młodości przez KGB wyświadcza im wieloletnie przysługi działając pod przykrywką agenta literackiego. Psar ów, żeby było śmieszniej, uznawany jest za reakcyjnego prawicowca, który pała szczerą nienawiścią do ZSRR i lewicy, podczas gdy w rzeczywistości, wprawnie dyrygują swoją „orkiestrą” złożoną z pożytecznych idiotów, przyczyniając się do triumfu zła. Podczas wykonywania najważniejszej operacji, tytułowego „Montażu” rzeczy zaczynają przybierać jednak inny od oczekiwanego obrót. I tyle o tej warstwie – kto chce, niech poczyta. Choć język czasami kuleje, a naiwność bije po oczach, jest to sama w sobie porządna powieść szpiegowska. O tyle dobra dodatkowo, że napisana przez byłego agenta, który pewnie wie co mówi (lepiej od krytyków na łamach gazet, to z całą pewnością).
Volkoff odsłania mechanizmy, którymi świat specsłużb posługuje się w mass-mediach. I to jest dopiero ciekawe! Szybko można zrozumieć dlaczego tak wielu osobom ta książka jest nie w smak. Przecież motłoch może to przeczytać, rozpisać sobie, zapamiętać, a co gorsze, zacząć przez pryzmat owej wiedzy analizować rzeczywistość, która go otacza. I wtedy, nie daj Perunie!, może się okazać, że i my mamy swoje „pudła rezonansowe”, wsporniki i przekaźniki. Więc przyjrzyjmy się bliżej jakiemuś wycinkowi tej warstwy „Montażu”. Ot chociażby, „Volkoffowa” dezinformacja i jej metody. Do użycia wszędzie, od przedszkola po prasę codzienną. Wytnij – przyłóż – zaznacz. Ja wiem, że to już nie nowe i każdy z nas to podświadomie lub nie, ale jednak zna. Tu jednak, mamy to na papierze, pięknie rozpisane, poparte przykładami. Aż chce się użyć! Chodzi więc o to, by zachowując pozory bezstronności i obiektywizmu, w odpowiedni sposób pokierować opinią publiczną w pożądanym kierunku. Po pierwsze, posłużyć do tego może wymieszanie prawdy oraz kłamstwa. Informacje prawdziwe służą w tym przypadku dwóm celom – podkeślają dobre intencje („chodzi nam wszystkim przecież o prawdę”) oraz przemycają uzasadnienie kłamstwa (które znajdujemy w prawdziwych przecież informacjach). To nic więcej jak fałszywe wnioski świadomie wyciągane z faktów (a raczej wcześniej przygotowane tezy do których dorabia się legendę w postaci rzeczywistych zdarzeń). Po drugie, mamy rozmycie. Jeżeli już trzeba podać jakiś niewygodny fakt, bo trudno go obejść („zadłużenie Polski urosło w ciągu ostatnich czterech lat o rekordowe wartości”), to trzeba dodatkowo podać tyle zbędnych informacji, by jego wymowa utonęła w liczbach, danych i analizach („Polska zieloną wyspą Europy, bezrobocie spadło, Unia daje pieniądze, powstają autostrady, stadiony, druga linia metra, średnia długość życia idzie do góry etc.”). W ten sposób, jednocześnie mówimy prawdę topiąc ją w zalewie innych faktów, by wytrącić jej znaczenie i wymowę. Po trzecie zaś, użyć można zasady nierównej reprezentacji. Stawiamy się pośrodku tematu, nie zajmując stanowiska. Przybliżamy oba obozy i ich tezy, ale jednocześnie, poświęcamy im nierównomiernie dużo czasu oraz miejsca. Można więc np. napisać, że polityk X to menda, szuja, karzeł moralny poświęcając na te wywody jedną stronę, na końcu której, można oddać głos owemu X, któremu pozwoli się jedynie powiedzieć, że te zarzuty są nieprawdziwe. Ot i cała sztuczka. Jest obiektywnie, każda strona się wypowiedziała, a kto ma jakieś widzimisię temu nienawiść zalewa mózg.
Warto tę książkę pochłonąć. Nie tylko przeczytać, ale i się jej nauczyć. A następnie przejrzeć gazety, popatrzeć w ekran telewizora i pobawić się w prostą grę – rozszyfrowując jaką sztuczkę użyto tu czy tam, zastanowić się kto może być mocodawcą, komu może zależeć, kto płaci, a kto jest jedynie ideologicznym romantykiem, któremu wydaje się, że walczy o inny, lepszy świat, nie wiedząc, że w rzeczywistości jest marionetką sterowaną przez wprawną rękę dyrygenta. Oj, tak, „Montaż” to bardzo niebezpieczna pozycją na półkach motłochu. Zamienia bierne jednostki w czujnych obserwatorów, wzmaga nienawiść i rozbudza podejrzliwość. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić i Wam ową odtrutkę. Czytać!
Etykiety:
byłem agentem wywiadu,
dezinformacja,
lektury zakazane,
metody KGB,
montaż,
oś zła,
szpiegowskie powieści,
vladimir,
volkoff,
werbunek,
zsrr
piątek, 14 października 2011
George Smiley
Wiek – ponad sześćdziesiąt lat. Blada cera, podkrążone oczy. Mina strapiona, przypominająca wzrok zmęczonego spaniela. Sylwetka wysoka, szczupła, czasami jednak przygarbiona. Charakterystyczne okulary w grubej czarnej oprawce. Garnitur na miarę, najbardziej klasyczny z klasycznych w kroju i kolorze. Płaszcz, kapelusz, laska. Zdecydowanie nie-hipster. Emeryt. Do tego najwyraźniej pogrążony w myślach i nieco melancholijny.
O kim mowa?

George Smiley, agent Jej Królewskiej Mości powstał w umyśle Johna Le Carre, ale to telewizyjna adaptacja dwóch książek dała mu rozpoznawalną twarz Aleca Guinnessa. Po sukcesie pierwszej mini-serii autor zresztą tak zachwycił się jego grą, że tworząc kolejne odsłony sagi nadał swojemu bohaterowi więcej cech aktora. Na nieszczęście, BBC ostatecznie zekranizowało tylko część pierwszą i trzecią, czyli ostatnią. Środkowa książka została pominięta z zupełnie prozaicznego powodu – jej akcja rozgrywała się po części w dalekim Hong Kongu. Brytyjski nadawca na przełomie lat 70-tych i 80-tych był zaś tak ubogi, że taki odległy plener był poza zasięgiem finansowym.


W ten sposób zarówno „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” jak i „Smiley's People” mają swój niepowtarzalny klimat. W dużej części jest to zasługa scenariusza, reżyserii i aktorów, ale swoją cegiełkę dorzucił również ograniczony budżet. Znaczna część akcji pierwszej części (po polsku brzmi ona nieco melodramatycznie - „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) rozgrywa się w pomieszczeniach. Niemal wszystkie są duszne, archaiczne, mieszczańskie i anglosaskie w najbardziej odpychającym stylu. Ziarno filmu jest grube, oświetlenie podłe. Kolory są wyprane i szare, niczym najgorszy sen daltonisty. Na ludzkich twarzach rysuje się każda najmniejsza wada skóry, a bladość przybiera trupie rozmiary. Zauważyliście, że wszyscy aktorzy są po prostu starzy? Zaś młodzi wyglądają jakby … młodzi już dawno nie byli. Kamera jest oszczędna w ruchach. Dynamiki brakuje nie tylko ujęciom ale i samej akcji. A może raczej „akcji”. Fabuła wlecze się jak żółw. Rozmowa, strapiona twarz Sir Aleca, kolejna rozmowa, strapiona twarz, znowu rozmowa. Chłodna analiza. Sir Alec zdejmuje okulary przecierając szkła skrawkiem krawata. Z ekranu bije melancholią, refleksją, smutkiem i bezdenną rozpaczą. Zimna wojna nigdy nie była tak zimna. Zgodnie z zasadą dobrego szpiegowskiego kina, sekrety poznajemy powoli, powolutku. Misterna intryga do samego niemal końca jest dla naszego oka jedynie częściowo widoczna. Na początku, przyznam bez bicia, rozumiałem nie za wiele. Na koniec rozpływałem się w zachwytach i sam siebie pytałem – jak to możliwie, że ta opowieść z ładunkiem emocji rodem z rozgrywki szachowej, mogła mnie aż tak zainteresować?
„Smiley's People”, kto wie, czy nie jest jeszcze lepszym kawałkiem dobrej telewizyjnej dramaturgii. Tym razem, jak to na agenta przystało, wiekowy dżentelmen przemierza Europę Zachodnią próbując nacisnąć na ogon swojego sowieckiego alter ego. Po sześciu odcinkach przychodzi, niestety, nieubłagany koniec. Łza się w oku kręci.
Ponoć w kinach można obejrzeć remake z Gary Oldmanem w roli Smileya. Chyba nie będę sobie psuł dobrych wspomnień. Zamiast tego włożę do odtwarzacza jeszcze raz płyty i zanurzę się w świat szpiegowskich intryg na dobre (choć krótkie) blisko dwanaście godzin.
O kim mowa?
George Smiley, agent Jej Królewskiej Mości powstał w umyśle Johna Le Carre, ale to telewizyjna adaptacja dwóch książek dała mu rozpoznawalną twarz Aleca Guinnessa. Po sukcesie pierwszej mini-serii autor zresztą tak zachwycił się jego grą, że tworząc kolejne odsłony sagi nadał swojemu bohaterowi więcej cech aktora. Na nieszczęście, BBC ostatecznie zekranizowało tylko część pierwszą i trzecią, czyli ostatnią. Środkowa książka została pominięta z zupełnie prozaicznego powodu – jej akcja rozgrywała się po części w dalekim Hong Kongu. Brytyjski nadawca na przełomie lat 70-tych i 80-tych był zaś tak ubogi, że taki odległy plener był poza zasięgiem finansowym.
W ten sposób zarówno „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” jak i „Smiley's People” mają swój niepowtarzalny klimat. W dużej części jest to zasługa scenariusza, reżyserii i aktorów, ale swoją cegiełkę dorzucił również ograniczony budżet. Znaczna część akcji pierwszej części (po polsku brzmi ona nieco melodramatycznie - „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) rozgrywa się w pomieszczeniach. Niemal wszystkie są duszne, archaiczne, mieszczańskie i anglosaskie w najbardziej odpychającym stylu. Ziarno filmu jest grube, oświetlenie podłe. Kolory są wyprane i szare, niczym najgorszy sen daltonisty. Na ludzkich twarzach rysuje się każda najmniejsza wada skóry, a bladość przybiera trupie rozmiary. Zauważyliście, że wszyscy aktorzy są po prostu starzy? Zaś młodzi wyglądają jakby … młodzi już dawno nie byli. Kamera jest oszczędna w ruchach. Dynamiki brakuje nie tylko ujęciom ale i samej akcji. A może raczej „akcji”. Fabuła wlecze się jak żółw. Rozmowa, strapiona twarz Sir Aleca, kolejna rozmowa, strapiona twarz, znowu rozmowa. Chłodna analiza. Sir Alec zdejmuje okulary przecierając szkła skrawkiem krawata. Z ekranu bije melancholią, refleksją, smutkiem i bezdenną rozpaczą. Zimna wojna nigdy nie była tak zimna. Zgodnie z zasadą dobrego szpiegowskiego kina, sekrety poznajemy powoli, powolutku. Misterna intryga do samego niemal końca jest dla naszego oka jedynie częściowo widoczna. Na początku, przyznam bez bicia, rozumiałem nie za wiele. Na koniec rozpływałem się w zachwytach i sam siebie pytałem – jak to możliwie, że ta opowieść z ładunkiem emocji rodem z rozgrywki szachowej, mogła mnie aż tak zainteresować?
„Smiley's People”, kto wie, czy nie jest jeszcze lepszym kawałkiem dobrej telewizyjnej dramaturgii. Tym razem, jak to na agenta przystało, wiekowy dżentelmen przemierza Europę Zachodnią próbując nacisnąć na ogon swojego sowieckiego alter ego. Po sześciu odcinkach przychodzi, niestety, nieubłagany koniec. Łza się w oku kręci.
Ponoć w kinach można obejrzeć remake z Gary Oldmanem w roli Smileya. Chyba nie będę sobie psuł dobrych wspomnień. Zamiast tego włożę do odtwarzacza jeszcze raz płyty i zanurzę się w świat szpiegowskich intryg na dobre (choć krótkie) blisko dwanaście godzin.
Etykiety:
alec guinness,
George Smiley,
John le Carre,
karla,
MI6,
smiley's people,
tinker tailor soldier spy,
toby esterhase,
ussr,
zimna wojna,
zsrr
wtorek, 4 października 2011
Partii puszczają zwieracze
Nie śmiem polemizować z doskonałością prof. Bartoszewskiego i nie odmawiam mu żadnych zaszczytów. Jeżeli niektórzy mówią, że to najwybitniejszy żyjący Polak – niech tak będzie. Jeżeli wszyscy wykształceni ludzie z ogładą i poglądami godnymi naszej łacińskiej spuścizny mawiają o nim per „autorytet” czy „mąż stanu” – niech tak będzie. Niech ma te swoje dziewięćdziesiąt lat, niech opowiada ile przeżył i czego nie zrobił, a ja będę potakiwał głową z uznaniem. I nawet nie będę sprawdzał czy rzeczywiście jest godny tych laurek. Przymknę oko na rozliczne wypowiedzi, które, delikatnie rzecz nazywając, są kontrowersyjne i mają za zadanie jątrzyć, a nie jednoczyć (trochę to mało „profesorskie”). Ba! Kupię nawet jakąś książkę sygnowaną jego nazwiskiem. Tolerancyjny jestem – jak każdy komu inni, Ci „tolerancyjni w jedyny naprawdę tolerancyjny sposób” owej tolerancji odmawiają ... Ale za swój występ w spocie „wyborczym” Platformy Obywatelskiej moja akceptacja dla tego wesołego starca jakby się wyczerpała. Niech sobie ma poglądy jakie chce, niech sobie mówi co chce, niech sobie popiera kogo się mu tylko żywnie podoba. Ale niech nie próbuje decydować kto jest patriotą, a kto nie. Szczególnie w oparciu o krótkookresową linię demarkacyjną w postaci najbliższych wyborów. Niech mi nie odmawia prawa nazywania siebie w ten sposób, szczególnie gdy świadczenia państwowe (póki mogę) omijam szerokim łukiem, a równocześnie płacę wysokie podatki, pracuję po godzinach i dokładam w pocie czoła swoją małą cegiełkę do wzrostu gospodarczego, którym potem sobie PO albo PiS wyciera gębę chełpiąc się swoimi „sukcesami”. A co, nie należy mi się chociaż tyle? Nie wyciągam ręki po nic więcej, jedynie szacunek, albo chociaż milczenie. A otrzymuję inwektywę z ust autorytetu przerażonego wizją zmiany u władzy połączoną z nową definicją „patriotyzmu”. Ludzie mają różny termin przydatności do aktywności. Pan Bartoszewski cieszy się już i tak wyjątkowo długą linią kariery zawodowej, ale chyba pora już zamienić garnitur na szlafrok, a wywiady na czytanie bajek praprawnuczkom. Inaczej rozmieni się na zupełne drobniaki.
Swoją drogą, ja wiem, że ostatnio tylko polityka&polityka, zwieracze puszczają Platformie, że aż miło patrzeć. Spot z Bartoszewskim to zastraszanie, ale co można powiedzieć o tym poniższym?
A miało być tak merytorycznie można napisać... Miało być o gospodarce, rynku, kryzysie, autostradach, infrastrukturze, reformach. A skończyło się na terroryzowaniu widzów starszymi kobiecinami i kibolami. A do wyborów jeszcze zostało kilka dni i najlepsze chyba jeszcze przed nami...
wtorek, 27 września 2011
Tuskobus a rozprawa o perspektywie
Kampania wyborcza zatacza coraz szersze kręgi. To jest to co misie lubią najbardziej. Walka! Seks! Przemoc! Ostre słowa i świeżo wykrochmalone koszule. Kiedy człowiek jest najbliższy ideałowi? Wiadomo, wtedy gdy do wyborów pozostały niecałe dwa tygodnie. Wszyscy są dobrzy, pracowici i rzetelni. Każdy nagle już wie co trzeba zrobić by wszystkim żyło się lepiej. Eureka! Pieniądze podatników rosną przecież na drzewach, wystarczy po nie sięgnąć, a ja wiem jak! Głosujcie na mnie, ja Was nie okradnę! A właśnie, że nie, głosujcie na mnie, mnie też się przecież coś w końcu należy! Upasione świnie biegną w kierunku koryta na równi z tymi wyposzczonymi, którym marzy się splendor i życie posła, tudzież senatora. A wiadomo, że reklama dźwignią handlu, także w tak specyficznym rynku jakim jest głosowanie na wieprzowinę. Raz na jakiś czas i w tej branży znajdzie się prawdziwy rodzyn talentu, przed którym wypada przyklęknąć i podziękować, że żyło się w tej samej epoce co On.

Dzisiaj na pewnym portalu internetowym należącym do anty-polskiej koalicji mającej swoje kapitałowe źródła w Tel Aviwie, wyświetlała się oczom gawedzi taka oto reklama. Pomyślałbym, że to prowokacja. Ale nie. To Dzieło. Leonardo da Vinci mawiał ponoć po pijaku, że perspektywa to styl i źródło malarstwa. Nie wiem ręka jakiego artysty kreśliła ową wariację, ale należy jej się głęboki ukłon. Co za kompozycja, co za barwy, co za emocje, co za wykorzystanie przestrzeni i użycie rekwizytów. No i ta perspektywa. Można owe dzieło analizować warstwa po warstwie, odkrywając nowe pokłady aluzji, sekretów i nawiązań kulturowych. Gdyby ten obraz mógł tylko mówić, opowiedziałby piękną historię. O dobrym Tusku co to w Polskę się nie bał i pojechał. Po drodze, jak to po drodze, wskoczył objeść tego czy innego lokalnego działacza Platformy z zapasów robionych na zimę. Zajadając kanapkę ze smalcem posłuchał jak to ciężko się żyje ludziom na prowincji, którzy bronią ojczyzny przed naporem Ciemnogrodu. Przypadkowo tylko wszyscy ubrali się w eleganckie garnitury. Nie jest źle, mówią, ale najważniejsze, że nasza Polska jest w budowie. Byleby tylko kibole z Kaczyńskim do władzy nie doszli, bo wtedy wiadomo, czeka nas Holocaust z rąk prostactwa. Rozmówcy spuszczają wzrok przerażeni widmem utraty swych synekur w powiatach, gminach i województwach. Donald uspokaja. Nie lękajcie się, mam zbyt dobre hasło, by przegrać. „Zrobimy więcej!”! Tłum wiwatuje. Premier zjadł jeszcze jednego kiszeniaka, podziękował, pożegnał się i wsiadł do swojego autobusu. Kolejni polityczni watażkowie PO już przecież czekają. Z najwyższym trudem odlepiono od premierowskich nóg małe dziecko ubrne w strój pieska – tak bało się powrotu PiS do władzy, że chciało pojechać z wujkiem Donaldem aż do dalekiej Warszawy! Na pamiątkę znalazło się na pierwszym planie plakatu uzupełniając obraz godny Piotra Breugla młodszego. Nie wiem czy ma już tytuł. Może „bachusowska uczta premiera z dzieckiem ubranym w strój psa oraz ręką trzymającą aparat cyfrowy na pierwszym planie?”. Albo chociaż „Ostatni kiszeniak Donalda Tuska na tle domu z brązowej cegły oraz przyczepy kempingowej z anteną satelitarną w tle”? Ocieram łzę wzruszenia, takie to kurwa piękne, a ja uparłem się żeby w życiu nie zagłosować na żadną z tych politycznych mend. Może jednak?

Ostatnie zdjęcie pochodzi z serwisu www.tvp.pl – dziękuję!
Dzisiaj na pewnym portalu internetowym należącym do anty-polskiej koalicji mającej swoje kapitałowe źródła w Tel Aviwie, wyświetlała się oczom gawedzi taka oto reklama. Pomyślałbym, że to prowokacja. Ale nie. To Dzieło. Leonardo da Vinci mawiał ponoć po pijaku, że perspektywa to styl i źródło malarstwa. Nie wiem ręka jakiego artysty kreśliła ową wariację, ale należy jej się głęboki ukłon. Co za kompozycja, co za barwy, co za emocje, co za wykorzystanie przestrzeni i użycie rekwizytów. No i ta perspektywa. Można owe dzieło analizować warstwa po warstwie, odkrywając nowe pokłady aluzji, sekretów i nawiązań kulturowych. Gdyby ten obraz mógł tylko mówić, opowiedziałby piękną historię. O dobrym Tusku co to w Polskę się nie bał i pojechał. Po drodze, jak to po drodze, wskoczył objeść tego czy innego lokalnego działacza Platformy z zapasów robionych na zimę. Zajadając kanapkę ze smalcem posłuchał jak to ciężko się żyje ludziom na prowincji, którzy bronią ojczyzny przed naporem Ciemnogrodu. Przypadkowo tylko wszyscy ubrali się w eleganckie garnitury. Nie jest źle, mówią, ale najważniejsze, że nasza Polska jest w budowie. Byleby tylko kibole z Kaczyńskim do władzy nie doszli, bo wtedy wiadomo, czeka nas Holocaust z rąk prostactwa. Rozmówcy spuszczają wzrok przerażeni widmem utraty swych synekur w powiatach, gminach i województwach. Donald uspokaja. Nie lękajcie się, mam zbyt dobre hasło, by przegrać. „Zrobimy więcej!”! Tłum wiwatuje. Premier zjadł jeszcze jednego kiszeniaka, podziękował, pożegnał się i wsiadł do swojego autobusu. Kolejni polityczni watażkowie PO już przecież czekają. Z najwyższym trudem odlepiono od premierowskich nóg małe dziecko ubrne w strój pieska – tak bało się powrotu PiS do władzy, że chciało pojechać z wujkiem Donaldem aż do dalekiej Warszawy! Na pamiątkę znalazło się na pierwszym planie plakatu uzupełniając obraz godny Piotra Breugla młodszego. Nie wiem czy ma już tytuł. Może „bachusowska uczta premiera z dzieckiem ubranym w strój psa oraz ręką trzymającą aparat cyfrowy na pierwszym planie?”. Albo chociaż „Ostatni kiszeniak Donalda Tuska na tle domu z brązowej cegły oraz przyczepy kempingowej z anteną satelitarną w tle”? Ocieram łzę wzruszenia, takie to kurwa piękne, a ja uparłem się żeby w życiu nie zagłosować na żadną z tych politycznych mend. Może jednak?
Ostatnie zdjęcie pochodzi z serwisu www.tvp.pl – dziękuję!
czwartek, 22 września 2011
Do urn matoły!
Zbliżają się kolejne wybory i zaczyna się powoli nagonka na tych, którzy mają demokrację tam gdzie jej miejsce, czyli w dupie. Walka o frekwencję więc trwa w najlepsze, chociaż z góry wiadomo, że po wszystkim pojawią się głosy rozczarowania. Jak to, znowu tak mało obywateli miało ochotę pójść do urn i wybrać lepszą przyszłość? Władza potrzebuje silnej legitymizacji, wie o tym każdy watażka, nawet taki Nursułtan Nazarbajew z Kazachstanu, którego oczy cieszy nie tylko ponad 90% poparcia, ale i niemal 100% frekwencji. A u nas, w ciemnogrodzie to co? Samowolka, anarchia i olewactwo, nie dziwne więc, że tendencja by to zmienić, uciąć łeb antydemokratycznej hydrze jest coraz większa. Ale i tak gówno z tego wyjdzie. Do tej nierównej batalii zaprzągnięto nawet ... niepełnosprawnych, którzy w końcu mogą głosować za pomocą przedstawiciela. Piękna i szczytna idea. Rozumiem, że takiemu prostakowi jak ja miało się zrobić przykro – mogę głosować, a nie robię tego. Inni zaś nie mają jak, a tak bardzo by chcieli. Tłumy niepełnosprawnych tylko o tym marzą! Co tam praca, ulgi podatkowe, windy, ułatwienia umożliwiające przejście przez głupią ulicę. Najważniejsza nie jest przecież godność osobista czy sytuacja materialna, ale prawa wyborcze. Jak wiadomo, prawami wyborczymi można się najeść, ubrać w nie i odłożyć do skarpety. Powinien pojawić się u mnie dysonans. Coś jak refleksja u samobójcy. W końcu codziennie tyle osób walczy o kolejny dzień życia, a jakiś debil zawsze rzuci się pod tory bo zostawiła go dziewczyna. Powinien był pojawić się ten dysonans ale coś się kurwa nie pojawił, bo ze mną jak z dzieckiem. Im bardziej ktoś chce bym założył czapkę, tym lepiej mi na mrozie z gołą głową.
Otwarte pytanie brzmi – czy to moralne czy nie, tak wycierać się niepełnosprawnymi? Czy lepiej wycierać się Smoleńskiem czy może człowiekiem na wózku?
Prawdziwe oblicze władzy pokazują realne działania (i nie mniej realne zaniechania). Ot, chociażby nowela do ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tzw. „ochrona ważnego interesu gospodarczego państwa” jako jeden z czynników wydania decyzji odmownej, sprawia, że i tak niezbyt prosta ścieżka może wydłużyć się do drogi przez mękę na końcu której szarego obywatela może czekać zaciśnięta urzędnicza pięść z wyprostowanym środkowym palcem. Bo po co nam wiedza o tym co robi władza? Po poprawce, owa klauzula generalna otwiera przed urzędami nowe możliwości interpretacyjne – zasadniczo, wszystko co robi „władza” ma związek z interesem gospodarczym państwa, więc jedyne co trzeba udowodnić to skalę jego „ważności”, co jest już zadaniem prostym o tyle, że nigdzie nie istnieje dookreślenie co to dokładnie znaczy. Więc w praktyce, znaczy to dokładnie to co stwierdzi urzędnik. I gdzie to nawoływanie do demokracji i wykorzystywania swoich praw jest teraz?
Niestety (niestety dla polityków) ale najbardziej skutecznym mechanizmem dyskusji pomiędzy szarymi masami, a światem polityki jest siła i prędkość. Siła pięści wycelowanej w te zapite mordy z Wiejskiej i prędkość kuli, która opuszcza bębenek zmierzając prosto w trzymane w ryzach przez paski ich opasłe brzuszyska. A ja osobiście mam dla nich dwie piosenki z osobistą dedykacją – chociaż tyle mogę Wam dać, bo mojego głosu, jak zawsze, niestety nie dostaniecie.
Otwarte pytanie brzmi – czy to moralne czy nie, tak wycierać się niepełnosprawnymi? Czy lepiej wycierać się Smoleńskiem czy może człowiekiem na wózku?
Prawdziwe oblicze władzy pokazują realne działania (i nie mniej realne zaniechania). Ot, chociażby nowela do ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tzw. „ochrona ważnego interesu gospodarczego państwa” jako jeden z czynników wydania decyzji odmownej, sprawia, że i tak niezbyt prosta ścieżka może wydłużyć się do drogi przez mękę na końcu której szarego obywatela może czekać zaciśnięta urzędnicza pięść z wyprostowanym środkowym palcem. Bo po co nam wiedza o tym co robi władza? Po poprawce, owa klauzula generalna otwiera przed urzędami nowe możliwości interpretacyjne – zasadniczo, wszystko co robi „władza” ma związek z interesem gospodarczym państwa, więc jedyne co trzeba udowodnić to skalę jego „ważności”, co jest już zadaniem prostym o tyle, że nigdzie nie istnieje dookreślenie co to dokładnie znaczy. Więc w praktyce, znaczy to dokładnie to co stwierdzi urzędnik. I gdzie to nawoływanie do demokracji i wykorzystywania swoich praw jest teraz?
Niestety (niestety dla polityków) ale najbardziej skutecznym mechanizmem dyskusji pomiędzy szarymi masami, a światem polityki jest siła i prędkość. Siła pięści wycelowanej w te zapite mordy z Wiejskiej i prędkość kuli, która opuszcza bębenek zmierzając prosto w trzymane w ryzach przez paski ich opasłe brzuszyska. A ja osobiście mam dla nich dwie piosenki z osobistą dedykacją – chociaż tyle mogę Wam dać, bo mojego głosu, jak zawsze, niestety nie dostaniecie.
piątek, 16 września 2011
Pan Sadat odkrywa Misfits o dobre dwie dekady za późno
Ta kapela czekała na mnie cierpliwie wiele lat. Znałem jej nazwę, wiedziałem o jej istnieniu i o tym, że ma status zjawiska oraz przedmiotu bezgranicznego uwielbienia. Ale jakoś nigdy nie było mi po drodze się z nią spotkać twarzą w twarz (czy raczej uchem w głośnik). Musiało wiele wody przepłynąć w moim kiblu, bym w końcu wyciągnął do niej dłoń i za garść szekli, wkroczył do świata (The) Misfits. Coś czułem, że jak raz im dam szansę, to już ulegnę fascynacji na dobre. Płytę męczę od pewnego czasu okrutnie i przymierzam się do nabycia kolejnych. Już żałuję, że niewiele tego wszystkiego wyszło, a część „współczesna” to ponoć kał nad kałami. Teraz brakuje jedynie tego żebym kupił sobie plecak-kostkę i na klapie naszył wielką płachtę z obowiązkową czaszką, która jest światowym symbolem szaleństwa wywoływanego przez tych „obłąkańców”. A powinienem to zrobić, ale dobre piętnaście lat temu, bo Misfits to rzeczywiście czad!

Sceniczny image nieco mnie zawsze od nich odrzucał, bo nigdy nie byłem i już chyba nie będę fanem facetów, którzy malują sobie twarze, chodzą w skórach, lubują się w ćwiekach i butach na metrowych koturnach. Alice Cooper, Kiss, Ziggy Stardust a nawet nasz rodzimy Szpak – to nigdy nie była moja para kaloszy. Jestem jeszcze z tego świata, gdzie zboczeńców dla ich własnego dobra wiązało się kaftanami bezpieczeństwa i serwowano im dawki prądu, dopóki im się nie poprawiło. Prawdziwi mężczyźni noszą wąsy, dżinsowe kamizelki z kieszeniami, białe skarpetki do sandałów. Cała reszta to zboczeńcy. Chociaż wiadomo, że artyści to artyści i tym wolno więcej. Misfits więc miało u mnie pod górkę, bo ja zawsze najpierw konsumuję muzykę oczami. Lubię ładne nazwy zespołów i jak płyty mają porządne okładki. Zawsze też sprawdzam jak wygląda skład i czy nie ma tam dziwnie brzmiących nazwisk sugerujących niekoszerne pochodzenie. Dopiero na samym końcu jest muzyka, na której przecież zupełnie się nie znam. Umiem jej tylko słuchać.

Jeżeli chodzi o tą ostatnią, to Misfits z płyty „Walk among us” (Allachu mój, co za badziewna okładka!) brzmi jak ogień z dupy i tyle mniej więcej trwa. Jest tego niecałe 25 minut i jak przystało na punkowców, zmieściło się wtenczas spokojnie trzynaście kawałków, przy których umysł słuchacza uprawia dzikie pogo, a noga pod biurkiem wesoło podryguje. Trudno tu o jakichś faworytów, bo od początku do końca wszystko grane jest szybko, z jajem i werwą. Dominuje ostre punkowe walenie w struny, są też obowiązkowe pijackie chórki. Ale czasem słychać też jakieś ukryte przebłyski rockabilly czy raczej psychobilly i zaczyna robić się rzewnie na sekundę albo dwie. Teksty są utrzymane w żarobliwym tonie, mimo iż traktują o kolekcjonowaniu czaszek, morderstwach, krwi i łamaniu kości. Wokal Glenna Danziga zawstydza zapewne po dziś dzień niejednego punkowego „artystę”, łącznie z tym, który obecnie udaje, że śpiewa w tym zespole. Ogólnie rzecz ujmując, płyta silnie ciąży ku doskonałości i pozostaje mi jedynie wstydzić się za ów drobny fakt, że Misfits musieli czekać na mnie aż tak długo. I need your skulls!
Subskrybuj:
Posty (Atom)