Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polonia warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polonia warszawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lipca 2012

W końcu kurwa!!!

Ten dzień warto zapamiętać – wielmożny Józef opchnął Polonię za paczkę fajek i w ten sposób spadliśmy wszyscy na dno futbolu. Nie ma czasu i potrzebę na bufonadę i czcze gadanie w stylu „a nie pisałem”, ale czuć było od wielu miesięcy, że coś jest na rzeczy. Zapach padliny wisiał w powietrzu i pamiętam, że chodząc na wiosenne mecze zastanawiałem się często czy to aby nie jedna z ostatnich okazji zobaczyć K6 w blasku jupiterów i z anturażem godnym bądź co bądź Ekstraklasy. To już przeszłość i w sumie dobrze, bo taka chwila musiała nadejść. Polonia za czasów JW przypominała toksyczny związek dziewczyny z porządnego domu z wiejskim parobkiem o szerokim geście i żółtymi papierami. Wiadomo,że do niczego dobrego by to nie doprowadziło, ot w drodze nad przepaść można było chociaż pojeść kawioru i zrobić zakupy cudzą kartą kredytową. Trochę nas ten JW zamienił w kurwiszony przez te kilka lat swoich rządów. Licencja, zmiany trenerów, publiczne pośmiewisko... Ale także w sferze mentalnej zaczęliśmy zdradzać zbiorowe objawy szaleństwa. Skandowaliśmy nazwisko tego wariata – ja nie, podobnie jak większość Kamiennej, ale fakt jest taki, że w pewnym okresie żyło nam się z Józkiem całkiem dobrze. Oprawa na stulecie jest dzisiaj nader wymowna – obok prawdziwych legend tego klubu umieściliśmy ostatecznie również betonowego grabarza, który zabawił się w Brutusa naszym kosztem. Kilka lat temu na derbach zawisła szmata „Jak się wkurwimy, to Was też wykupimy” - po co to komu było, ani zabawne ani złośliwe. Chwalenie się cudzym majątkiem, czujecie to kurwa? Jeszcze całkiem niedawno niektórzy z nas cieszyli się gdy podobny los spotkał Odrę Wodzisław. Cóż, zła karma zawsze do nas wraca, powtarzam to od lat i nikt mnie nie słucha. Lekcja pokory widać nam się wszystkim przyda.

Mimo wszystko, myślę, że Polonia może odrodzić się i stać się czymś zupełnie innym od swojego poprzedniego wcielenia. W końcu, powiedzmy sobie szczerze – dla piłki nożnej na nasze stadiony nie da się długo przychodzić. W tym sezonie frekwencja spadnie na łeb na szyję, jeszcze wspomnicie moje słowa. Ekstraklasa dla klimatu prawdziwej piłki oznacza śmierć. A tymczasem, na głębokim zadupiu będzie miała szansę istnieć inna jakość. W końcu możemy stworzyć klub naszych marzeń – z kaszkietami, atmosferą przedwojennego cwaniakowa, piłkarskimi strojami z przedwojnia, spikerem zapodającym komunikaty gwarą stołeczną i obowiązkowym lodziarzem krążącym między rzędami. Cyfrową tablicę zastąpi Pan Staszek, który ręcznie będzie zmieniał wynik na tablicy podmieniając plansze z cyframi. Będziemy cieszyć się z każdego zwycięstwa i chociaż pewnie czasem będzie ciężko, taka Polonia ma szansę zyskać na tym wszystkim więcej niż na kolejnych transferach popierdolonego Józia i jego cyrku.

A na otarcie łez przesympatyczna piosenka szwedzkiego kontynuatora tradycji Abby i Roxette – skocznie, radośnie i z przytupem.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zostawi nas czy nie, oto jest pytanie tygodnia

Ciężko jest być polonistą. Mówią o nas „konfitury” i wytykają palcami na wszystkich stadionach Polski (a nawet świata, bo w Podgoricy też się nie spodobaliśmy) ale nawet nie wiedzą jak ciężko jest codzienną pracą zdobyć oraz utrzymać renomę Czarnego Pedała. Czasami odnoszę wrażenie, że kibicowanie KSP to już ponad moje starcze siły. Ile nerwów! Ile zmian nastrojów! Jak u kobiety przed okresem, a nawet gorzej. W zeszłym sezonie, mając najlepszy skład w lidze, dzielnie walczyliśmy o utrzymanie. W tym, raz jest lepiej (zwycięstwo nad zieloną ladacznicą ma swoją wymowę), raz gorzej, a (nie)raz tragicznie. Nasi kopacze są w stanie przegrać z każdym. Polonia to idealny rywal „na przełamanie”. Tyle głupich punktów potraciliśmy, że jakby tylko część z nich dodać do sumy, wyszłoby, że powinniśmy ... przodować w lidze ogórków i ogórasow by Orange!

Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!

Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.

Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?

PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników

poniedziałek, 14 listopada 2011

Listopad - miesiąc fajnych imprez

Listopad w tym roku jest bardzo łaskawy jeżeli chodzi o pogodę. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby jedenastego miesiąca roku latały biedronki. Co prawda chińskie, super agresywne, genetycznie ulepszone bezwzględne morderczynie stonki ziemniaczanej, ale zawsze to biedronki. W tak przyjaznych, okolicznościach przyrody przypadły dwie niemałe imprezy. Jednak to mecz mecz Polonia - Lech, druga Marsz Niepodległości.

Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"



Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.

wtorek, 12 lipca 2011

Bat na leni, czyli Józek in action once again

„Nasz” prezes, od dawna to powtarzam, poprowadzi Polonię na dno. Po nim nie zostanie już nic – poza wspomnieniami stetryczałych pierników, które będą wygłaszane znudzonym wnuczkom za kilka dekad. Biedne dzieci. Będziemy im ciągle smędzili o tym jak chodziliśmy na Polonię, ja wyciągnę kilka zdjęć z wyjazdów, z pamięci będę recytował zabawne zdarzenia, których nazbierało się przez te kilka lat bywania na K6. A one będą stukały się w czoło, zbierając swój zielony szalik i wychodząc na Łazienkowską. Czasem budzę się w środku nocy z tego strasznego snu, tylko po to by zdać sobie sprawę, że niczym Kassandra, wieszczy on naszą przyszłość.

Ale zanim do tego dojdzie, Józek napsuje nieco krwi kilku ludziom i nie sposób czasem go za to cenić. Ostatnio w mediach przewija się nadal jeden temat, a mianowicie nowy system premiowania. Polega on w skrócie na tym, że do niedawna piłkarze Polonii zarabiali pensję (sowitą, a jakże) i nic ponadto. To raczej średnia motywacja, bo czy się stoi czy się leży, 30 tysięcy na rękę co miesiąc się należy. Więc Józek wpadł na pomysł renegocjacji umów. 20% pensji idzie do zamrażarki – na koniec sezonu uzbierana kwota ulegnie bodaj podwojeniu, czy nawet potrojeniu, jeżeli drużyna zdobędzie mistrzostwo. W przypadku drugiego miejsca – zostanie oddana bez żadnych matematycznych machinacji. W przypadku wyniku słabszego – przepada. Do tego dochodzą jeszcze bardzo zachęcające premie za wygrane mecze, czyli kolejny miły dodatek do zgarnięcia z boiska, którego nie było. W ich przypadku, nie ma mowy o żadnym „zamrażaniu”. Warto po prostu wygrywać, a pieniądze leżą na murawach. W efekcie, zarobić można znacznie więcej, trzeba jedynie chcieć. No ale komu w tym kraju się chce? Najwyraźniej nie chciało się ani Panowi Arturowi Sobiechowi, ani Panowi Euzebiuszowi Smolarkowi, bo nowych umów podpisać nie chcieli. Pół narodu i mediów stanęło za nimi murem.

Jak to w Polsce bywa, temat związany z zaglądaniem do cudzych kieszeni, wywołał ożywione dyskusje. Dziwi mnie, że ktokolwiek ma czelność podnosić larum, że zmiana umów (za zgodą stron!) jest zagraniem dalekim od uczciwości. Pacta sum servanda i owszem, nadal obowiązuje, tak samo jak prawo do renegocjacji ich warunków. Nikt nikomu nie grozi, nikt nie szantażuje. Ale to już nawet nie o legis chodzi, a o zwykłą logikę czy przyzwoitość. Polscy piłkarze to ogon Europy, pośmiewisko Azji, chłopcy do bicia dla każdego kto ma dwie nogi i kopie piłkę prosto. Stworzono im nad Wisłą cieplarniane warunki, w których grzeją się niczym salamandry na słońcu. Zarabiają w ciągu miesiąca tyle co przeciętny Polak w dwa lata. Ich praca to kilka godzin treningów i raz na tydzień góra 90 minut meczu z kolegami z pasażów galerii handlowych. Polscy piłkarze to zgraja pospolitych tępaków, którzy przez lata oszukiwali swoich kibiców, kupując i sprzedając ligowe spotkania. Polscy piłkarze to użelowane panienki, którym ciężko sklecić kilka prostych zdań. O ich wartości najlepiej świadczą przebogate kariery jakich doświadczają na Zachodzie, gdzie służą głównie do podgrzewania ławek albo krzesełek na trybunach. Stawanie po ich stronie w tym sporze to jakieś horrendalne nieporozumienie. Cała krzywda jaka im się dzieje to zmuszanie ich do jakiegokolwiek wysiłku. Tak jak przeciętny Kowalski, nagle oczekuje się od nich zaangażowania w pracy i efektów. Tylko, że w przeciwieństwie do szaraczków ich pensja to marzenie 95% rodaków. Ochronny klosz został jedynie lekko uchylony, a już połowa z nich krzywi się i panicznie trzyma się za włosy w obawie, że ich nowa fryzura ucierpi od wiatru szarej rzeczywistości. A tępa opinia publiczna jeszcze ma czelność stać za nimi murem. Za tymi glutami, które pół zeszłego sezonu przegrywali na własne życzenie. Za tymi fajfusami, którzy bardziej angażowali się w zakupy w Arkadii niż w swoją „pracą” na boisku. Jeszcze jakbyśmy mówili o Mistrzach Polski, to rozumiem, pół biedy. Ale mowa o kolesiach po zawodówkach, którzy z trudem utrzymali się w lidze, której czołowe zespoły są lane przez Kazachów, Estończyków i inne nacje o istnieniu których nie miałem pojęcia. Więc niech spierdalają.

Teraz do akcji wychowywania piłkarzy powinni przyłączyć się kibice – chociażby tak jak w tej scenie z „Domu”. Tyle że obecnie prędzej by chodziło o zakupy w butikach, bo nasi piłkarze może i nie grają zbyt wybitnie, ale ubiorami dorównują tuzom z lig angielskich i hiszpańskich.

poniedziałek, 21 marca 2011

W drodze na dno

To miał być dobry sezon w wykonaniu Polonii. Tyle było pomysłów w jaki sposób uczcić stulecie klubu. Mecz z Barceloną? Mało! Po pierwszych kolejkach, tytuł mistrzowski już mieliśmy w rękach, zastanawialiśmy się jedynie co dalej. Podwójna korona już nam tkwiła na głowie, bo Puchar Polski to w sumie formalność. Niektórzy już rysowali drabinkę Ligi Mistrzów, przekonując, że nie będzie tak trudno awansować. W końcu w kadrze aż roi się od reprezentantów i wszelakich talentów. Na Smolarka brano już chyba miarę, by mu postawić spiżowy pomnik tuż obok polonijnej fontanny. No i co?

Tradycyjne polonijne gówno z tego wyszło.

Teraz to można się wymądrzać i stroić w piórka wieszcza, ale ja nigdy nie wierzyłem w przyszłe sukcesy. Ile razy trzeba się sparzyć, by wiedzieć, że w tym klubie nigdy nie będzie dobrze? Niektórym ciągle tych rozczarowań za mało. Ciągle są tacy co chyba nie rozumieją, że kurnik na K6 to miejsce przeklęte, gdzie zasady i logika zakrzywiają się wędrując w zupełnie nieznane rejony. Można zainwestować miliony, a i tak efektów nie będzie żadnych. Można sprowadzić całą kompletną drużynę, która święciła sukcesy gdzieś indziej i patrzeć jak rozgrywa nagle najgorsze mecze w swoim życiu. Po minionym sezonie doszło do Polonii kilku zawodników solidnego GKS Bełchatów. Ich poprzedni klub jak grał przyzwoicie, tak gra nadal. Już bez nich – więc to chyba nie oni odpowiadali za waleczność i jakość gryzienia trawy... U nas zaś nie da się na nich patrzeć – Rachwał unika piłki zupełnie jak ja w czasach gdy grałem w podstawówce w defensywie. Tosik to niemal regularnie „najsłabsze ogniwo”. Pietrasiak ma minę pociesznego wioskowego głupka i szkoda go nawet dalej obrażać. Tacy Trałka czy Gancarczyk błyszczeli do momentu zanim nie założyli Czarnej Koszuli. Przykłady można mnożyć. W sumie jedynie Bruno i Smolarek nie rozczarowali. Ten pierwszy delikatną latynoską panienką był już w Białymstoku (o czym wiedzieli wszyscy poza naszymi działaczami). Ten drugi... No cóż, w kadrze narodowej zawsze jakoś grał i nazbierał w niej naprawdę imponującą liczbę goli (20 bramek w 47 meczach!). W klubie to jednak nigdy mu nie szło. W Borussi nikt za nim nie płakał, a resztę „przygód” w Hiszpanii i Anglii można przemilczeć. Rok temu w Kavali też miano go dosyć i nawet bilans meczów miał taki sam jak u nas w chwili gdy tamtejszy prezes uznał, że starczy. Jeżeli nie wyjdzie raz, może to być pech. Jeżeli nie wychodzi od pięciu sezonów to jest to sygnał, że coś naprawdę jest nie tak.

Taki ze mnie kibic, że na ostatni mecz z Widzewem nie wybrałem się wcale. Mój mały protest. Chyba dobrze zrobiłem, bo w moim wieku nie można się denerwować. A z perspektywy telewizora mecz wyglądał nawet zabawnie. Było nieco waleczności w stylu na „odwal się”, czyli chaotycznego biegania żeby nikt nie miał pretensji, że się nie starają. Było nieco ataków na bramkę, strzałów w Okno Boga. Ale dominował Pan Przypadek, nieprzemyślane zagrania i walenie na pałę jak popadnie, do przodu, byle mocno i dalej od nas. Nieważne. Na koniec i tak słyszałem oklaski i podziękowania. Tymczasem u sąsiadów: dzień później, zieloni troglodyci dali swoim skórokopom ostatnie ostrzeżenie. I to po jednym przegranym meczu. My wolimy samarytanizm. Z tego co wiem, samarytanie wymarli i nas czeka taki sam los.

Z taką grą to najpiękniejszym prezentem na stulecie będzie utrzymanie się w lidze. Może los pozwoli nam pocieszyć się Polonią jeszcze chwilę, ale i tak słychać już szum zbliżajacego się wodospadu.

Czyli, w sumie jest jak zawsze.



Nie żeby to wesołe szczebiotanie Undertones miało coś wspólnego z KSP, ale w sumie dobrze działa na nerwy. Tylko coś delikatnie chłopcy grają. Gdyby nie Sex Pistols to chyba punk rock nie wyszedłby prędko poza takie niegrzeczne fryzury i drapieżne wokale jak ten powyżej.

poniedziałek, 7 marca 2011

Wuj z wynikami, czyli wiosenne derby już za nami

Ech, co to była za niedziela można, by napisać. Dla takich niedziel warto żyć. Dla takich chwil warto być Polonistą.



Cóż to za uczucie, gdy jest się nienawidzonym przez cały stadion. Cóż to za przyjemność stać tak wśród czarnych pedałów, tych których nie ma, konfidentów, konfitur i dziewcząt z Discopolo – sami sobie wybierzcie określenie jakie chcecie. Wielka Legia i Wielki Staruch wszystkie dopuściła oficjalnie do użytku namaszczając je stygmatem niepodważalnej prawdy. Jaka to rozkosz słuchać inwektyw i patrzeć na te zdziwione zwierzęce mordy z sektora rodzin patologicznych Największej Siły Wszechświata stąd do Moskwy. Niby nas nie ma, a jednak jesteśmy. Niby nikt się nami nie przejmuje, a jednak niejednemu żyłka pierdząca w dupie pękła od tego napinania się zza kordonu ochrony. Derby to tylko na Służewcu, ale tak na wszelki wypadek poćwiczmy sobie przez tydzień wspólne śpewanie, żeby nikt przypadkiem nie miał wątpliwości. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć wiele rzeczy. Chociażby to co czuję taki Patryś Małecki, który upodobał sobie bycie wrogiem publicznym nr 1 w naszej lidze. W sumie go rozumiem, bo ostatniej niedzieli przypomniałem sobie, że przebywanie pośród wilków i słuchanie ich bezsilnego ujadania dodaje skrzydeł bardziej od Red Bulla.

Na sektorze był nas bodaj komplet, czyli 1400 osób. Sporo. Pamiętam mecze gdy na K6 przychodziło nas znacznie mniej. Z dopingiem bywało różnie, bo trzeba to obiektywnie przyznać, że gdy całe ZOO dookoła nas zaczęło ryczeć, to kakofonia robiła się dosyć intensywna. Tylko, że z akustyką coś chyba nie tak, bo ciężko było zrozumieć co dokładnie śpiewają nasi zielonkawi przyjaciele i w jaki sposób nas obrażają tym razem. Stadion nowoczesny i w sumie ładny, ale nie sposób odpędzić się od pytania – czy to naprawdę kosztowało nas ponad 500 mln złotych?




Zabawne jest to, że Łazienkowska to pierwsza ostoja modern football w Polsce. Trochę mi nawet szkoda troglodytów. Szkoda mi także piewców nowoczesności w piłce, bo wybrali złe miejsce na swój D-Day. Polacy mają tą niesamowitą zdolność do tego, by wzorce zachodnie przerabiać na własną modłę w coś na wzór rustykalnej rozrywki o prostackim sznycie. Kręgosłup i idea jakby ta sama, ale wykonanie zawsze mamy niepowtarzalne i radosne niczym wiejskie wesele. Konkursy meczowe, loterie, udział dzieci w całym tym show, kultura wymuszana siłą – to wszystko wygląda co najmniej sztucznie. Niczym kwiatek w klapie robolskiej kufajki. Nie pasuje do rzeczywistości dookoła, nawet jeżeli ta rzeczywistość ma już karty kibica, siedzi na krzesełkach i grzecznie je zapiekankę z cateringu ITI. Udało się naszym dopingiem wielokrotnie uruchomić słynną już „szczekaczkę”, która kobiecym głosem informowała nas o konsekwencjach używania słów wulgarnych, nawiązujących do antysemityzmu, rasizmu, nacjonalizmu a nawet satanizmu (dobrze, że nie sadatyzmu magicznego!). Liczba decybeli zwiększała się z każdym kolejnym „zachęceniem do kulturalnego dopingowania własnej drużyny”. Taki prostacki przykład w jaki sposób na Łazienkowskiej starają się sterować tłumem. Idea kulturalnego stadionu jest tyleż piękna co nierealna i niepotrzebna, wykonanie chybione, a narzędzie używane jest w celu dalekim od zbożności – głównie po złośliwości włączano głośniki, by nas nieco „uspokoić”. Komuna wiecznie żywa. Nic nie może zakłócić koncertu Wielkiej L.

W tym wszystkim zupełnie nieistotne jest to, że przegraliśmy. Moralnie nie mamy się czego wstydzić – jak na osiedlowy klubik bez kibiców, pokazaliśmy się z dobrej strony i niech małe móżdżki mają zagwozdkę kto to ich odwiedził w minioną niedzielę... Ja jestem poniekąd dumny, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu z właściwej strony barykady. Będzie co opowiadać dzieciom – można je zacząć robić.



Film oraz jedno ze zdjęć pochodzą ze strony www.ksppolonia.pl.

czwartek, 3 marca 2011

Rozważania o piłce, starości i obrona Józefa

Wczoraj po raz pierwszy od dłuższego czasu, ominąłem mecz Polonii. Zamiast emocji na K6 wolałem (i to bez przymusu) pójść do domu, napić się herbaty, zjeść kolację i popierdzieć w fotel z dobrą książką. Normalny dzień białego człowieka, chciałoby się napisać. Nieco wstyd, ale co ja poradzę, że biały człowiek ma już swoje lata i starcze potrzeby zaczynają dominować nad stadionowym atawizmem?

Coś chyba powoli tracę cierpliwość do tego wszystkiego związanego z Polonią. To klub przeklęty. Kto by tutaj nie został sprowadzony i tak grałby najgorzej w karierze. Nie urodził się jeszcze trener, który to wszystko byłby w stanie poukładać. Może i waleczni są Ci chłopcy na boisku, ale co z tego, skoro póki co, jesteśmy w środku tabeli i bliżej nam dna niż szczytów. Jesteśmy skazani na zagładę, co nie zmienia faktu, że i tak będę przychodził, denerwował się oraz robił sobie samemu płonne nadzieje. Nawet to co piszę teraz to takie zaklinanie rzeczywistości. Z przyjemnością przecież to wszystko odszczekam, mówiąc, że cóż, myliłem się.

Nawet już mnie nie denerwuje nasz ten raptus Józio Prezes. Co by nie mówić, to chyba jedyny człowiek w polskiej piłce, który patrzy na wszystko dookoła trzeźwym okiem. Płaci i wymaga. Zwalnia słabych. Podkreśla czego oczekuje i żąda wyników. Karze ku przestrodze, nagradza ku zachęcie. Docenia zaangażowanie i tak dalej i tak dalej. Jak w normalnej pracy. Zabawne, że to wywołuje takie zdziwienie i obrzydzenie „na salonach”. Tymczasem, stado znawców stara się nas siłą przekonać do tego, że piłka nożna rządzi się zupełnie innymi prawami od reszty świata. Jakby na to spojrzeć na trzeźwo – niekoniecznie można się z tym zgodzić. No bo niby dlaczego wszędzie trzeba ciężko pracować, a w piłce trzeba się zgrywać, dbać o atmosferę i cierpliwie czekać na wyniki? Czy piłkarze to jakiś szczególny gatunek ludzki? Nie sądze. Szczególnie, że owi piewcy odmienności to w dużej części środowisko, które przez lata żyło w świecie, gdzie wyniki to wypadkowa łapówek. To co oni mogą wiedzieć o prawdzie. Co to za dziennikarze, którzy przez lata emocjonowali się ustawionymi ligami i meczami kupionymi w pakietach? Że się kibice dawali nabrać (a i to nie zawsze) to jeszcze nic, ale profesjonaliści? Aż dziwne, że nigdy o tym nie napisaliśmy. Więc jakby co, ja tam się wstawiam za Józefem. Niech nawet wchodzi do szatni i przypomina skórokopom, że inni (tj. jakieś 98% społeczeństwa) ma od nich zdecydowanie gorzej. Do roboty!



Aż się zdenerwowałem. Napiję się herbaty, a w międzyczasie ukoję nerwy słuchając Social Distortion. Moja muzyczna nieporadność mnie czasami zawstydza. Taki dobry zespół, a ja do tej pory znałem tylko kilka utworów i uważałem ich za prekursorów pedalskiego california punk rocka. Wstyd po prostu to pisać.

poniedziałek, 27 września 2010

Z porażkami (i remisami) nam do twarzy

Wszystko wróciło do normy. Nie wiem co ta nasza Polonia w sobie ma, ale po kilku (dokładnie pisząc – trzech) w miarę udanych meczach, wróciliśmy na stare tory. Na Konwiktorskiej znowu dominuje rozczarowanie i posmak niewykorzystanych szans, a o niedawnych jeszcze pomrukach budzącej się potęgi, nikt zdaje się już nie pamiętać.
W sobotę były chociaż emocje. Przez pierwszy kwadrans padły aż trzy gole, a to nie był wcale koniec. Skończyło się na remisie i co tu pisać każdy dookoła wiedział jedno. Sen się skończył, wróciła stara dobra Polonia Warszawa.

Wyrównująca bramka Gancarczyka to niemal “stadiony świata”. Niemal bo obrońcy byli coś nader statyczni i niechlujni, zupełnie jakby nie wierzyli, że ktoś taki jak Pan Janusz może w ogóle coś ustrzelić. My też się zdziwiliśmy, bo to do niedawna jeden z większych niewypałów transferowych. Teraz jest nieco lepiej, także dlatego, że reszta piłkarzy dziaduje ponad miarę. Tosik – na moje oko to ma astygmatyzm, bo żadne podanie nie dotarło do kolegi z drużyny, poza tymi do których miał dosłownie metr. Rachwał – niewidzialny człowiek od czarnej roboty, tyle że tej czarnej roboty unikający. Pozostaje więc jedynie niewidzialny, a takich piłkarzy się nie lubi. Smolarek – zgasł odkąd wychodzi w pierwszym składzie, jeżeli tak grał w Kavali, Boltonie czy Racingu to wcale się nie dziwię temu, że szybko lądował na trybunach. To tylko o kilku wybranych ulubieńcach, z resztą wcale nie jest lepiej. W tej sytuacji nie ma znaczenia nawet to, że jedna z bramek bytomian padła po jawnym zagraniu ręką. Z takim rywalem powinniśmy wygrać różnicą kilku trafień.

Ja się nie martwię, bo i nieco dziwnie było przychodzić na K6 jako arenę sukcesu. Z porażkami nam zdecydowanie bardziej do twarzy.


Powyższe zdjęcie pochodzi ze strony www.ksppolonia.pl

wtorek, 31 sierpnia 2010

Nerdy on-tour, czyli wizyta na Widzewie

W minioną sobotę, jak przystało na blisko trzydziestoletnich dżentelmenów z kredytami hipotecznymi u szyi i brzuchami drugiej szczupłości, wybraliśmy się w objęcia nieznanego, czyli na wyjazd. Trochę w myśl zasady, że raz na rok to i kura może pierdnąć, bo tak się składa, że przynajmniej ja, za drużyną jeżdżę tak mniej więcej góra raz w sezonie. O poprzednich wyjazdach można sobie nawet na tym blogu poczytać – jak ktoś chce i umie szukać.

Acha, jestem mega piknikiem i na zawsze już nim będę. Na wyjazdy jeżdżą rodziny z dziećmi, emeryci, nastolatkowie z mlekiem pod nosem, więc czemu i nie my?

Nie będę się rozwodził opowieściami. Jak na Polonię, czyli klub bez kibiców, pojechało nas na Widzew Łódź sporo. Na sektorze zameldowało się bowiem 450 „nieistniejących”. Można popaść w lekką paranoję, bo skoro nas nie ma, to kto tam był? I czy w ogóle był? Biedne umysły kibicowskich troglodytów idących po pasku propagandy Jedynych Słusznych i Honorowych Klubów musiały przeżywać spore katusze i owa zagadka zapewne do dzisiaj krąży wśród nich czekając na geniusza, który to wszystko jakoś ogarnie.

Sam stadion? No cóż. To tam rozgrywano Ligę Mistrzów przed niemalże piętnastoma laty? Trudno w to uwierzyć. Jestem przyzwyczajony do ssyfu, błota i smrodu z tojtojów, ale na Widzewie nawet tych ostatnich nie ma. Wszystkiego pozostałego jest za to aż w nadmiarze. Zasieki, druty kolczaste, krzaki, drzewa i błotnista ścieżka przecinana korzeniami wita nas na dzień dobry. Całe szczęście, że sektor dla gości spory, no i widoczność niezła. Co prawda na pierwszym planie i tak widać przede wszystkim płot odgradzający nas od łódzkiej swołoczy. Ale kto by tam przyjeżdżał mecze oglądać. Ja nawet jednej akcji nie zapamiętałem.

Poniżej kilka zdjęć – tylko stadionowe widoczki i smaczki oraz pogląd na drugą stronę.





Co do gospodarzy. Widzew zaprezentował się bardzo ładnie, świetny doping. Do tego stopnia świetny, że gdy naprawdę huknęli nie słyszałem co mówi kolega stojący metr ode mnie. W naszym kierunku nie poleciał żaden kamień, co jak na warunki łódzkie należy uznać za powitanie porównywalne do wizyty Ojca Świętego.

Jak wypadliśmy my pokazuje film poniżej. W przypadku jego wykorzystania należy podać źródło więc podaję – www.ksppolonia.pl.
Nie było źle, a ja doskonale pamiętam rok zdaje się, że 2006, smutny jesienny wieczór gdzieś w środę i mecz w deszczu z Podbeskidziem. Na Kamiennej było nas wtedy chyba mniej niż na sektorze gości w minioną sobotę. Kto wie, może jednak naprawdę idzie ku lepszemu ta nasza kochana Polonia?

niedziela, 15 sierpnia 2010

Momenty były

Jeśli uznać, że życie składa się z momentów, to w piątek przeżyłem jeden z kategorii tych godnych zapamiętania na zawsze. Tak naprawdę dopiero po kilkudziesięciu godzinach mogę coś sensownego napisać, bo wcześniej nie do końca docierało do mnie, że nasza ukochana Polonia pokonała Legię aż 3:0.



Nie chodzi już nawet o to, że „od zawsze” to my jesteśmi Ci gorsi. Ostatnie derby też przecież wygraliśmy (ach, co to była za radość), a w dwóch poprzednich padały remisy. Tym razem jednak naszym przeciwnikiem nie była ta „stara dobra” Legia, ale wielki zielony potwór buchający marketingowym szumem dookoła siebie. Nowy piękny stadion wybudowany za podatników pieniądze, nowy trener z wizerunkiem „młodego, zdolnego, a już z sukcesami”, pęczek nowych piłkarzy, którzy kosztowali krocie i musieli zostać ściągnięci z zagranicy albowiem żaden z Polaków nie reprezentuje rzekomo godnego Wielkiej (L) poziomu. To wszystko sprawia, że piątkowy mecz nabierał dodatkowych smaczków.

Być może to i tak początek złotej ery klubu z Powiśla. Być może. Na razie jednak muszą zająć się tam analizowaniem dlaczego Polonia skopała im porządnie dupska :-)

Pierwsza połowa nie napawała do końca optymizmem. Niby na zero, ale kilka razy serce zabiło mi mocniej, gdy któraś z zielonych larw przedzierała się przez nasze czarne zasieki obronne. Może i ja dałem się ponieść magii legijnego PR-u, który wmawia nam od pewnego czasu, że piłkarze pokroju Cabrala, Manu, Kneżevica czy Vrdlojlaka to poziom niemal światowy? Mecz oglądany już z poziomu domowego fotela rzucał nieco inne światło na boiskowe harce. Pierwsza połowa była wyrównana, ale ze wskazaniem na Polonię. I nic nie zapowiadało, że druga odsłona zakończy się krwawą rzeźnią!

Festiwal zaczął Bruno strzałem z dystansu. Zareagowałem na tą bramkę jakieś pół sekundy po tym jak piłka zaprzepotała w siatce. Zupełnie jakbym nie mógł uwierzyć w to, że tego dnia Polonii będzie pisany los inny niż zazwyczaj. Potem dywagacje „czy to dowiozą” przerwał Smolarek, a wisienkę na torcie dołożył Adrian Mierzejewski. Na świetlnej tablicy ukazał się piękny widok: Polonia-Legia 3:0.

To nie tylko wynik czysto piłkarski, ale coś jeszcze. To nie nam przecież wybudowano stadion za publiczne środki i to nie nas w Warszawie głaszcze się po główkach. Hanka i jej radosna ratuszowa ekipa udaje że nas nie ma. A tymczasem, na złość wszystkim dookoła, jesteśmy i ciagle o sobie przypominamy. A to wygranymi potyczkami z pupilkiem ratusza, a to za pomocą medialnych transferów, a to faktem, że zapełniamy coraz ściślej nasz malutki stadionik z poprzedniej epoki. Na złość Bufetowej i tym wszystkim, którzy udają że nas nie widzą.

Co do fanatyków zielonej ladacznicy. Nie wpadli do nas, a szkoda, bo piłka nożna jest dla kibiców przecież. Dostali 300 biletów, a potem „zażądali” półtora tysiąca, czyli ćwierć pojemności stadionu. Nierealne żądanie nie mogło być spełnione, o czym doskonale wiedzieli.
Własnoręcznie zrywałem transparent, na którym cweluchy topredowały nasze polonijne starania o renowację stadionu na K6. Skoro tak podoba im się jego obecny rozmiar, że nie chcą dopuścić do rozbudowy, to niech teraz nie szczekają. Ale konsekwencja to jedna z tych rzeczy, których próżno szukać w małym świecie kibicowskich troglodytów.

Użyte zdjęcia pochodzą z serwisu www.ksppolonia.pl

sobota, 7 sierpnia 2010

Na początek wygrana

Uff. Polonia wczoraj wygrała na wyjeździe z Górnikiem w Zabrzu i do następnego piątku można odetchnąć i patrzeć na wszystko z większym spokojem.
Gra była nierówna i nie zawsze piękna, ale co się dziwić, skoro to pierwszy ich mecz w takim składzie. Najważniejsze, że są dwie bramki i inauguracja poszła zgodnie z planem.


Sobiech od razu strzelił gola, czyli milion euro już zaczyna się spłacać. Smolarka za dużo nie widziałem, ale coś chyba dużo miał słabych podań i kilka piłek, które łatwo przegrał. Smutne, że przywitały go gwizdy - i nie uwierzę, że to była standardowa porcja nienawiści dla piłkarzy przyjezdnych. Gwizdać to można było na Dziekanowskiego i setkę innych lanserów, którym nie zamykała się buzia.
No ale jak sobie Polska chce buczeć na Ebiego, to niech sobie buczy, mam to w dupie.

Kolejny przystanek - derby z zielonymi.

piątek, 6 sierpnia 2010

6 sierpnia, czyli najwyższy czas zacząć ten sezon

Dzisiaj zaczyna grać, a raczej, kopać się po kostkach, nasza ukochana ekstraklasa. Jak jest chujowa to się możemy przekonać każdego lata, gdy widzimy tytanów muraw w starciach z klubami z Estonii, Azerbejdżanu czy Gruzji.

A jednak z ligową piłką w Polsce jest jak z własną, starą i brzydką żoną. Wzdychamy za innymi, ale summa summarum to kochamy i tęsknimy do swojej raszpli, mimo iż ta roztyła się, narzeka i czasem wstyd się z nią gdzieś pokazać.

Polonia na otwarcie grać będzie z Górnikiem Zabrze. Wbrew pozorom, trudny mecz. Nasz klub wzmocniony ale z pewnością daleki od zgrania. A z beniaminkami wiadomo jak jest. Są na początku sezonu w ostrym gazie i sporo punktów faworytom mogą urwać. Chociaż Górnik to taki teoretyczny nuworysz, bo wraca do „elity” po roku banicji, a w kadrze roi się od doświadczonych zawodników. Więc stawiam, mimo wszystko, na zwycięstwo Czarnych Koszul...

Wczoraj wracam do domu, włączam telewizor i nadziwić się nie mogę. Po pierwszej połowie Wisła Kraków przegrywa z klubem z Karabachu aż 3:0. Skończyło się wszystko na 3:2 dla Azerów i Biała Gwiazda żegna się z pucharami. Trudno nawet to wszystko określić słowami. Jeszcze jakby przeciwnicy grali dobrze, to można by chociaż starać się zrozumieć. Ale to Wisła grała bardzo źle. Wolno, statycznie i przewidywalnie. Bez żadnej energii i woli walki. Na miejscu Cupiała wystawiłbym cały ten skład na listę transferową. Tylko kto takich patałachów będzie chciał kupić...

Z najlepszej strony pokazała się teoretycznie najsłabsza Jagiellonia. Niewiele brakowało, a doprowadziliby do dogrywki, a może i nawet zdobyliby decydującą bramkę w regularnym czasie gry. Ładnie się prezentowali, chociaż ambicję wykazywali i niejeden raz Grecy mieli mokro w gaciach. Sędzia ich nieco wydymał, a na miejscu Probierza to bym przypierdolił kilku osobom. Ja do piłki nożnej to się chyba bym nie nadawał, bo zbyt nerwowy jestem. Błędy sędziego potrafią tu odebrać efekt wielu miesięcy pracy, a FIFA ciągle obstawia przy swoim i udaje, że problemu nie ma. Otóż jest i myślę, że pora już kilku pajacom w żółtym spuścić na boisku manto za błędne decyzje i może wtedy, ktoś dojdzie do wniosku, że pora na zmiany. W sporcie w którym o sukcesie decydują często niuanse, trudno wygrać z przeciwnikiem i gwizdkiem sędziego.

Jak tak oglądam ten skrót, to obie bramki dla Jagi to mega farfocle, odbijane niczym we flipperze, ale uznaje to za sprawiedliwość, bo w wielu innych sytuacjach brakowało im niewiele do goli. Kibice z Białegostoku, wiadomo. Dla wielu to pewnie przygoda życia, będą co mieli opowiadać do późnej starości. Trochę bydło i wiocha jak to ze ściany wschodniej. Ale co się będę odzywał, przecież jestem kibicem najgorszego klubu w Polsce (wg oficjalnej kibicowskiej wykładni jaka obowiązuje pośród nastolatków zaczytanych w kibice.net).

Po Ruchu Chorzów to się niczego nie spodziewałem i o jego meczu z Wiedniu to nie ma nawet co pisać. Więc ostatecznie, z początkiem sierpnia nie mamy już żadnej drużyny w grze – poza Lechem Poznań, ale on ze swoją formą, to akurat odpadnie przy najbliższej możliwej okazji.

Ale co mnie to w sumie obchodzi, liczy się tylko to co nastąpi od godziny 20:00 w dalekim Zabrzu.

czwartek, 29 lipca 2010

Przed sezonem

Dawno o Polonii nic nie pisaliśmy tutaj. A wypadałoby coś wspomnieć, tym bardziej, że nasz ukochany klub ostro działa na rynku transferowym. Wojciechowski widać wziął sobie do serca hasło „Mistrz Polski na stulecie klubu”.

Ja bym osobiście wolał, by chociaż część pieniędzy idących na kosmiczne apanaże, została zagospodarowana w inny sposób. O infrastrukturze stadionowej nie ma co marzyć, bo nam WOSiR sra obok pióra, ale zorganizować w Polonii sprawną i zasobną szkółkę piłkarską? Tradycje są bogate, a na „hodowli” zawodników można dobrze zarobić. Już nie wspominając o tym, że tym cwelom z ratusza byłoby niewsmak, gdyby klub, którego udają że nie widzą, zajmowałby się stołeczną młodzieżą z przytupem i efektami.

Może jak już powstanie baza w Markach, coś ruszy i w tym temacie.

Póki co jednak, mamy Polonię wzmocnioną kadrowo. Najpierw doszła ćwierć składu GKS-u Bełchatów, co pozwala mieć nadzieję, że nasza siła defensywna będzie na dobrym poziomie. Co prawda, naczelny gejożerca futbolu, Arkadiusz Onyszko, jednak nie będzie u nas grał i na bramce znowu zobaczymy pewnie Przyrowskiego. Sebastian to fajny koleś, ale zeszły sezon miał raczej średni. Już zapomniałem o radości, którą wywołał broniąc karnego w ostatniej sekundzie meczu z Odrą (to był szał!), a ciągle pamiętam farfocle, które wtaczały się do bramki z jego asystą, bądź asystą jego oczu.
Pozostaje mieć nadzieję, że tak czy owak, strzelimy więcej bramek niż wpuścimy.

O transferze Smolarka napisano już wszystko, więc nie ma co się powtarzać. To ciągle piłkarz wielkiego kalibru i pozostaje mieć nadzieję, że polska liga go nie przerośnie. Chodzi może nie o umiejętności, ale o drobny fakt, że o piłkę będzie musiał walczyć z drewniakami. Tu nie liczy się finezja, tylko gryzienie trawy. Mam nadzieję, że Ebi lubi jej smak, bo Polonia odnosiła sukcesy tylko wtedy, gdy szorowała tyłkami po murawie!

Poza tymi wzmocnieniami, mamy jeszcze Bruno z Jagielloni – ponoć niezły, ale miniona runda była w jego wykonaniu słabsza. Do tego w przygotowaniu są podobno kolejne transfery...

I co o tym myśleć. Gdyby to nie była Polonia, to bym powiedział, że taki zespół może walczyć o mistrzostwo. W to nie wierzę, ale w puchary już i owszem. O ile Lech zajdzie w pucharach względnie daleko, to jak to w Polsce bywa, forma mu mocno opadnie i w walce o czołowe miejsca może się nie liczyć. Z Wisłą liczę na to samo, a do tego to jednak słabszy zespół niż przed wakacjami. Wielka Legia zrobiła kilka drogich transferów, ale szczerze – wszyscy razem wzięci nie przyciągną na trybuny ludzi tak jak mógłby zrobić to Smolarek. A Smolarka mamy my. Wzmocnienia naszych szacownych sąsiadów są wielką niewiadomą i realnie uważam, że mocno z nimi wtopią. Nawet doping im nie pomoże – chociaż SKLW zapowiada, że koniec wojny. Ale będzie Walterowi patrzyło na ręce. Tak mówi każdy kto liczy na łapówkę, albo już ją dostał... Nieważne, nie mój burdel i nie moje dziwki.

Tak czy owak, dawno tak emocjonującego sezonu nie było. Tylko mam nadzieję, że po pierwszych kolejkach nie będziemy sami siebie pytali: jak mogliśmy przegrać i to tak wysoko? Oby nie, bo jak nie z takim składem, to obawiam się, że już nigdy...

wtorek, 11 maja 2010

Data którą warto zapamiętać

11 maja 2010 Polonia - Legia 1:0!!!

Dzisiaj piękny dzień, godny zapamiętania na długo. Polonia w derbach Warszawy pokonała cweli!!! Po raz pierwszy od dekady. Po raz pierwszy odkąd jestem aktywnym kibicem Dumy Stolicy widzę na własne oczy zwycięstwo nad Legią. Na razie jest jeszcze niedowierzanie, bo przecież co jak co, my jesteśmy przyzwyczajeni do wiecznego smaku porażek. Ale za chwilę pojawi się radość.

Nie ma co ukrywać, że gdy padła bramka dla nas, nie tylko skakałem ze szczęścia jak małe dziecko, ale do tego dosłownie popłakałem się. Może i nerwy jakie mi Polonia serwuje skrócą moje życie o kilka chwil, ale zaprawdę Wam powiadam, że dla takich momentów jak ten dzisiaj warto przez cały sezon łapać się za głowę i serce. Już nikt nie pamięta, że jeszcze niedawno potraciliśmy punkty w ostatnich sekundach, że nasz bramkarz został pokonany nawet przez kępę trawy, że nasi zawodnicy pół sezonu najzwyczajniej przespali, a napastnicy robią wszystko byleby tylko nie strzelić komuś gola. Tak to już bywa, jeden mecz potrafi zmazać wiele. Zwycięstwo nad kanalarzami zmazuje dosłownie wszystkie grzechy, tak przeszłe jak i kilka przyszłych.




Zdjęcie tablicy wyników to będę jeszcze dzieciom pokazywał, chociaż mam nadzieję, że teraz zielona truskawka nieprędko nas pokona.

Tym samym, zapewniliśmy sobie utrzymanie w lidze, a i JW już deklaruje z uśmiechem, że nie ma serca Polonii zostawić. Dzisiejszy doping, frekwencja i zaangażowanie po obu stronach daje jakiś promyk nadziei, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie na K6.

Mam nadzieję, że zmieni się wiele i to na lepsze, ale pozostawiłbym jednak ładunek emocji, który nam się tu funduje. W tym sezonie było ich mnóstwo i za to kocham Polonię Warszawa :)

niedziela, 9 maja 2010

Wąchanie krocza coraz popularniejsze

Polonia jednak wygrała w Krakowie i dzięki temu spadek staje się jakby mniej realny. Wszystko się jeszcze może zdarzyć, bo polska liga, co by o niej nie pisać, w tym roku jest emocjonująca do samego końca niczym filmy z Jenną Jameson. Wiadomo, że pewnie wygra Wisła, ale wytypować dwójkę do degredacji jest dosyć ciężko nawet na dwie kolejki przed finiszem.
http://ekstraklasa.tv/ekstraklasa/10,91844,7856326,28__kolejka__Cracovia___Polonia_W__1_2__Skrot_meczu.html
Jak ktoś sobie chce zobaczyć albo przypomnieć, to trzeba wkleić linka na górze, no nie.

Mecz z Cracovią mógł się podobać. Ja naiwnie wierzę, że po trudach tego sezonu, w kolejnym, na stulecie klubu, Polonia będzie grała dobrze i sprawi jeszcze niejedną niespodziankę.
Teraz jednak najważniejsze są wtorkowe derby na K6. Znowu będą emocje, nerwowe spojrzenia w autobusie, który z pracy zawiezie mnie pod stadion (nie powiem jaki ma numer, ale wyprawa dla mnie zaczyna się w okolicach, gdzie tubylcy uznają Kazimierza Deynę za świętego i rysują mu na muralach aureolę nad głową). Wejdą, nie wejdą, mają bilety czy nie mają, będą mieli ze sobą widelce czy nie, i czy to prawda, że przyjdą z koszami truskawek – do tradycyjnych derbowych wątpliwości dochodzą kolejne i kolejne nowe.

Można się śmiać, ale nadchodzi nowe i reklamówka powyżej jest pierwszą jaskółką zmian. Zmian których „zły dotyk” poczują najpierw nasi zieloni rywale z przedmieść i wiosek Mazowsza, ale potem komercjalizacja piłki nożnej rozleje się niczym zupa z cieknącego talerza i zaleje nas wszystkich potokiem gówna. Niestety, ten sport w Polsce czeka droga ku elitaryzacji. Za jakiś czas na nowoczesnych stadionach zasiąda komplety widzów – zmanierowanych, łasych na pamiątki, zjadających grzecznie kiełbaski, siedzących na swoich miejscach ale także szybko się nudzących mizerią wyciekająca z boiska.

W ten sam piątek, no muszę o tym napisać, miała miejsce kolejna gala KSW. Gwiazdą wieczoru był Marian (wiem, że Mariusz, ale Marian do niego lepiej pasuje) Pudzianowski, wschodząca gwiazda MMA, celebryt, ikona, cudowne dziecko Solorza i twarz Polsatu. Trochę szkoda mi tych wszystkich fanów sztuk walki, którzy przez lata grzecznie odwiedzali gale, emocjonowali się przaśnymi pojedynkami w zapoconych salach, własnymi pieniędzmi wydawanymi na bilety pomagali tworzyć ten „sport” od podstaw. Co czują teraz, widząc ową szopkę dookoła?

To powyżej to najnowszy przebój Pudzian Band, w rytmie którego na ring wyszedł ostatnio Marian. Mocne uderzenie, to trzeba przyznać uczciwie. Zrypa czapki z głów. No i te teksty, godne Szymborskiej w kwiecie wieku:

„Słowiański wiatr budzi respekt
Roznosi wszystko co się da
Słowiański wiatr niczym szerszeń
Nie daje tobie żadnych szans”

Piastowska i Polska to jest pszczoła tudzież osa, ale rozumiem, że trudno znaleźć do nich rym, więc im wybaczam tego szerszenia.

Nie mam siły pastwić się nad tym widowiskiem. Samo MMA, szczerzy bądźmy, to sport żywcem wyniesiony z erotycznych fantasmagorii zastępów gejowych. Walkę w postawie bokserskiej to ja jeszcze rozumiem, ale kiedy chłopaki schodzą do parteru to myślę, że niejedno gołębie serduszko staje w towarzystwie innego organu naczelnego. Kiedyś trenowałem zapasy to swoje wiem. Po tym jak pierwszy raz zawalczyłem na macie i poczułem ciepły oddech kolegi na moim kroczu, zrozumiałem razem z moją mamą, że to nie jest sport dla mnie i że nigdy nie będę gejem, to znaczy się zapaśnikiem.
Druga sprawa to cała otoczka. Celebryci w postaci Waldemara Kiepskiego, jednej z sióstr Mroczek czy innych tancerzy i osób, które spały ze znanymi ludźmi, to oczywiście wspaniali ludzie, pełni ciepła i wiedzy. Każdy kraj ma takie gwiazdy na jakie zasłużył. Pod ringiem czołowe miejsca zajmują karczyści chłopcy z miasta. Nieśmało zerkają na cudnej urody blondynki z uśmiechem wskazującym na poważne ubytki kory mózgowej. Wokół gra wesoła muzyka, wchodzący na matę zawodnicy przypominają zastępy cyrkowych kuglarzy – większość z nich nawet pewnie nie wie gdzie do końca są. Wieje wiochą, ale cóż, ludzie to lubią. MMA promuje się na Pudzianowskim, Polsat wywąchał w tym wszystkim spore pieniądze i już tak łatwo sobie nie odpuści owej zdobyczy. Wiec jesteśmy skazani na Mariana jeszcze długo, zanim nie dostanie w mordę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten wiejski odpust to zapowiedź tego jak za jakiś czas będzie wyglądała nasza piłkarska liga.
A na ukojenie nerwów, pewnie już to kiedyś prezentowałem, sztandarowa pieśń Olimpiakosu Pireus. Nawet kiedyś byłem na ich meczu to wiem co mówię. A mówię, że chciałbym, żeby już we wtorek z podobnym fanatyzmem „pociągnąć” nową pieśń Polonii na meczu ze zgniło-zieloną truskawką.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Derby za nami

W piątek odbyły się derby Warszawy. Polonia w końcu walczyła i wywiozła z terenu zielonej ladacznicy jeden cenny punkt. Nasza radość z remisu była ogromna. Atmosfera była wspaniała. Mimo iż mecz oglądaliśmy „tylko” na telebimie na K6, doping rozbrzmiewał jak za dawnych, dobrych czasów. A euforii po golu dla nas chyba nie da się opisać słowami.


Byli tylko najwierniejsi, a mimo to przyszło nas i tak bardzo dużo. Na meczu nie zabrakło przekleństw czy dosadnych piosenek o naszych skomplikowanych uczuciach żywionych do kochanych sąsiadów zza miedzy. I jakoś w końcu nikomu to nie zawadzało, bo stadion to nie teatr, mimo iż są osoby, które próbują nam wmówić, że jest inaczej.
Otóż nie jest. Stadion to miejsce gdzie uchodzą z nas animalistyczne tendencje, złości, gdzie stajemy się na powrót żądnymi krwi małpoludami. Stadion to świątynia testosteronu, błogosławione miejsce będące enklawą męskiej, choć nie tylko, wolności. Zawsze uważałem facetów, którzy nie interesują się piłką nożną za spedalone cipy. Nie znam żadnej osoby, niezależnie od płci, która po przyjściu choć raz na mecz ligowy na stadionie, nie chciała wrócić nań ponownie. Magia ciągle działa, chociaż szpony komercji robią swoje, dusząc to co w piłce najpiękniejsze, czyli kibicowską spontaniczność i szeroki wachlarz emocji.



Niestety, my z RB nie zostaliśmy po meczu, ale nasi kibice zgotowali piłkarzom sporą niespodziankę, czekając na nich na stadionie i robiąc im w nagrodę głośną fiestę. Normalnie jakby to nie była Polonia Warszawa :-)

Obiektywnie, to mecz był chyba nieco nudnawy, ale ja to zauważyłem dopiero post factum, czyli tak jak zawsze. Remedium na żałosny poziom polskiej piłki? Oglądaj ją na żywo, z poziomu trybun, wydarzenia na zielonej murawie nabierają innego, dużo mniejszego, znaczenia.


Piękna piosenka prosto z Rotterdamu. Przy tym się bawią i rozrabiają tamtejsi chuligansi. Do mnie jakoś ta cała Holandia nie trafia, ale co kto tam lubi.

Dużo lepiej, nieprawdaż? Cockney Rejects, czyli muzyczna forpoczta West Ham United, klasyka street punk i kamień węgielny dekady lat 80-tych. To jeszcze z tych wspaniałych czasów, kiedy w starej dobrej Anglii nie dostawało się zakazu stadionowego za wstanie z krzesełka w trakcie meczu. Teraz to już niestety ale teatr, i to drogi, więc dla nielicznych.

niedziela, 18 października 2009

Odwracanie fatum ogonem

Piłkarska Polonia pokonała swoje fatum i w sobotę odniosła od dawna oczekiwane zwycięstwo. Wynik i rywal nie rzucają na kolana, ale zaprawdę, powiadam Wam – radość była wielka, a droga do niej dramatyczna. Ten mecz to była istna alegoria życia szarego człowieka. Mieliśmy wszystko. Szczęście, zwątpienie, widmo porażki i końcowy triumf nad złem.
Przez ponad 600 minut boiskowych harców na trawie, nasi kopacze nie byli w stanie zdobyć bramki. Ostatnie mecze były jednym wielkim wstydem. Dzisiaj strzelili „aż” dwie. Walczyli, przechwytywali, naciskali na rywala, atakowali. Jak zawsze, razili nieskutecznością, indolencją i dziecinną czasami niemocą. Pod koniec meczu, drużyna gości zdobywa gola kontaktowego i zaczynają się nerwy. Bo Polonia to Polonia, my zawsze przegrywamy, nawet takie mecze, które już praktycznie mamy w garści. No i klops!
90 minuta meczu i kontrowersyjny karny dla Odry. Trzy punkty mówią nam „papa bando frajerów” i zostawiają na posterunku swojego młodszego brata, w postaci remisu. Po trybunach przechodzi jedynie śmiech. Ten szybko przeradza się w złość. Spojrzenia wszystkich mówią jedno: przez chwilę zapomnieliśmy jaka fortuna jest nam pisana. My jesteśmy Polonia, dom wiecznej klęski. Tu jest tak zawsze, od zawsze i na zawsze. Los w postaci gamonia ubranego na żółto wskazał nam jedynie nasze miejsce w szeregu, które w euforii opuściliśmy na chwilę. I wtedy staje się CUD.

Sebastian Przyrowski broni jedenastkę i cały stadion może utonąć w szale radości. O tyle pięknej, że z jej smakiem wszyscy się przecież pożegnaliśmy. Ale dostaliśmy ją z powrotem. I jak to w życiu bywa, taka radość smakuje dużo lepiej. Przez chwilę żyliśmy w innym gorszym świecie. Ale wróciliśmy do rzeczywistości, a ta okazała się piękna i szczęśliwa. Doceniamy to wyjątkowo. Jeden głupi mecz, a ile życiowych mądrości, nie mam racji?
I ja stałem jak ten głupek podnosząc ręce w geście wiktorii, a w oczach miałem łzy. I myślę, że nie tylko ja, bo końcówka zaiste piękną była.
A więc Polonia Warszawa – Odra Wodzisław 2:1 i oby to był początek złotej jesieni Czarnych Koszul.

W ramach rozprawiania się z demonami przeszłości, nabyłem taki oto szalik jak ten poniżej. Nawiązanie do wydarzeń z Podgoricy jest oczywiste. Traktuje to jako zdobycie ich barw, wet za wet, kto ma wiedzieć ten wie i pozdro dla kumatych. To krok w kierunku nowego życia, w którym nie ma miejsca na traumy z przeszłości. Nawet takie zabawne i drobne jak ta z Czarnogóry.

poniedziałek, 5 października 2009

Porażki - te duże i te mniejsze

Jesień już. Szaro i smutno. Pusto i bezsensownie. Człowiek w takich chwilach ma ochotę albo uciec i iść przed siebie, nigdy już nie zerkając do tyłu albo... Nie wiem co. W moim życiu też niewesoło ostatnio, refleksje i smutne wnioski, końce i początki. Zmiany i nagłe olśnienie swoją własną głupotą. Może zdobędę się na odwagę i napiszę potem parę zdań życiowych refleksji i podsumowań. Nauczyłem się kilku rzeczy ostatnio – wszystkich złych i smutnych. A o sobie samym, wręcz przerażających. I choć bolą, nie mogę ich nigdy zapomnieć, bo są ważną nauczką...
Co w takiej chwili można zrobić?
Nic.
Albo można pójść na K6 na mecz. Tyle że statek o nazwie Polonia Warszawa tonie od pewnego czasu, więc atmosfera pogrzebowa. Nigdy nie było dobrze, zawsze czekało tam na nas rozczarowanie i porcja większych lub mniejszych nerwów. Wczoraj nie było inaczej. Ale to chyba najgorszy mecz jaki widziałem w życiu. Na boisku skórokopy słabsi od słabego Piasta Gliwice, na trybunach marazm, podziały i doping, którego miało nie być i chyba... lepiej żeby go nie było wcale niż żeby był taki jaki był. Porażka i dramat. Rozglądam się po Kamiennej. Coraz nas mniej. Ale ciągle te same znajome twarze. Każdy z nas jakby z porażką wyrysyowaną na trwale. I myślę, że mimo wszystko, przecież i ja pasuję tu idealnie. Witamy w świecie wiecznego roczarowania i błędów.
A przecież kiedyś bywało lepiej. Kiedyś było jakieś światełko w tunelu. Poniższy film pokazuje, że drzemie w nas jeszcze jakaś moc. Może uda się ją obudzić, może jeszcze nie jest stracone?

A może już było dobrze i teraz już zawsze będzie źle? Tak u mnie, jak i w Polonii?