Miałem dzisiaj nie pisać nic, co by się skupić i spłodzić w końcu tekst, który ktoś chciałby przeczytać, ale dzisiaj wydarzyły się dwie ważne rzeczy. I jak to zawsze bywa, o tej mniej ważnej jest głośniej niż powinno, a druga leży w kącie już zapomniana, chociaż ciągle świeża.
Barrack Obama dostał Nobla. Pokojowego. To taki Nobel, którego daje się różnym ludziom beż żadnego sensownego uzasadnienia. Kto go nie dostał. Nawet nasz elektryk. Palestyński terrorysta. Czarny terrorysta. Ekologiczny wariat Al Gore. Dostał go nawet Sadat – to nie ja, tylko mój egipski pierwowzór (może kiedyś napiszę dlaczego wybrałem taką ksywkę – zapisuje to dla pamięci). Dostawali go wszyscy, za byle co i byle jak. Ważne jest tylko to, by bynajmniej nie urazić nagrodą zbyt wielu osób i środowisk. Więc wygrywa zawsze kandydat mdły i nijaki, bo taki jest do stawienia dla każdego. Mi na liście laureatów brakuje jednej, jedynej osoby, która taką nagrodę powinna dostać. Nie ma Szymona Wiesenthala i jako swieżo "upieczony" Żyd, uważam, że to mówi wszystko o „powadze” tej „nagrody”. Więc wszelkich dyskusji czy Obama powinien dostać czy nie powinien, jakoś nie rozumiem. Dostał to dostał. Na liście laureatów pasuje do reszty całkiem dobrze.
Dzisiaj inne ciało, w postaci MKOL podjęło decyzję, że do programu igrzysk wraca rugby oraz golf. Golfem to kiedyś jechałem dwa razy i mnie to jebie, ale na rugby to się nawet ucieszyłem. Chociaż z ciała redakcyjnego Curva Mortale, to Greg się będzie cieszył jeszcze mocniej. Może kiedyś napiszę o tym jak to trenował ten piękny sport. Widzę, że po raz kolejny opowiadam o nim, dając mu do zrozumienia żeby więcej pisał. Ale odkąd ta żydowska menda zaczęła pracować w biżuterii, to już nie ma czasu na bloga :). Tylko ciągle „handele, handele”, „ty mnie chcesz z torbami puścić, szczere złoto 50 dolarów za uncję, za kogo te mnie masz” albo „kupi, nie kupi, potargować się można”. Ale dobrze, że się chłopak odnalazł, zawsze chcieliśmy co prawda pracować w ropie albo pornobiznesie, ale reklama i biżuteria też są nienajgorsze.
piątek, 9 października 2009
środa, 7 października 2009
Dobry Żyd to śpiewający Żyd
Rzadko piszemy o muzyce. Ja o niej nie mam pojęcia, ale co jak co, redaktor Greg mógłby czasem obdarzyć nas wszystkich aktem łaski i napisać kilka słów częściej niż obecnie, bo się zna. W młodości przecież zarzygał niejeden koncert, pił z niejednym technicznym. To jego ciocia Wikipedia pyta najpierw o zdanie, gdy wpisujecie w gugla takie wyrażenia jak „skandynawski death metal”. Pamiętam, że miał nawet w domu gitarę. Grał na niej tylko jeden kawałek – „I’m your father Skywalker”. Dawno go nie słyszałem. Jak podrósł dużą gitarę zamienił na małe pałeczki do perkusji. Byłem na jego próbach i poza tym, że akurat od tamtej chwili moje życie stacza się ciągle w dół, uważam, że dużo więcej osób o mniejszym talencie od niego, robi w tej branży kariery i gra z sukcesami po wiejskich remizach.
Ja dzisiaj mam ochotę, a nawet obowiązek wspomnieć o jednym wykonawcy. Znam go oczywiście, bo o jego istnieniu powiedział mi redaktor Greg, inaczej ciągle słuchałbym jakiegoś gówna. Koleś jest Żydem. Już jest ciężko. Jest do tego chasydem. To zasadniczo grzebie szansę każdego ale raz na rok i kura pierdnie. Tak jest w tym przypadku. Matisyahu jest kim jest, robi z tego swój znak rozpoznawczy, ale jaki on ma kurwa talent!!!
Wiem jedno. Gdyby nie on i jego muzyka, dzisiaj miałbym totalnie przechujowy dzień. A tak jest po prostu chujowo, jak wczoraj, przedwczoraj etc. Sami posłuchajcie.
Żyd jak to żyd. Nawet go polubiłem, ale ani się zorientowałem a wyciągnął mi z kieszeni nieco pieniążków. Kupię jego płyty, w ramach podziękowania za wierne towarzyszenie mi w czasach udręki. Ale słuchać go będę nadal z pirackich mp3, bo tak wygodniej.
Ja dzisiaj mam ochotę, a nawet obowiązek wspomnieć o jednym wykonawcy. Znam go oczywiście, bo o jego istnieniu powiedział mi redaktor Greg, inaczej ciągle słuchałbym jakiegoś gówna. Koleś jest Żydem. Już jest ciężko. Jest do tego chasydem. To zasadniczo grzebie szansę każdego ale raz na rok i kura pierdnie. Tak jest w tym przypadku. Matisyahu jest kim jest, robi z tego swój znak rozpoznawczy, ale jaki on ma kurwa talent!!!
Wiem jedno. Gdyby nie on i jego muzyka, dzisiaj miałbym totalnie przechujowy dzień. A tak jest po prostu chujowo, jak wczoraj, przedwczoraj etc. Sami posłuchajcie.
Żyd jak to żyd. Nawet go polubiłem, ale ani się zorientowałem a wyciągnął mi z kieszeni nieco pieniążków. Kupię jego płyty, w ramach podziękowania za wierne towarzyszenie mi w czasach udręki. Ale słuchać go będę nadal z pirackich mp3, bo tak wygodniej.
Etykiety:
antysemityzm,
bujakka,
chasydzi,
Matisyahu,
muzyka na smutki,
reggae,
żydostwo,
Żydzi,
żydzi też śpiewają
wtorek, 6 października 2009
Biegnij Warszawo! Biegnij!
Już kiedyś pisałem o tym jak lubię biegać. To głupi sport. A jednocześnie piękny. Nie masz w nim tak naprawdę żadnych przeciwników, poza jednym. Poza sobą samym. A wiadomo jak ciężko jest z kimś takim wygrać. I każde zwycięstwo cieszy szczególnie. Pewnie bieganie utwardza charakter i samego człowieka. Pewnie jest się od tego zdrowszym. A dla mnie najważniejsze jest to, że po biegu patrzę na siebie w lustrze i mówię „co psia końcówo, znowu Ci dokopałem w dupsko?”.

W niedzielę było „Biegnij Warszawo”. Czas jak zawsze, okolice 53 minut, chociaż gdyby nie sznurówka i czas poświęcony na jej wiązanie gdzieś na 7 km, byłoby lepiej. Ale to nie ma znaczenia, tak samo jak miejsce, które zająłem. Nie ma znaczenia żadne tam uczestnictwo, bycie w masie takich jak Ty i żadne dorabiane ideologie. Ważne jest to, że kilka razy brakowało mi sił, ważne jest to, że kilka razy chciałem się zatrzymać – „bo nie dam rady, bo zaraz padnę”. I za każdym razem pokazywałem sobie samemu soczystego wała. Pokonałem sam siebie. Szkoda, że w życiu poza ścieżką biegową, nie jest to takie proste :)
W niedzielę było „Biegnij Warszawo”. Czas jak zawsze, okolice 53 minut, chociaż gdyby nie sznurówka i czas poświęcony na jej wiązanie gdzieś na 7 km, byłoby lepiej. Ale to nie ma znaczenia, tak samo jak miejsce, które zająłem. Nie ma znaczenia żadne tam uczestnictwo, bycie w masie takich jak Ty i żadne dorabiane ideologie. Ważne jest to, że kilka razy brakowało mi sił, ważne jest to, że kilka razy chciałem się zatrzymać – „bo nie dam rady, bo zaraz padnę”. I za każdym razem pokazywałem sobie samemu soczystego wała. Pokonałem sam siebie. Szkoda, że w życiu poza ścieżką biegową, nie jest to takie proste :)
Stało się.....
..... to czego się obawiałem. Znalazłem pracę. To tłumaczy moją jakże długa nieobecność. Tylko ogłosiłem, że być może jestem Żydem i proszę. Od razu dostałem pracę i to, jakże typowo dla moich domniemanych współplemieńców, w biżuterii. Jednakże sprawuję tam dosyć niską funkcję, to można wytłumaczyć wątpliwościami co do mojego pochodzenia. Nie ważne to jednak, gdyż ogólnie nie czuję się dobrze z tą pracą. Jednak fajniej było żyć ze zwrotu nadpłaconego ubezpieczenia społecznego ( niektórzy nazywają to zasiłkiem, ale ja zasiłku nie biorę) i być na luzie. Człowiek mógł sobie powyobrażać, że sprawuje ważne urzędy, snuć plany co do przyszłości. Bo życie człowieka na bezrobociu jest tak jak powiedział pewien przygłup jak pudełko czekoladek albo pół z jabolami w monopolowym. Człowiek nigdy nie wie na co trafi i liczy, że trafi na tą najlepszą pralinkę z najszlachetniejszej czekolady Linda z wyrafinowanym nadzieniem a już spełnieniem marzeń byłyby ręcznie robione belgijskie czekoladki. Życie daje nam jednak słodkość średnio-niskiej jakości. I tak też ja trafiłem, robię bo robię i nie wypada nie pracować w ogóle. Tak też ze szczytów marzeń o zaszczytach i awansach sturlałem się na nizinę rzeczywistości i pracy fizycznej.
Nie ważne to jednak, myślę że żadna pracy mnie by nie bawiła. Urodziłem się w złym czasie i miejscu, mój charakter najlepiej pasuje do próżniaczego życia arystokraty. Pojeść, popić, zabawić się, poudawać inteligentnego i czarującego. Konie, wernisaże, kwartety smyczkowe a czasami w przypływie sarmackiej fantazji jakieś szaleństwa.
tak mniej więcej wyglądałyby moje wypady na łono natury.
Z trzy kamienice w mieście, posiadłość ziemska, fundusze dobrze zainwestowane w porządnym banku, który wie jak traktować tak znamienitego klienta jak ja. Raz na miesiąc bym przychodził do banku oddając cylinder i laskę służącemu siadałbym w wygodnym fotelu i pytałbym się bankiera:
- jak tam interesy, panie Sztelbaum, idą po naszej myśli?
- ależ jak najbardziej, panie hrabio - odpowiedziałby lekko się kłaniając, w tym czasie służący podaje mi kieliszek koniaku i cygaro. bankier kontynuuje - w tym tygodniu, prawdopodobnie w środę, przypływa chińska herbata. Ładunek już w całości zamówiony, detaliści wpłacili zaliczki, to będzie czysty zysk. Poza tym przejmujemy drukarnie Rutowicza. Kontaktujemy się również z brazylijskimi partnerami w sprawie kauczuku. To będzie istna kopalnia złota.
- Wyśmienicie, mój drogi - odpowiedziałbym - w przyszłym miesiącu mnie nie będzie, najpierw bawię w Sankt Petersburgu, potem wypoczynek w Italii. Wszystkie sprawunki przekazuje mojemu zarządcy, panu Woźniewskiemu. Będzie się z panem kontaktował - dopijam koniak, wstaję z fotela a służący przynosi mi cylinder i laskę - żegnam pana i liczę na powodzenie naszych inwestycji.
- Do widzenia jaśnie hrabio. Życzę miłej podróży
- Acha jeszcze jedno. Jutro moja małżonka przyjeżdża na zakupy. Niech pan powie Mordechajowi, żeby przygotował 200 rubli w złocie. Jan jutro z rana je odbierze.
- oczywiście panie hrabio.
To tyle co bym musiał zajmować się przyziemnymi sprawami finansów. Niestety to już się pewnie nie wydarzy, ale cały czas chciałbym trochę więcej niezależności. Dlatego marudzę Sadatowi, żeby coś wymyślił i żebyśmy jakiś biznes otworzyli. Mi to nic do głowy nie przychodzi ale ogólnie czujemy to samo, że fajnie by było pracować dla siebie i być niezależnym. Żeby być wilkami wśród stada baranów i żebyśmy nie musieli znosić kierownictwa miernot i ludzi, którymi gardzimy. Może dzięki temu doczekam się prywatnej loży w operze.
Nie ważne to jednak, myślę że żadna pracy mnie by nie bawiła. Urodziłem się w złym czasie i miejscu, mój charakter najlepiej pasuje do próżniaczego życia arystokraty. Pojeść, popić, zabawić się, poudawać inteligentnego i czarującego. Konie, wernisaże, kwartety smyczkowe a czasami w przypływie sarmackiej fantazji jakieś szaleństwa.
tak mniej więcej wyglądałyby moje wypady na łono natury.
Z trzy kamienice w mieście, posiadłość ziemska, fundusze dobrze zainwestowane w porządnym banku, który wie jak traktować tak znamienitego klienta jak ja. Raz na miesiąc bym przychodził do banku oddając cylinder i laskę służącemu siadałbym w wygodnym fotelu i pytałbym się bankiera:
- jak tam interesy, panie Sztelbaum, idą po naszej myśli?
- ależ jak najbardziej, panie hrabio - odpowiedziałby lekko się kłaniając, w tym czasie służący podaje mi kieliszek koniaku i cygaro. bankier kontynuuje - w tym tygodniu, prawdopodobnie w środę, przypływa chińska herbata. Ładunek już w całości zamówiony, detaliści wpłacili zaliczki, to będzie czysty zysk. Poza tym przejmujemy drukarnie Rutowicza. Kontaktujemy się również z brazylijskimi partnerami w sprawie kauczuku. To będzie istna kopalnia złota.
- Wyśmienicie, mój drogi - odpowiedziałbym - w przyszłym miesiącu mnie nie będzie, najpierw bawię w Sankt Petersburgu, potem wypoczynek w Italii. Wszystkie sprawunki przekazuje mojemu zarządcy, panu Woźniewskiemu. Będzie się z panem kontaktował - dopijam koniak, wstaję z fotela a służący przynosi mi cylinder i laskę - żegnam pana i liczę na powodzenie naszych inwestycji.
- Do widzenia jaśnie hrabio. Życzę miłej podróży
- Acha jeszcze jedno. Jutro moja małżonka przyjeżdża na zakupy. Niech pan powie Mordechajowi, żeby przygotował 200 rubli w złocie. Jan jutro z rana je odbierze.
- oczywiście panie hrabio.
To tyle co bym musiał zajmować się przyziemnymi sprawami finansów. Niestety to już się pewnie nie wydarzy, ale cały czas chciałbym trochę więcej niezależności. Dlatego marudzę Sadatowi, żeby coś wymyślił i żebyśmy jakiś biznes otworzyli. Mi to nic do głowy nie przychodzi ale ogólnie czujemy to samo, że fajnie by było pracować dla siebie i być niezależnym. Żeby być wilkami wśród stada baranów i żebyśmy nie musieli znosić kierownictwa miernot i ludzi, którymi gardzimy. Może dzięki temu doczekam się prywatnej loży w operze.
poniedziałek, 5 października 2009
Niezależność to dla mnie curvamortale.blogspot.com
Wiemy, że mamy coraz więcej fanów. Kilku z nich w piątek tęgo popiło i dało wyraz swojemu uwielbieniu – dzieło, które powstało trafi lada moment do ASP i będzie tam przypominać wszystkim, że prawdziwa niezależność jest tylko na curvamortale.blogspot.com.
Co prawda, nie jestem do końca pewien, czy pomysłodawcy tej koncepcji, spodziewali się tego co zobaczyli, ale naszych fanów to nie obchodzi. I słusznie. Bo nas też nie.





Co prawda, nie jestem do końca pewien, czy pomysłodawcy tej koncepcji, spodziewali się tego co zobaczyli, ale naszych fanów to nie obchodzi. I słusznie. Bo nas też nie.
Etykiety:
autopromocja,
grolsch,
imprezy,
niezależność,
prawdziwa niezależność to dla mnie,
reklama,
wolność
Porażki - te duże i te mniejsze
Jesień już. Szaro i smutno. Pusto i bezsensownie. Człowiek w takich chwilach ma ochotę albo uciec i iść przed siebie, nigdy już nie zerkając do tyłu albo... Nie wiem co. W moim życiu też niewesoło ostatnio, refleksje i smutne wnioski, końce i początki. Zmiany i nagłe olśnienie swoją własną głupotą. Może zdobędę się na odwagę i napiszę potem parę zdań życiowych refleksji i podsumowań. Nauczyłem się kilku rzeczy ostatnio – wszystkich złych i smutnych. A o sobie samym, wręcz przerażających. I choć bolą, nie mogę ich nigdy zapomnieć, bo są ważną nauczką...
Co w takiej chwili można zrobić?
Nic.
Albo można pójść na K6 na mecz. Tyle że statek o nazwie Polonia Warszawa tonie od pewnego czasu, więc atmosfera pogrzebowa. Nigdy nie było dobrze, zawsze czekało tam na nas rozczarowanie i porcja większych lub mniejszych nerwów. Wczoraj nie było inaczej. Ale to chyba najgorszy mecz jaki widziałem w życiu. Na boisku skórokopy słabsi od słabego Piasta Gliwice, na trybunach marazm, podziały i doping, którego miało nie być i chyba... lepiej żeby go nie było wcale niż żeby był taki jaki był. Porażka i dramat. Rozglądam się po Kamiennej. Coraz nas mniej. Ale ciągle te same znajome twarze. Każdy z nas jakby z porażką wyrysyowaną na trwale. I myślę, że mimo wszystko, przecież i ja pasuję tu idealnie. Witamy w świecie wiecznego roczarowania i błędów.
A przecież kiedyś bywało lepiej. Kiedyś było jakieś światełko w tunelu. Poniższy film pokazuje, że drzemie w nas jeszcze jakaś moc. Może uda się ją obudzić, może jeszcze nie jest stracone?
A może już było dobrze i teraz już zawsze będzie źle? Tak u mnie, jak i w Polonii?
Co w takiej chwili można zrobić?
Nic.
Albo można pójść na K6 na mecz. Tyle że statek o nazwie Polonia Warszawa tonie od pewnego czasu, więc atmosfera pogrzebowa. Nigdy nie było dobrze, zawsze czekało tam na nas rozczarowanie i porcja większych lub mniejszych nerwów. Wczoraj nie było inaczej. Ale to chyba najgorszy mecz jaki widziałem w życiu. Na boisku skórokopy słabsi od słabego Piasta Gliwice, na trybunach marazm, podziały i doping, którego miało nie być i chyba... lepiej żeby go nie było wcale niż żeby był taki jaki był. Porażka i dramat. Rozglądam się po Kamiennej. Coraz nas mniej. Ale ciągle te same znajome twarze. Każdy z nas jakby z porażką wyrysyowaną na trwale. I myślę, że mimo wszystko, przecież i ja pasuję tu idealnie. Witamy w świecie wiecznego roczarowania i błędów.
A przecież kiedyś bywało lepiej. Kiedyś było jakieś światełko w tunelu. Poniższy film pokazuje, że drzemie w nas jeszcze jakaś moc. Może uda się ją obudzić, może jeszcze nie jest stracone?
A może już było dobrze i teraz już zawsze będzie źle? Tak u mnie, jak i w Polonii?
Etykiety:
beniciak,
jebie mnie wszystko,
jesienna depresja,
jesienne smutki,
k6,
polonia warszawa,
porażka,
porażki,
wpierdol
piątek, 2 października 2009
Ale kurwa kino "Fawlty Towers"
A w sumie to serial. Tak czy owak zajebisty. Po polskiemu – Hotel Zacisze. Niech Was nie zmyli nazwa – pasuje do miejsca dosyć umiarkowanie.
Odcinków wiele nie ma, wszystkie można policzyć na palcach obu dłoni drwala o nieudanym przebiegu kariery zawodowej. Ale oglądając ma się to wrażenie, że czasem lepiej jest mniej ale doskonale niż dużo i długo ale nijako. Pamiętacie jakikolwiek skecz z ostatniego sezonu Monty Pythona? Nie pamiętacie. Nikt nie pamięta, nawet autorzy. Bo to była właśnie operacja „o jeden sezon za daleko”. John Cleese zresztą tworzył wtedy swoje wiekopomne dzieło, o którym mowa.
Basil Fawlty to zestresowany właściciel hoteliku w Torquay. Jest chyba najgenialniejszą postacią serialową jaką kiedykolwiek spłodziło pióro scenarzysty. Dr Home’a, czy jak mu tam, czy inne zdesperowane domowe kurwiszcza co to są gotowe na wszystko zjada na śniadanie. Zagryza wszystkimi bohaterami tego serialu o ludziach co zagubili się na wyspie wielkości Mariensztatu i rozmawiają z inteligentną mgłą. Jest po prostu perfekcyjny. Jest ludzki w świecie sztucznych bohaterów zrobionych z zużytego papieru toaletowego.
Perfekcyjny, bo ma wady. I to ile. Jest pełen sprzeczności. I to jakich! Z jednej strony gardzi motłochem, oddając pokłony największym nawet miernotom, byleby należącym do klasy wyższej. Ma poczucie dumy z bycia Brytyjczykiem, uważa, że jedynie zły los sprawił, że wylądował w prowincjonalnym hotelu. Uważa, że jest predestynowany do wielkich spraw, ale na co dzień zajmuje się kwestiami typu nieświeżych ryb, które zabiły jednego z gości, albo kwestii w jaki sposób zabić szczura. Jest bezczelny, arogancki, chamski, wredny i złośliwy, stosuje nazistowskie praktyki wobec własnych pracowników, a jednocześnie boi się krzywego spojrzenia swojej małżonki. Powinniśmy go nienawidzić, ale jest odwrotnie. Uwielbiamy go oglądać, bo jest jednym z nas. Jest zatopiony w szarości dnia. Kiedy już wszystko się wali, stojąc okrakiem w pozie a’la Hitler, czy też jak wioskowy głupek, tudzież z ogrodowym krasnalem pod pachą, patrzy się na świat i zdaje się pytać – o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego nic nie jest tak jak być powinno, co zrobiłem, że wylądowałem w tym miejscu na ziemi. I wiecie co wtedy myślę? Myślę, że nasze życie jest dokładnie takie samo. A przynajmniej moje.

Basil jest jednoosobowym komandem wprowadzającym chaos i zniszczenie. Wszystko zaczyna się od jego ego. To w jego obronie, rozpętuje się co odcinek istna wojna domowa. A po wszystkim zostają zgliszcza i jelonkowate spojrzenie jego oczu mówiące „what’s the fuck is going on?”. Poza niszczeniem świata, Basil zajmuje się a to dogryzaniem gościom hotelowym („widziałaś tych spod dwójki? Chyba pierwszy raz jedzą widelcami”), a to rozmyślaniem co zrobił źle w życiu („fiuuuuu. Co to było. To moje życie. Czy mogę prosić o powtórkę? Niestety, miałeś tylko jedno”), a to unikaniem odpowiedzialności przed każdą swoją decyzją. Śmiejemy się do rozpuku widząc to wszystko. Tylko, że czasem, tak jak teraz, robi nam się smutniej. Bo to nie jest komedia. To nasze życie właśnie. To alegoria cywilizacji białego człowieka. Nerwowego, sfrustrowanego, plującego jadem. Z uporem lepszej sprawy walczących z przeciwnościami losu, których sam jest autorem. To jak z komunizmem, jako ustrojem który dzielnie walczy z problemami, które w innych systemach w ogóle nie występują. Ale śmiejemy się. Śmiejemy się, bo życie takie właśnie jest. Nie jest wcale dobre, przyjemne, celowe i napełnione miłością. Nie jest też złe, smutne, depresyjne czy pełne nienawiści. Ono jest kurewsko śmieszne. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią perspektywę, by to w pełni dostrzec.
Odcinków wiele nie ma, wszystkie można policzyć na palcach obu dłoni drwala o nieudanym przebiegu kariery zawodowej. Ale oglądając ma się to wrażenie, że czasem lepiej jest mniej ale doskonale niż dużo i długo ale nijako. Pamiętacie jakikolwiek skecz z ostatniego sezonu Monty Pythona? Nie pamiętacie. Nikt nie pamięta, nawet autorzy. Bo to była właśnie operacja „o jeden sezon za daleko”. John Cleese zresztą tworzył wtedy swoje wiekopomne dzieło, o którym mowa.
Basil Fawlty to zestresowany właściciel hoteliku w Torquay. Jest chyba najgenialniejszą postacią serialową jaką kiedykolwiek spłodziło pióro scenarzysty. Dr Home’a, czy jak mu tam, czy inne zdesperowane domowe kurwiszcza co to są gotowe na wszystko zjada na śniadanie. Zagryza wszystkimi bohaterami tego serialu o ludziach co zagubili się na wyspie wielkości Mariensztatu i rozmawiają z inteligentną mgłą. Jest po prostu perfekcyjny. Jest ludzki w świecie sztucznych bohaterów zrobionych z zużytego papieru toaletowego.
Perfekcyjny, bo ma wady. I to ile. Jest pełen sprzeczności. I to jakich! Z jednej strony gardzi motłochem, oddając pokłony największym nawet miernotom, byleby należącym do klasy wyższej. Ma poczucie dumy z bycia Brytyjczykiem, uważa, że jedynie zły los sprawił, że wylądował w prowincjonalnym hotelu. Uważa, że jest predestynowany do wielkich spraw, ale na co dzień zajmuje się kwestiami typu nieświeżych ryb, które zabiły jednego z gości, albo kwestii w jaki sposób zabić szczura. Jest bezczelny, arogancki, chamski, wredny i złośliwy, stosuje nazistowskie praktyki wobec własnych pracowników, a jednocześnie boi się krzywego spojrzenia swojej małżonki. Powinniśmy go nienawidzić, ale jest odwrotnie. Uwielbiamy go oglądać, bo jest jednym z nas. Jest zatopiony w szarości dnia. Kiedy już wszystko się wali, stojąc okrakiem w pozie a’la Hitler, czy też jak wioskowy głupek, tudzież z ogrodowym krasnalem pod pachą, patrzy się na świat i zdaje się pytać – o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego nic nie jest tak jak być powinno, co zrobiłem, że wylądowałem w tym miejscu na ziemi. I wiecie co wtedy myślę? Myślę, że nasze życie jest dokładnie takie samo. A przynajmniej moje.
Basil jest jednoosobowym komandem wprowadzającym chaos i zniszczenie. Wszystko zaczyna się od jego ego. To w jego obronie, rozpętuje się co odcinek istna wojna domowa. A po wszystkim zostają zgliszcza i jelonkowate spojrzenie jego oczu mówiące „what’s the fuck is going on?”. Poza niszczeniem świata, Basil zajmuje się a to dogryzaniem gościom hotelowym („widziałaś tych spod dwójki? Chyba pierwszy raz jedzą widelcami”), a to rozmyślaniem co zrobił źle w życiu („fiuuuuu. Co to było. To moje życie. Czy mogę prosić o powtórkę? Niestety, miałeś tylko jedno”), a to unikaniem odpowiedzialności przed każdą swoją decyzją. Śmiejemy się do rozpuku widząc to wszystko. Tylko, że czasem, tak jak teraz, robi nam się smutniej. Bo to nie jest komedia. To nasze życie właśnie. To alegoria cywilizacji białego człowieka. Nerwowego, sfrustrowanego, plującego jadem. Z uporem lepszej sprawy walczących z przeciwnościami losu, których sam jest autorem. To jak z komunizmem, jako ustrojem który dzielnie walczy z problemami, które w innych systemach w ogóle nie występują. Ale śmiejemy się. Śmiejemy się, bo życie takie właśnie jest. Nie jest wcale dobre, przyjemne, celowe i napełnione miłością. Nie jest też złe, smutne, depresyjne czy pełne nienawiści. Ono jest kurewsko śmieszne. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią perspektywę, by to w pełni dostrzec.
Etykiety:
fawlty towers,
hotel zacisze,
john cleese,
komedia,
komediowy,
refleksje o życiu,
serial,
torquay,
życie
Subskrybuj:
Posty (Atom)