wtorek, 27 września 2011

Tuskobus a rozprawa o perspektywie

Kampania wyborcza zatacza coraz szersze kręgi. To jest to co misie lubią najbardziej. Walka! Seks! Przemoc! Ostre słowa i świeżo wykrochmalone koszule. Kiedy człowiek jest najbliższy ideałowi? Wiadomo, wtedy gdy do wyborów pozostały niecałe dwa tygodnie. Wszyscy są dobrzy, pracowici i rzetelni. Każdy nagle już wie co trzeba zrobić by wszystkim żyło się lepiej. Eureka! Pieniądze podatników rosną przecież na drzewach, wystarczy po nie sięgnąć, a ja wiem jak! Głosujcie na mnie, ja Was nie okradnę! A właśnie, że nie, głosujcie na mnie, mnie też się przecież coś w końcu należy! Upasione świnie biegną w kierunku koryta na równi z tymi wyposzczonymi, którym marzy się splendor i życie posła, tudzież senatora. A wiadomo, że reklama dźwignią handlu, także w tak specyficznym rynku jakim jest głosowanie na wieprzowinę. Raz na jakiś czas i w tej branży znajdzie się prawdziwy rodzyn talentu, przed którym wypada przyklęknąć i podziękować, że żyło się w tej samej epoce co On.

Dzisiaj na pewnym portalu internetowym należącym do anty-polskiej koalicji mającej swoje kapitałowe źródła w Tel Aviwie, wyświetlała się oczom gawedzi taka oto reklama. Pomyślałbym, że to prowokacja. Ale nie. To Dzieło. Leonardo da Vinci mawiał ponoć po pijaku, że perspektywa to styl i źródło malarstwa. Nie wiem ręka jakiego artysty kreśliła ową wariację, ale należy jej się głęboki ukłon. Co za kompozycja, co za barwy, co za emocje, co za wykorzystanie przestrzeni i użycie rekwizytów. No i ta perspektywa. Można owe dzieło analizować warstwa po warstwie, odkrywając nowe pokłady aluzji, sekretów i nawiązań kulturowych. Gdyby ten obraz mógł tylko mówić, opowiedziałby piękną historię. O dobrym Tusku co to w Polskę się nie bał i pojechał. Po drodze, jak to po drodze, wskoczył objeść tego czy innego lokalnego działacza Platformy z zapasów robionych na zimę. Zajadając kanapkę ze smalcem posłuchał jak to ciężko się żyje ludziom na prowincji, którzy bronią ojczyzny przed naporem Ciemnogrodu. Przypadkowo tylko wszyscy ubrali się w eleganckie garnitury. Nie jest źle, mówią, ale najważniejsze, że nasza Polska jest w budowie. Byleby tylko kibole z Kaczyńskim do władzy nie doszli, bo wtedy wiadomo, czeka nas Holocaust z rąk prostactwa. Rozmówcy spuszczają wzrok przerażeni widmem utraty swych synekur w powiatach, gminach i województwach. Donald uspokaja. Nie lękajcie się, mam zbyt dobre hasło, by przegrać. „Zrobimy więcej!”! Tłum wiwatuje. Premier zjadł jeszcze jednego kiszeniaka, podziękował, pożegnał się i wsiadł do swojego autobusu. Kolejni polityczni watażkowie PO już przecież czekają. Z najwyższym trudem odlepiono od premierowskich nóg małe dziecko ubrne w strój pieska – tak bało się powrotu PiS do władzy, że chciało pojechać z wujkiem Donaldem aż do dalekiej Warszawy! Na pamiątkę znalazło się na pierwszym planie plakatu uzupełniając obraz godny Piotra Breugla młodszego. Nie wiem czy ma już tytuł. Może „bachusowska uczta premiera z dzieckiem ubranym w strój psa oraz ręką trzymającą aparat cyfrowy na pierwszym planie?”. Albo chociaż „Ostatni kiszeniak Donalda Tuska na tle domu z brązowej cegły oraz przyczepy kempingowej z anteną satelitarną w tle”? Ocieram łzę wzruszenia, takie to kurwa piękne, a ja uparłem się żeby w życiu nie zagłosować na żadną z tych politycznych mend. Może jednak?


Ostatnie zdjęcie pochodzi z serwisu www.tvp.pl – dziękuję!

czwartek, 22 września 2011

Do urn matoły!

Zbliżają się kolejne wybory i zaczyna się powoli nagonka na tych, którzy mają demokrację tam gdzie jej miejsce, czyli w dupie. Walka o frekwencję więc trwa w najlepsze, chociaż z góry wiadomo, że po wszystkim pojawią się głosy rozczarowania. Jak to, znowu tak mało obywateli miało ochotę pójść do urn i wybrać lepszą przyszłość? Władza potrzebuje silnej legitymizacji, wie o tym każdy watażka, nawet taki Nursułtan Nazarbajew z Kazachstanu, którego oczy cieszy nie tylko ponad 90% poparcia, ale i niemal 100% frekwencji. A u nas, w ciemnogrodzie to co? Samowolka, anarchia i olewactwo, nie dziwne więc, że tendencja by to zmienić, uciąć łeb antydemokratycznej hydrze jest coraz większa. Ale i tak gówno z tego wyjdzie. Do tej nierównej batalii zaprzągnięto nawet ... niepełnosprawnych, którzy w końcu mogą głosować za pomocą przedstawiciela. Piękna i szczytna idea. Rozumiem, że takiemu prostakowi jak ja miało się zrobić przykro – mogę głosować, a nie robię tego. Inni zaś nie mają jak, a tak bardzo by chcieli. Tłumy niepełnosprawnych tylko o tym marzą! Co tam praca, ulgi podatkowe, windy, ułatwienia umożliwiające przejście przez głupią ulicę. Najważniejsza nie jest przecież godność osobista czy sytuacja materialna, ale prawa wyborcze. Jak wiadomo, prawami wyborczymi można się najeść, ubrać w nie i odłożyć do skarpety. Powinien pojawić się u mnie dysonans. Coś jak refleksja u samobójcy. W końcu codziennie tyle osób walczy o kolejny dzień życia, a jakiś debil zawsze rzuci się pod tory bo zostawiła go dziewczyna. Powinien był pojawić się ten dysonans ale coś się kurwa nie pojawił, bo ze mną jak z dzieckiem. Im bardziej ktoś chce bym założył czapkę, tym lepiej mi na mrozie z gołą głową.

Otwarte pytanie brzmi – czy to moralne czy nie, tak wycierać się niepełnosprawnymi? Czy lepiej wycierać się Smoleńskiem czy może człowiekiem na wózku?

Prawdziwe oblicze władzy pokazują realne działania (i nie mniej realne zaniechania). Ot, chociażby nowela do ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tzw. „ochrona ważnego interesu gospodarczego państwa” jako jeden z czynników wydania decyzji odmownej, sprawia, że i tak niezbyt prosta ścieżka może wydłużyć się do drogi przez mękę na końcu której szarego obywatela może czekać zaciśnięta urzędnicza pięść z wyprostowanym środkowym palcem. Bo po co nam wiedza o tym co robi władza? Po poprawce, owa klauzula generalna otwiera przed urzędami nowe możliwości interpretacyjne – zasadniczo, wszystko co robi „władza” ma związek z interesem gospodarczym państwa, więc jedyne co trzeba udowodnić to skalę jego „ważności”, co jest już zadaniem prostym o tyle, że nigdzie nie istnieje dookreślenie co to dokładnie znaczy. Więc w praktyce, znaczy to dokładnie to co stwierdzi urzędnik. I gdzie to nawoływanie do demokracji i wykorzystywania swoich praw jest teraz?

Niestety (niestety dla polityków) ale najbardziej skutecznym mechanizmem dyskusji pomiędzy szarymi masami, a światem polityki jest siła i prędkość. Siła pięści wycelowanej w te zapite mordy z Wiejskiej i prędkość kuli, która opuszcza bębenek zmierzając prosto w trzymane w ryzach przez paski ich opasłe brzuszyska. A ja osobiście mam dla nich dwie piosenki z osobistą dedykacją – chociaż tyle mogę Wam dać, bo mojego głosu, jak zawsze, niestety nie dostaniecie.

piątek, 16 września 2011

Pan Sadat odkrywa Misfits o dobre dwie dekady za późno



Ta kapela czekała na mnie cierpliwie wiele lat. Znałem jej nazwę, wiedziałem o jej istnieniu i o tym, że ma status zjawiska oraz przedmiotu bezgranicznego uwielbienia. Ale jakoś nigdy nie było mi po drodze się z nią spotkać twarzą w twarz (czy raczej uchem w głośnik). Musiało wiele wody przepłynąć w moim kiblu, bym w końcu wyciągnął do niej dłoń i za garść szekli, wkroczył do świata (The) Misfits. Coś czułem, że jak raz im dam szansę, to już ulegnę fascynacji na dobre. Płytę męczę od pewnego czasu okrutnie i przymierzam się do nabycia kolejnych. Już żałuję, że niewiele tego wszystkiego wyszło, a część „współczesna” to ponoć kał nad kałami. Teraz brakuje jedynie tego żebym kupił sobie plecak-kostkę i na klapie naszył wielką płachtę z obowiązkową czaszką, która jest światowym symbolem szaleństwa wywoływanego przez tych „obłąkańców”. A powinienem to zrobić, ale dobre piętnaście lat temu, bo Misfits to rzeczywiście czad!




Sceniczny image nieco mnie zawsze od nich odrzucał, bo nigdy nie byłem i już chyba nie będę fanem facetów, którzy malują sobie twarze, chodzą w skórach, lubują się w ćwiekach i butach na metrowych koturnach. Alice Cooper, Kiss, Ziggy Stardust a nawet nasz rodzimy Szpak – to nigdy nie była moja para kaloszy. Jestem jeszcze z tego świata, gdzie zboczeńców dla ich własnego dobra wiązało się kaftanami bezpieczeństwa i serwowano im dawki prądu, dopóki im się nie poprawiło. Prawdziwi mężczyźni noszą wąsy, dżinsowe kamizelki z kieszeniami, białe skarpetki do sandałów. Cała reszta to zboczeńcy. Chociaż wiadomo, że artyści to artyści i tym wolno więcej. Misfits więc miało u mnie pod górkę, bo ja zawsze najpierw konsumuję muzykę oczami. Lubię ładne nazwy zespołów i jak płyty mają porządne okładki. Zawsze też sprawdzam jak wygląda skład i czy nie ma tam dziwnie brzmiących nazwisk sugerujących niekoszerne pochodzenie. Dopiero na samym końcu jest muzyka, na której przecież zupełnie się nie znam. Umiem jej tylko słuchać.



Jeżeli chodzi o tą ostatnią, to Misfits z płyty „Walk among us” (Allachu mój, co za badziewna okładka!) brzmi jak ogień z dupy i tyle mniej więcej trwa. Jest tego niecałe 25 minut i jak przystało na punkowców, zmieściło się wtenczas spokojnie trzynaście kawałków, przy których umysł słuchacza uprawia dzikie pogo, a noga pod biurkiem wesoło podryguje. Trudno tu o jakichś faworytów, bo od początku do końca wszystko grane jest szybko, z jajem i werwą. Dominuje ostre punkowe walenie w struny, są też obowiązkowe pijackie chórki. Ale czasem słychać też jakieś ukryte przebłyski rockabilly czy raczej psychobilly i zaczyna robić się rzewnie na sekundę albo dwie. Teksty są utrzymane w żarobliwym tonie, mimo iż traktują o kolekcjonowaniu czaszek, morderstwach, krwi i łamaniu kości. Wokal Glenna Danziga zawstydza zapewne po dziś dzień niejednego punkowego „artystę”, łącznie z tym, który obecnie udaje, że śpiewa w tym zespole. Ogólnie rzecz ujmując, płyta silnie ciąży ku doskonałości i pozostaje mi jedynie wstydzić się za ów drobny fakt, że Misfits musieli czekać na mnie aż tak długo. I need your skulls!



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Poszukiwania weselnej kapeli uważam za rozpoczęte



W minioną sobotę wybraliśmy się na Brutal Sound Festiwal 2011 w poszukiwaniu kapel godnych rozruszania tanecznej części mojego (odległego) wesela. Jak redaktor Greg będzie miał czas i ochotę, to pewnie coś dopisze ze swojej strony. Z mojej perspektywy, było ciekawie i do dzisiaj nucę sobie niektóre przeboje pod nosem w rytm potupywania nogą, zastanawiajac się – czy ten albo tamten kawałek będzie pasował na pierwszy taniec? Nieco żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu, notatnika i dyktafonu – byłaby okazja do uwiecznienia ludzkich okazów i gatunków, o których myślałem, że wyginęły razem z taśmami magnetofonowymi i Maluchami jako symbolami klasy średniej. Jabol punki przysypiały zamroczone winami, tudzież krążyły w poszukiwaniu sponsorów. Obok nich, beznamiętnie rozmawiali emerytowani skinheadzi o dłoniach spracowanych robotniczym trudem. Dodajmy do tego sędziwych panów z piwnymi brzuchami, którzy specjalnie na tę okazję, założyli glany, katany i obroże, punkowych nastolatków i kilku takich dziwaków jak my, a uzyskamy z tego ledwie namiastkę różnorodności jaka tam przez kilka godzin gościła. Można by o tym książkę napisać. W takim otoczeniu zwyczajnie wstydziłem się tego, że nie mam żadnego tatuażu, już nie wspominając o tym, że zdradziłem swoje chłopsko-robotnicze korzenie i zostałem quasi-korporacyjną mendą, która nie ma żadnego moralnego prawa śpiewać o trudzie szarego życia, kominach fabryk i rewolucyjnym buncie mas...

Odnośnie muzyki, bo o nią przecież chodziło nade wszystko, to było różnorodnie, od sasa to lasa i na odwrót. Kilka zespołów zagrało w sumie głównie po to, by pokazać, że „trzy akordy, darcie mordy” nadal obowiązuje, a talent nie jest potrzebny by punk rocka grać. Takich to ja na weselu nie chcę, sam zagram na harmonijce podobnie. Zaskakujące nieco (a może i nie), że do tej grupy zaliczała się także finałowa „gwiazda”, czyli czeski Pilsner Oiquell. Chwilę posłuchaliśmy i zgodnie doszliśmy do wniosku, że pora już iść do domu. Pepiczki publiki raczej nie rozgrzały, co dziwne, bo na płytach to je dobry tym se slusnym stavku!


Innym fenomenem z kategorii „zespołów ze średniej półki” był, skanikąd bliski naszym sercom, Skowyt z bardzo charyzmatycznym liderem, który w przerwach między kolejnymi utworami zachęcał do przyłożenia sobie po mordzie. A wiadomo, co to za wesele bez burdy. Niektóre kawałki nawet by dawały radę, gdyby tylko kończyły się po dwóch minutach, a nie były rozwleczone w punkowe suity a’la King Crimson. Utwory takie jak „Belgijski pedofil” albo „Ona jest nazi” w ramówkach Eski czy Radia Złotej Przeboje się raczej nie pojawią, ale w ucho wpadają i Skowytu nie skreślam jako potencjalnego supportu służącego do rozładowania post-ślubnego napięcia niektórych gości.


Z zespołów dobrych to napiszę tylko o Rewizji i 1125. Ci pierwsi, mają świetny kontakt z publiką, który charakteryzuje zespoły biedne i pozbawione szans na większą niż niszowa, popularność. Na weselach bycie dobrym wodzirejem to podstawa! Ci drudzy, zupełnie odwrotnie. Wyszli na scenę, zaśpiewali i zeszli nie mówiąc nawet sakramentalnego „pocałujcie nas w pompkę”. Pełen profesjonalizm, dystans do widowni cechujący takich co to nagrali coś na eksport i grają czasem dla publiki większej niż sto osób. Bardziej polubiłem tych pierwszych, tylko nie jestem pewien czy w lższejmym repertuarze też będą się czuli komfortowo...



poniedziałek, 25 lipca 2011

Sheer Terror, czyli symfonia chamskiego grania

Chamem jestem, więc jakiej innej muzyki mógłbym słuchać jeżeli nie chamskiej właśnie?


Sheer Terror to zespół, w pewnych wywrotowych kręgach, absolutnie kultowy. Są matką i ojcem nie tylko nowojorskiej sceny HC, ale stworzyli także podwaliny pod mini subgatunek, który nazywa się Hate Core i generalnie polega na wykrzykiwaniu nienawiści do całego świata dookoła, połączonego z pokazywaniem gdzie ma się społeczeństwo i jego normy. Jak to już bywa z niezależnymi artystami, którzy zanim coś stworzą nie zajrzą na łamy Wyborczej, tudzież nie skonsultują tego z TVN24, Sheer Terror często i gęsto oskarża się o nazistowskie inklinacje, ciągoty ku rasizmowi, faszystowskie poglądy i organizowanie bunga-bunga z nieletnimi. Są nawet pewne zdjęcia, które sugerują kto maczał palce w narodzinach gatunku i pomagał układać teksty...

I co z tego, że w jednym z nich śpiewali, że...

Enough of your shit, i've had it up to here.
It's about time I made my intentions clear.
I don't give a fuck about your skinhead pride.
I could care less about the lower east side.
I'm just a working class slob who's tired.
Of getting the short end of the stick.
It ain't my problem if I'm not like you and I'm not sucking Uncle Sam's dick.

Lewacy przecież wiedzą lepiej.

Nie dam sobie nic obciąć, ale to chyba również oni stworzyli dwie mody obowiązujące w tych klimatach – robienie sobie zdjęć z pitbullami i transformację w potwornych grubasów z pięcioma podbródkami. To drugie wyszło frontmanowi znakomicie. Spróbujcie mu tylko powiedzieć prosto w twarz – Paul, roztyłeś się jak ta tłusta świnia. Ale wokal ma nadal piękny! Czysty, klarowny i pozbawiony jakiekolwiek chrypki.




Jak przystało na wiernego fana (pamięciąm sięgam, że zespół kojarzyłem jeszcze z okolic połowy lat 90-tych, ale wtedy się nimi zwyczajnie brzydziłem, bo za prawdziwych twardzieli uważałem chłopaków z Pink Floyd), mam tylko jedną płytę, ale za to chyba najlepszą. „Love songs for the unloved” to szesnaście utworów idealnych na romantyczne spotkanie z ukochaną przy świecach i dobrym, drogim winie. Kojący wokal Paula Beavera wprowadza szybko w miłosny nastrój, zaś bogactwo brzmień istrumentów koi nerwy i przenosi w świat muzycznych fantazji oboje słuchaczy. Trudno się oderwać, nogi same rwą się do tańca, a refreny wbijają się w głowę niczym największe przeboje Paula Anki.

Sheer Terror – Love Songs for the unloved.

Sheer Terror – Jimmy’s High Life.

W sam raz na dzień taki jak ten – słoneczny, wakacyjny i pełen nieskrępowanego relaksu w pracy.

wtorek, 12 lipca 2011

Bat na leni, czyli Józek in action once again

„Nasz” prezes, od dawna to powtarzam, poprowadzi Polonię na dno. Po nim nie zostanie już nic – poza wspomnieniami stetryczałych pierników, które będą wygłaszane znudzonym wnuczkom za kilka dekad. Biedne dzieci. Będziemy im ciągle smędzili o tym jak chodziliśmy na Polonię, ja wyciągnę kilka zdjęć z wyjazdów, z pamięci będę recytował zabawne zdarzenia, których nazbierało się przez te kilka lat bywania na K6. A one będą stukały się w czoło, zbierając swój zielony szalik i wychodząc na Łazienkowską. Czasem budzę się w środku nocy z tego strasznego snu, tylko po to by zdać sobie sprawę, że niczym Kassandra, wieszczy on naszą przyszłość.

Ale zanim do tego dojdzie, Józek napsuje nieco krwi kilku ludziom i nie sposób czasem go za to cenić. Ostatnio w mediach przewija się nadal jeden temat, a mianowicie nowy system premiowania. Polega on w skrócie na tym, że do niedawna piłkarze Polonii zarabiali pensję (sowitą, a jakże) i nic ponadto. To raczej średnia motywacja, bo czy się stoi czy się leży, 30 tysięcy na rękę co miesiąc się należy. Więc Józek wpadł na pomysł renegocjacji umów. 20% pensji idzie do zamrażarki – na koniec sezonu uzbierana kwota ulegnie bodaj podwojeniu, czy nawet potrojeniu, jeżeli drużyna zdobędzie mistrzostwo. W przypadku drugiego miejsca – zostanie oddana bez żadnych matematycznych machinacji. W przypadku wyniku słabszego – przepada. Do tego dochodzą jeszcze bardzo zachęcające premie za wygrane mecze, czyli kolejny miły dodatek do zgarnięcia z boiska, którego nie było. W ich przypadku, nie ma mowy o żadnym „zamrażaniu”. Warto po prostu wygrywać, a pieniądze leżą na murawach. W efekcie, zarobić można znacznie więcej, trzeba jedynie chcieć. No ale komu w tym kraju się chce? Najwyraźniej nie chciało się ani Panowi Arturowi Sobiechowi, ani Panowi Euzebiuszowi Smolarkowi, bo nowych umów podpisać nie chcieli. Pół narodu i mediów stanęło za nimi murem.

Jak to w Polsce bywa, temat związany z zaglądaniem do cudzych kieszeni, wywołał ożywione dyskusje. Dziwi mnie, że ktokolwiek ma czelność podnosić larum, że zmiana umów (za zgodą stron!) jest zagraniem dalekim od uczciwości. Pacta sum servanda i owszem, nadal obowiązuje, tak samo jak prawo do renegocjacji ich warunków. Nikt nikomu nie grozi, nikt nie szantażuje. Ale to już nawet nie o legis chodzi, a o zwykłą logikę czy przyzwoitość. Polscy piłkarze to ogon Europy, pośmiewisko Azji, chłopcy do bicia dla każdego kto ma dwie nogi i kopie piłkę prosto. Stworzono im nad Wisłą cieplarniane warunki, w których grzeją się niczym salamandry na słońcu. Zarabiają w ciągu miesiąca tyle co przeciętny Polak w dwa lata. Ich praca to kilka godzin treningów i raz na tydzień góra 90 minut meczu z kolegami z pasażów galerii handlowych. Polscy piłkarze to zgraja pospolitych tępaków, którzy przez lata oszukiwali swoich kibiców, kupując i sprzedając ligowe spotkania. Polscy piłkarze to użelowane panienki, którym ciężko sklecić kilka prostych zdań. O ich wartości najlepiej świadczą przebogate kariery jakich doświadczają na Zachodzie, gdzie służą głównie do podgrzewania ławek albo krzesełek na trybunach. Stawanie po ich stronie w tym sporze to jakieś horrendalne nieporozumienie. Cała krzywda jaka im się dzieje to zmuszanie ich do jakiegokolwiek wysiłku. Tak jak przeciętny Kowalski, nagle oczekuje się od nich zaangażowania w pracy i efektów. Tylko, że w przeciwieństwie do szaraczków ich pensja to marzenie 95% rodaków. Ochronny klosz został jedynie lekko uchylony, a już połowa z nich krzywi się i panicznie trzyma się za włosy w obawie, że ich nowa fryzura ucierpi od wiatru szarej rzeczywistości. A tępa opinia publiczna jeszcze ma czelność stać za nimi murem. Za tymi glutami, które pół zeszłego sezonu przegrywali na własne życzenie. Za tymi fajfusami, którzy bardziej angażowali się w zakupy w Arkadii niż w swoją „pracą” na boisku. Jeszcze jakbyśmy mówili o Mistrzach Polski, to rozumiem, pół biedy. Ale mowa o kolesiach po zawodówkach, którzy z trudem utrzymali się w lidze, której czołowe zespoły są lane przez Kazachów, Estończyków i inne nacje o istnieniu których nie miałem pojęcia. Więc niech spierdalają.

Teraz do akcji wychowywania piłkarzy powinni przyłączyć się kibice – chociażby tak jak w tej scenie z „Domu”. Tyle że obecnie prędzej by chodziło o zakupy w butikach, bo nasi piłkarze może i nie grają zbyt wybitnie, ale ubiorami dorównują tuzom z lig angielskich i hiszpańskich.

poniedziałek, 11 lipca 2011

A co tam Panie słychac w Polonii?

Oj dużo słychać ale jak zwykle nic konkretnego. Jak zwykle Jaśnie Wielmożny Constraction buduję potęgę na Ligę Mistrzów. Nie za bardzo wiadomo co ma na myśli. Czy walkę o wyjście z eliminacji czy co najmniej ćwierćfinał. Ostatnio stwierdził, że nawet Mistrz Polski nie przyniósłby mu satysfakcji, więc można domniemywać, że aspiracje ma na podium europejskich rozgrywek. Chwali się to bo trzeba mieć duże ambicję. A przykład dobry idzie z zagranicy przecież taka Barcelona, Real, MU czy Bayern to skromne kluby z co prawda ze słabą organizacją, ale z wielkimi ambicjami. Są to kluby które tak jak Polonia nie maja struktur a jednak dają radę na europejskich salonach. i tak samo jak dla JW, dla nich nie liczą się tytuły krajowe tylko gra w lidze mistrzów. Na przykład tak Arsenal z Anglii. Dla nich nie liczy się, że od 7 lat nie mogą zdobyć tytułu mistrzowskiego. Bo ich priorytetem są właśnie rozgrywki europejskie. Tak samo jak angielskich kibiców. Przeciętny anglik nie chce mistrzostwa Anglii swojego klubu. On woli LM.
Tylko zastanawiające jest dlaczego tak trudno na wyspach kupić bilet na mecz ligowy a na rozgrywki europejskie jest znacznie łatwiej. I dziwne brzmią słowa JW bo by można odnieść wrażenie jakby zdobywał mistrzostwo co sezon, skoro deprecjonuje osiągnięcia innych w tym wypadku Wisły Kraków. Drogi Panie Józefie, gdyby "pańska" Polonia osiągnęła by chociaż połowę tego co Wisła Ciupały, to może Pana słowa byłyby zrozumiałe. Ale póki co ma Pan osiągnięcia Polonii Ranieckiego. Jasne, że każdy chciałby Ligi Mistrzów, ale powinno odróżniać się marzenia od rzeczywistości. A poza tym jeżeli ktoś nie rozumie czym dla kibica jest zdobycie mistrzostwa kraju to ma mgliste pojecie o piłce. Na całym świecie dla kibiców właśnie takie trofeum jest ziszczeniem marzeń.
Jeżeli cały czas Józek nie łapie o co chodzi, to niech posłucha śpiewu kibiców na co czekają najbardziej.