Ten dzień warto zapamiętać – wielmożny Józef opchnął Polonię za paczkę fajek i w ten sposób spadliśmy wszyscy na dno futbolu. Nie ma czasu i potrzebę na bufonadę i czcze gadanie w stylu „a nie pisałem”, ale czuć było od wielu miesięcy, że coś jest na rzeczy. Zapach padliny wisiał w powietrzu i pamiętam, że chodząc na wiosenne mecze zastanawiałem się często czy to aby nie jedna z ostatnich okazji zobaczyć K6 w blasku jupiterów i z anturażem godnym bądź co bądź Ekstraklasy. To już przeszłość i w sumie dobrze, bo taka chwila musiała nadejść. Polonia za czasów JW przypominała toksyczny związek dziewczyny z porządnego domu z wiejskim parobkiem o szerokim geście i żółtymi papierami. Wiadomo,że do niczego dobrego by to nie doprowadziło, ot w drodze nad przepaść można było chociaż pojeść kawioru i zrobić zakupy cudzą kartą kredytową. Trochę nas ten JW zamienił w kurwiszony przez te kilka lat swoich rządów. Licencja, zmiany trenerów, publiczne pośmiewisko... Ale także w sferze mentalnej zaczęliśmy zdradzać zbiorowe objawy szaleństwa. Skandowaliśmy nazwisko tego wariata – ja nie, podobnie jak większość Kamiennej, ale fakt jest taki, że w pewnym okresie żyło nam się z Józkiem całkiem dobrze. Oprawa na stulecie jest dzisiaj nader wymowna – obok prawdziwych legend tego klubu umieściliśmy ostatecznie również betonowego grabarza, który zabawił się w Brutusa naszym kosztem. Kilka lat temu na derbach zawisła szmata „Jak się wkurwimy, to Was też wykupimy” - po co to komu było, ani zabawne ani złośliwe. Chwalenie się cudzym majątkiem, czujecie to kurwa? Jeszcze całkiem niedawno niektórzy z nas cieszyli się gdy podobny los spotkał Odrę Wodzisław. Cóż, zła karma zawsze do nas wraca, powtarzam to od lat i nikt mnie nie słucha. Lekcja pokory widać nam się wszystkim przyda.
Mimo wszystko, myślę, że Polonia może odrodzić się i stać się czymś zupełnie innym od swojego poprzedniego wcielenia. W końcu, powiedzmy sobie szczerze – dla piłki nożnej na nasze stadiony nie da się długo przychodzić. W tym sezonie frekwencja spadnie na łeb na szyję, jeszcze wspomnicie moje słowa. Ekstraklasa dla klimatu prawdziwej piłki oznacza śmierć. A tymczasem, na głębokim zadupiu będzie miała szansę istnieć inna jakość. W końcu możemy stworzyć klub naszych marzeń – z kaszkietami, atmosferą przedwojennego cwaniakowa, piłkarskimi strojami z przedwojnia, spikerem zapodającym komunikaty gwarą stołeczną i obowiązkowym lodziarzem krążącym między rzędami. Cyfrową tablicę zastąpi Pan Staszek, który ręcznie będzie zmieniał wynik na tablicy podmieniając plansze z cyframi. Będziemy cieszyć się z każdego zwycięstwa i chociaż pewnie czasem będzie ciężko, taka Polonia ma szansę zyskać na tym wszystkim więcej niż na kolejnych transferach popierdolonego Józia i jego cyrku.
A na otarcie łez przesympatyczna piosenka szwedzkiego kontynuatora tradycji Abby i Roxette – skocznie, radośnie i z przytupem.
wtorek, 17 lipca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
They want to turn us into White Trashes
Dawno nie pisaliśmy, co nie oznacza, że nie ma o czym. Podczas gdy cała Polska żyje Euro 2012, nasz kochany rząd w pocie czoła pracuje nad kształtem naszej przyszłości. Już to powinno wzbudzać w nas niepokój. Polityk to gatunek świni z natury swej leniwy i tępy, ale kiedy trzeba pewne rzeczy potrafi załatwiać szybko. Fakt, że reprezentanci narodu zasuwają jak mróweczki pod ukryciem zasłony dymnej w postaci Igrzysk, świadczyć może tylko o tym, że zależy im wyjątkowo na czasie oraz braku rozgłosu.
Tu i tam dochodzą słuchy o wprowadzeniu nowego podatku. Tym razem – katastralnej daniny od nieruchomości, liczonej ad valorem, czyli od jej wartości. Więc o ile w przypadku akcyz i innych VAT-ów płacimy podatek przy zakupie, tutaj płacimy za sam fakt bycia właścicielem ziemi czy też mieszkania. Właścicielem? Dobre sobie. W tym modelu prawa majątkowe przechodzą w praktyce na państwo, które łaskawie pozwala nam korzystać z wybudowanego za własną krwawicę domu czy kupionego na kredyt mieszkania. Oczywiście nie za darmo. To z kolei oznacza, że płatności tej nie za bardzo można ominąć, bo jest cykliczna i niezwiązana zupełnie z naszym stylem życia. Jak się komuś nie podoba akcyza, czyli podatek od zbytku, luksusu, szkodliwości, to rezygnuje ze spożywania produktów na które jest on nałożony i teoretycznie, sprawa jest załatwiona. Z katastrem tak łatwo już nie będzie, bo jedyna możliwość żeby go ominąć to przeprowadzić się pod most i modlić się, żeby wesoła ekipa Ryżego Złodzieja nie wpadła na to, by i tam wypuścić swoje macki.
Oczywiście już podnoszą się głosy oświeconych i wyedukowanych, że przecież taki podatek występuje w wielu krajach na świecie i Polska po prostu przestaje być wyjątkiem od reguły powszechności katastru. Owa „reguła” to m.in. Kanada, Wielka Brytania, Francja czy znana z niskich podatków Szwecja. Przyznać trzeba, że towarzystwo znakomite, ale nasza zabiedzona Polska jakby nie do końca do tego grona pasuje. Mówiąc kolokwialnie – żeby zabierać, trzeba najpierw dać szansę uzbierać.
Kataster jest w rodzimych warunkach tak bzdurny, że aż ciężko uwierzyć, że naprawdę może wejść w życie. W idealnym świecie ma być bardziej sprawiedliwy, bo nakładający większe obciążenia faktyczne na ludzi zamożnych. Tyle tylko, że jego wysokość jest ustalana na podstawie nie faktycznej wyceny nieruchomości, a na podstawie mapy stawek wyznaczonej przez samorządy. Najbardziej atrakcyjne lokalizacje to te położone w centrum (wiadomo, cena za metr najwyższa), tymczasem nasza klasa średnia, wzorem innych krajów, od pewnego czasu przeprowadza się dalej i dalej poza miasto, gdzie z kolei, średnio licząc, ceny za metr są niskie. W śródmieściach, w małych i ciasnych mieszkankach pomieszkuje zaś a to głodująca inteligencja, a to lumpenproletariat, a to emeryci i renciści. I to oni zapewne poniosą najwyższe koszty nowego widzimisię naszej kochanej władzy.
Oczywiście, nasz premier pewien czas temu zapowiedział, że katastru nie będzie. A jak Don Aldo coś powie, to wiadomo, że będzie dokładnie odwrotnie. Zmieniono więc jego nazwę, a całą odpowiedzialność przerzucono na władze samorządowe, które się ponoć domagają nowych danin, ponieważ rząd z kolei zapowiedział obcięcie publicznych dotacji. Ufff. Tak czy owak, jedno jest pewne. Ten podatek, jeżeli ktoś będzie na tyle głupi, by naprawdę zacząć wprowadzać go w życie, spowoduje, że ludzie znowu wyjdą na ulicę. Ale to za mało i obawiam się, że taki rząd, który działa wbrew interesom obywateli może spotkać los o wiele bardziej przykry niż obelgi, palone opony i satyryczne rysunki. I tak sobie myślę, że obecna klasa polityczna żyje w doprawdy złotych czasach. Ilu polskich polityków dostało po mordzie? Ilu z nich trafiło do więzienia? Ilu poczuło strach przed bezlitosnym linczem ze strony motłochu? Ano właśnie. Ale spokojnie, kataster ich do tego zbliża, bo żaden naród, nawet tak otumaniony jak naród polski, nie pozwoli z siebie zrobić „białych śmieci”. My home is my castle, kurwa jego mać!!!
Tu i tam dochodzą słuchy o wprowadzeniu nowego podatku. Tym razem – katastralnej daniny od nieruchomości, liczonej ad valorem, czyli od jej wartości. Więc o ile w przypadku akcyz i innych VAT-ów płacimy podatek przy zakupie, tutaj płacimy za sam fakt bycia właścicielem ziemi czy też mieszkania. Właścicielem? Dobre sobie. W tym modelu prawa majątkowe przechodzą w praktyce na państwo, które łaskawie pozwala nam korzystać z wybudowanego za własną krwawicę domu czy kupionego na kredyt mieszkania. Oczywiście nie za darmo. To z kolei oznacza, że płatności tej nie za bardzo można ominąć, bo jest cykliczna i niezwiązana zupełnie z naszym stylem życia. Jak się komuś nie podoba akcyza, czyli podatek od zbytku, luksusu, szkodliwości, to rezygnuje ze spożywania produktów na które jest on nałożony i teoretycznie, sprawa jest załatwiona. Z katastrem tak łatwo już nie będzie, bo jedyna możliwość żeby go ominąć to przeprowadzić się pod most i modlić się, żeby wesoła ekipa Ryżego Złodzieja nie wpadła na to, by i tam wypuścić swoje macki.
Oczywiście już podnoszą się głosy oświeconych i wyedukowanych, że przecież taki podatek występuje w wielu krajach na świecie i Polska po prostu przestaje być wyjątkiem od reguły powszechności katastru. Owa „reguła” to m.in. Kanada, Wielka Brytania, Francja czy znana z niskich podatków Szwecja. Przyznać trzeba, że towarzystwo znakomite, ale nasza zabiedzona Polska jakby nie do końca do tego grona pasuje. Mówiąc kolokwialnie – żeby zabierać, trzeba najpierw dać szansę uzbierać.
Kataster jest w rodzimych warunkach tak bzdurny, że aż ciężko uwierzyć, że naprawdę może wejść w życie. W idealnym świecie ma być bardziej sprawiedliwy, bo nakładający większe obciążenia faktyczne na ludzi zamożnych. Tyle tylko, że jego wysokość jest ustalana na podstawie nie faktycznej wyceny nieruchomości, a na podstawie mapy stawek wyznaczonej przez samorządy. Najbardziej atrakcyjne lokalizacje to te położone w centrum (wiadomo, cena za metr najwyższa), tymczasem nasza klasa średnia, wzorem innych krajów, od pewnego czasu przeprowadza się dalej i dalej poza miasto, gdzie z kolei, średnio licząc, ceny za metr są niskie. W śródmieściach, w małych i ciasnych mieszkankach pomieszkuje zaś a to głodująca inteligencja, a to lumpenproletariat, a to emeryci i renciści. I to oni zapewne poniosą najwyższe koszty nowego widzimisię naszej kochanej władzy.
Oczywiście, nasz premier pewien czas temu zapowiedział, że katastru nie będzie. A jak Don Aldo coś powie, to wiadomo, że będzie dokładnie odwrotnie. Zmieniono więc jego nazwę, a całą odpowiedzialność przerzucono na władze samorządowe, które się ponoć domagają nowych danin, ponieważ rząd z kolei zapowiedział obcięcie publicznych dotacji. Ufff. Tak czy owak, jedno jest pewne. Ten podatek, jeżeli ktoś będzie na tyle głupi, by naprawdę zacząć wprowadzać go w życie, spowoduje, że ludzie znowu wyjdą na ulicę. Ale to za mało i obawiam się, że taki rząd, który działa wbrew interesom obywateli może spotkać los o wiele bardziej przykry niż obelgi, palone opony i satyryczne rysunki. I tak sobie myślę, że obecna klasa polityczna żyje w doprawdy złotych czasach. Ilu polskich polityków dostało po mordzie? Ilu z nich trafiło do więzienia? Ilu poczuło strach przed bezlitosnym linczem ze strony motłochu? Ano właśnie. Ale spokojnie, kataster ich do tego zbliża, bo żaden naród, nawet tak otumaniony jak naród polski, nie pozwoli z siebie zrobić „białych śmieci”. My home is my castle, kurwa jego mać!!!
środa, 14 marca 2012
Pokłony w kierunku Hanka Trzeciego (znowu)
Słucham sobie „nowych” płyt Hanka III Williamsa (tych z września, ale to dla mnie i tak świeże bułeczki) i myślę, że byłoby warto poświęcić im więcej niż kilka zdań ostatnio. Im dłużej je znam, tym bardziej mi się podobają obie. „Ghost to a Ghost” jest świetna, ale „Gutter Town”, o ile człowiek oswoi się z tym, że to psychodeliczne hillbilly&outlaw country, robi wrażenie jeszcze mocniejsze. No właśnie, słowo klucz to „wrażenie”. Dawno już nie słyszałem takiej płyty, która pozostawiałaby po sobie ślad na psychice tej wielkości. Mrok i zło sączą się z niektórych utworów, spływając wprost do serc słuchaczy. I zostają tam na długo, dopóki nie wypłucze się ich porządną porcją whisky. Nawet wesołe i skoczne przerywniki brzmią niczym opętańcze zaklinanie nieuchronnego. Hank na zmianę, to nas straszy, to nasz zamęcza upiornie zrzędliwą manierą godnej knajpy gdzieś na końcu świata. Ponad godzina muzyki to jak wyprawa w dzikie lasy Montany, w potłuczonym pick-upie bez świateł, starą strzelbą z ostatnim nabojem i skulonym ze strachu psem pod siedzeniem. O utworze poniżej (polecam posłuchać wieczorem, najlepiej na słuchawkach i w samotności) jeden z anonimowych internautów napisał tak:
“well you get back up in these hills like i live in and you see some weird shit and you stay out of them hollows if you dont know what ya doin you wont be coming back out some off the wall people back there”
Ponoć Hank uwolnił się od wiszącego nad nim kontaktu z poprzednią wywtórnią i pod własnym labelem w końcu może tworzyć taką muzykę jaką chce. Chociaż nienawidzę wszelkich „concept albumów”, te dwa pokazują, że nie tylko świat country&western jeszcze o Trzecim usłyszy.
“well you get back up in these hills like i live in and you see some weird shit and you stay out of them hollows if you dont know what ya doin you wont be coming back out some off the wall people back there”
Ponoć Hank uwolnił się od wiszącego nad nim kontaktu z poprzednią wywtórnią i pod własnym labelem w końcu może tworzyć taką muzykę jaką chce. Chociaż nienawidzę wszelkich „concept albumów”, te dwa pokazują, że nie tylko świat country&western jeszcze o Trzecim usłyszy.
wtorek, 13 marca 2012
Dzieci Tuska, czyli emerytalny Mad Max
Dziwna atmosfera panuje ostatnio na naszej zielonej wyspie dobrobytu i szczęśliwości. Mamy przecież piękne stadiony, sprawny rząd odnoszący sukces za sukcesem, wzrost gospodarczy wypracowany rękami samego Donalda, ale to wszystko przesłania nam ponura wizja przyszłości rodem z post-apokaliptycznego sci-fi. Jest nas coraz mniej, nas Polaków i wszyscy dookoła krzyczą niczym pedofile – dzieci, dzieci, dajcie nam więcej dzieci!
To już nie te czasy, kiedy oskarżało się żydów o robienie macy z noworodków, ale przyznać trzeba, sytuacja jest co najmniej dwuznaczna i brzydko pachnie kilkoma paragrafami w kodeksie karnym. To, że przyrost naturalny jest u nas ujemny, to żadna niespodzianka od dłuższego czasu. Polityka pro-rodzinna wszystkich rządów (począwszy od czasów Króla Stasia niemalże) istnieje jedynie w wymiarze dogmatów zapisanych na papierze, a praktykę można streścić w jednym, niewypowiedzianym nigdy, haśle – ruchajcie się, kurwa mać! Przecież władza potrzebuje kolejnych pokoleń poddanych, a ZUS łaknie nowych niewolniczych rąk do tego, by generować kolejne straty i przeżuwać nasze składki! Ambicją każdego rządu, niezależnie czy jest to rząd demokratyczny czy totalitarny, jest rozrost swego Imperium. Tak więc, ruchajmy się!
Trochę to jednak wszystko niesmaczne. Po pierwsze, prozaiczna sprawa taka jak to, że na chuj się „władza” wpierdala w prywatne, imtymne życie obywateli. Zapewne są jakieś magiczne przyczyny dla których dzieci rodzi się coraz mniej. Ot, może, chodzi o problemy mieszkaniowe? Albo z pracą? Albo jedno i drugie. A może to, że człowiek sobie myśli – czy jest sens płodzić młodego człowieka, który będzie przez pół życia wpierdalał sól przemysłową zamiast spożywczej, a na koniec usłyszy, że w sumie to jest to zdrowe i pożywne? W tym kraju noworodek to statystyczny numerek w ZUS-ie, przyszły niewolnik systemu i tu przechodzimy do sedna sprawy.
Już mnie lesby i pedały od dekad wkurwiają, gdy krzyczą o swoim „prawie do adopcji”. Wyciągają ręce w kierunku biednych dzieci, a wszyscy dookoła próbują nam wmówić, że ktokolwiek posiada jakiekolwiek do nich prawa. Otóż, drogie matołki, to co najwyżej owe dzieci posiadają uprawnienie do bycia adoptowanymi, a Wy, podobnie jak reszta heteroseksualnej hołoty, możecie jedynie ubiegać się o zostanie rodzicem. Zwisa mi czy dziecko takie wychowane zostanie przez ludzi normalnych czy spedalonych. Ale szlag mnie trafia gdy widzę jak ta kwestia staje się tematem dyskursu społecznego, a samo dziecko z podmiotu staje się przedmiotem. Z systemem emerytalnym jest dokładnie tak samo. Ma być więcej dzieci, żebyśmy my, za kilkadziesiąt lat, starzy i zgorzkniali, mogli wysysać z nich owoce ich własnej pracy. Czy to się różni od robienia macy z noworodków, ja się pytam? Mówiąc wprost – potrzebujemy niewolników i znajdujemy ich w przyszłości. Sprytne i przerażające, niczym emerytalny Mad Max.
„Zabawne” jest to, że całe te nawoływanie do rodzenia dzieci odbywa się w kraju, którego ca. 13% dorosłych obywateli jest bezrobotnych, a dobre kilkadziesiąt procent kolejnych pracuje za groszowe stawki, odprowadzając groszowe składki na groszową, bądź żadną przyszłość. Wiadomo, że pośród nich jest wielu ludzi, którzy kopią rowy, bo to jedyna robota, która nie przeszkadza w piciu wódki i biciu konkubiny, ale nie wierzę, że nie kryje się tam żaden potencjał. Czy naprawdę musimy przejmować się spadającą liczbą pogłowią, kiedy żyjemy w społeczeństwie, które nie wykorzystuje ogromnej części swoich możliwości produkcyjnych? Przecież to są kurwa te Wasze „dzieci”, tylko już odchowane i gotowe do łożenia na ZUS. Ha, to pytanie retoryczne. Oczywiście, że musimy, bo po pierwsze, po co działać teraz, skoro można bajdurzyć o przyszłości, a po drugie, lepiej być premierem kraju, który ma 40 milionów obywateli (chuj, że częściowo bezrobotnych) niż 35 milionów ale za to z bezrobociem frykcyjnym, bądź niższym od dwucyfrowych standardów. Bo na całym świecie władza jest taka sama – sięga po więcej, sciskając coraz słabiej.
To już nie te czasy, kiedy oskarżało się żydów o robienie macy z noworodków, ale przyznać trzeba, sytuacja jest co najmniej dwuznaczna i brzydko pachnie kilkoma paragrafami w kodeksie karnym. To, że przyrost naturalny jest u nas ujemny, to żadna niespodzianka od dłuższego czasu. Polityka pro-rodzinna wszystkich rządów (począwszy od czasów Króla Stasia niemalże) istnieje jedynie w wymiarze dogmatów zapisanych na papierze, a praktykę można streścić w jednym, niewypowiedzianym nigdy, haśle – ruchajcie się, kurwa mać! Przecież władza potrzebuje kolejnych pokoleń poddanych, a ZUS łaknie nowych niewolniczych rąk do tego, by generować kolejne straty i przeżuwać nasze składki! Ambicją każdego rządu, niezależnie czy jest to rząd demokratyczny czy totalitarny, jest rozrost swego Imperium. Tak więc, ruchajmy się!
Trochę to jednak wszystko niesmaczne. Po pierwsze, prozaiczna sprawa taka jak to, że na chuj się „władza” wpierdala w prywatne, imtymne życie obywateli. Zapewne są jakieś magiczne przyczyny dla których dzieci rodzi się coraz mniej. Ot, może, chodzi o problemy mieszkaniowe? Albo z pracą? Albo jedno i drugie. A może to, że człowiek sobie myśli – czy jest sens płodzić młodego człowieka, który będzie przez pół życia wpierdalał sól przemysłową zamiast spożywczej, a na koniec usłyszy, że w sumie to jest to zdrowe i pożywne? W tym kraju noworodek to statystyczny numerek w ZUS-ie, przyszły niewolnik systemu i tu przechodzimy do sedna sprawy.
Już mnie lesby i pedały od dekad wkurwiają, gdy krzyczą o swoim „prawie do adopcji”. Wyciągają ręce w kierunku biednych dzieci, a wszyscy dookoła próbują nam wmówić, że ktokolwiek posiada jakiekolwiek do nich prawa. Otóż, drogie matołki, to co najwyżej owe dzieci posiadają uprawnienie do bycia adoptowanymi, a Wy, podobnie jak reszta heteroseksualnej hołoty, możecie jedynie ubiegać się o zostanie rodzicem. Zwisa mi czy dziecko takie wychowane zostanie przez ludzi normalnych czy spedalonych. Ale szlag mnie trafia gdy widzę jak ta kwestia staje się tematem dyskursu społecznego, a samo dziecko z podmiotu staje się przedmiotem. Z systemem emerytalnym jest dokładnie tak samo. Ma być więcej dzieci, żebyśmy my, za kilkadziesiąt lat, starzy i zgorzkniali, mogli wysysać z nich owoce ich własnej pracy. Czy to się różni od robienia macy z noworodków, ja się pytam? Mówiąc wprost – potrzebujemy niewolników i znajdujemy ich w przyszłości. Sprytne i przerażające, niczym emerytalny Mad Max.
„Zabawne” jest to, że całe te nawoływanie do rodzenia dzieci odbywa się w kraju, którego ca. 13% dorosłych obywateli jest bezrobotnych, a dobre kilkadziesiąt procent kolejnych pracuje za groszowe stawki, odprowadzając groszowe składki na groszową, bądź żadną przyszłość. Wiadomo, że pośród nich jest wielu ludzi, którzy kopią rowy, bo to jedyna robota, która nie przeszkadza w piciu wódki i biciu konkubiny, ale nie wierzę, że nie kryje się tam żaden potencjał. Czy naprawdę musimy przejmować się spadającą liczbą pogłowią, kiedy żyjemy w społeczeństwie, które nie wykorzystuje ogromnej części swoich możliwości produkcyjnych? Przecież to są kurwa te Wasze „dzieci”, tylko już odchowane i gotowe do łożenia na ZUS. Ha, to pytanie retoryczne. Oczywiście, że musimy, bo po pierwsze, po co działać teraz, skoro można bajdurzyć o przyszłości, a po drugie, lepiej być premierem kraju, który ma 40 milionów obywateli (chuj, że częściowo bezrobotnych) niż 35 milionów ale za to z bezrobociem frykcyjnym, bądź niższym od dwucyfrowych standardów. Bo na całym świecie władza jest taka sama – sięga po więcej, sciskając coraz słabiej.
piątek, 9 marca 2012
Atomowe grzyby nad Shiraz, czyli semici o muzyce
Dzisiaj wyjątkowo, nie o polityce czy piłce, a o muzyce. Co za niespodzianka, od zawsze piszemy wyłącznie o tych trzech rzeczach, no czasami jeszcze o Żydach, bo ze święcą szukać bardziej pro-semickiego bloga w tym zaściankowym kraju. Trzymamy za powodzenie sprawy żydowskiej i nie możemy doczekać się kiedy nad dawnymi winnicami w Shiraz rozbłyśnie pomarańczowy atomowy grzyb zagłady. No, jeszcze wspieramy kwestię afrykanerską, ale to nie tym razem, muszą sobie poradzić chwilowo bez nas, tam hen w Kapsztadzie.

Nie od dzisiaj wiadomo, że lubię dobre hardcorowe pierdolnięcie i w sumie, czego się nie dotknę z tego gatunku, to od razu męczę i słucham do upadłego. Niedawno przyszła pora na sympatycznych panów z Bostonu, którzy od 1994 roku, z przerwami, grają pod nazwą Blood for Blood. Po przesłuchaniu jednej płyty, już wiem, że będę polował na całą resztę, nie wie jedynie o tym moja narzeczona, ale ona nie czyta moich wypocin, więc to będzie nasza słodka tajemnica. A wydawać jest na co, co prawda samych nagrań może wiele nie ma, ale jakościowo, trzeba przyznać, jest to ekstraklasa chamówy, zaraz obok Sheer Terror. Aż trudno uwierzyć, że z taką energią grać może zespół, który nie posiada na okładce płyt ani jednego buldoga, co jak na hardcore jest sporym odstępstwem od zasad wydawałoby się niezmiennych.
Z muzycznych nowości to warto jeszcze wspomnieć o kolejnej płycie Hanka III Williamsa. Kolejnej czyli której? Ponoć siódmej, ale wuj w sumie wie. Nagrania ujrzały światło dzienne we wrześniu i są to dwie płyty. Żeby było śmieszniej, tego samego dnia, Hank wydał jeszcze dwie inne płyty, z czego jedna to powrót do jego „metalowych” korzeni. Jak tak dalej pójdzie z jego płodnością, to zbieranie jego nagrań będzie równie wielkim wyzwaniem co kolekcjonowanie płyt Johnny’ego Casha.
Tak czy owak, Ghost to a ghost/Gutter town to solidny materiał dla prawdziwego miłośnika cajun i outlaw country, czego najlepszą reklamą niech będzie kawałek poniżej, dźwięczący w uszach jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego akordu (na płycie znajduje się nieco inna wersja, akustyczna). Jeżeli ktoś to słysząc nie chce wejść na konia i pojechać w kierunku zachodzącego słońca, to jest po prostu pedałem.
Nie od dzisiaj wiadomo, że lubię dobre hardcorowe pierdolnięcie i w sumie, czego się nie dotknę z tego gatunku, to od razu męczę i słucham do upadłego. Niedawno przyszła pora na sympatycznych panów z Bostonu, którzy od 1994 roku, z przerwami, grają pod nazwą Blood for Blood. Po przesłuchaniu jednej płyty, już wiem, że będę polował na całą resztę, nie wie jedynie o tym moja narzeczona, ale ona nie czyta moich wypocin, więc to będzie nasza słodka tajemnica. A wydawać jest na co, co prawda samych nagrań może wiele nie ma, ale jakościowo, trzeba przyznać, jest to ekstraklasa chamówy, zaraz obok Sheer Terror. Aż trudno uwierzyć, że z taką energią grać może zespół, który nie posiada na okładce płyt ani jednego buldoga, co jak na hardcore jest sporym odstępstwem od zasad wydawałoby się niezmiennych.
Z muzycznych nowości to warto jeszcze wspomnieć o kolejnej płycie Hanka III Williamsa. Kolejnej czyli której? Ponoć siódmej, ale wuj w sumie wie. Nagrania ujrzały światło dzienne we wrześniu i są to dwie płyty. Żeby było śmieszniej, tego samego dnia, Hank wydał jeszcze dwie inne płyty, z czego jedna to powrót do jego „metalowych” korzeni. Jak tak dalej pójdzie z jego płodnością, to zbieranie jego nagrań będzie równie wielkim wyzwaniem co kolekcjonowanie płyt Johnny’ego Casha.
Tak czy owak, Ghost to a ghost/Gutter town to solidny materiał dla prawdziwego miłośnika cajun i outlaw country, czego najlepszą reklamą niech będzie kawałek poniżej, dźwięczący w uszach jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego akordu (na płycie znajduje się nieco inna wersja, akustyczna). Jeżeli ktoś to słysząc nie chce wejść na konia i pojechać w kierunku zachodzącego słońca, to jest po prostu pedałem.
środa, 29 lutego 2012
Stadion Narodowy i kibice Biedronką robieni
Zanosiło się na to, że luty 2012 roku będzie pierwszym miesiącem od niemal trzech lat, po którym nie pozostanie żaden ślad w kronikach Curva Mortale. Zanosiło się ale dzisiaj mamy przecież wielkie święto w postaci otwarcia Stadionu Narodowego i trudno przejść obojętnie obok takiego wydarzenia.
Już rano się nieźle wkurwiłem, gdy usłyszałem z kilku źródeł znamienne – cieszmy się. Nie drążmy już ile ten Stadion kosztował, kto ile na nim zarobił, kto ile przyciął na premiach, kto te premie podpisał, tylko się po prostu cieszmy, że go mamy. Chuj, że nie ma autostrad, obwodnic, chuj z dziurą budżetową i tym, że na pół dnia centrum miasta jest wyłączone z życia, bo stosownym służbom nie chce się przemęczać i tak jest najłatwiej. Nieważne, że za chwilę Stadion będzie wielkim wrzodem na dupie, bo meczów ligowych się tam nie da zagrać, bo zaraz PiS-owscy kibole wszystko zniszczą, a operator coś nie miał czasu znaleźć chętnych na wynajem pod imprezy. Bądźmy dumni. Mamy najpiękniejszy stadion Europy. Mało! Świata! Mało! Wszechświata! Polska górą. Propaganda godna czasów Gierka. A że kosztował nas, podatników 1,7 miliarda złotych? Nieważne. Co nas nie stać, nas Polaków?
I jeszcze ci wszyscy kibice na mieście. Mordy wymalowane w biało-czerwone barwy, na głowach kolorowe czapki, w rękach nieodzowne trąbki, a na szyi szaliki z Biedronki. Widać, że nigdy nie byli na prawdziwym meczu, że nie jedli ani razu chleba z wyjazdowego pieca. Ale na Narodowy idą. Zjedzą kiełbasę, popiją Coca-Colą, zrobią sobie zdjęcia, zmagazynują wspomnienia na resztę życia, dwa razy podniosą się bo meksykańska fala fajnie wygląda, a potem usiądą na krzesełkach i będą buczeć, gdy tylko zacznie iść źle na boisku. A że będzie źle to jest pewne, to swoją własną, chłopską twarzą firmuje przecież najlepszy trener pośród ćwierćdebili, Pan Franciszek „Złotousty” Smuda. W oczekiwaniu na narodową tragedię już za sto dni, podśpiewujmy sobie pod nosem wielki hit ostatnich dni. Pamiętajcie, już niebawem zestawy kibica za jedyne 29,99 zł!
Już rano się nieźle wkurwiłem, gdy usłyszałem z kilku źródeł znamienne – cieszmy się. Nie drążmy już ile ten Stadion kosztował, kto ile na nim zarobił, kto ile przyciął na premiach, kto te premie podpisał, tylko się po prostu cieszmy, że go mamy. Chuj, że nie ma autostrad, obwodnic, chuj z dziurą budżetową i tym, że na pół dnia centrum miasta jest wyłączone z życia, bo stosownym służbom nie chce się przemęczać i tak jest najłatwiej. Nieważne, że za chwilę Stadion będzie wielkim wrzodem na dupie, bo meczów ligowych się tam nie da zagrać, bo zaraz PiS-owscy kibole wszystko zniszczą, a operator coś nie miał czasu znaleźć chętnych na wynajem pod imprezy. Bądźmy dumni. Mamy najpiękniejszy stadion Europy. Mało! Świata! Mało! Wszechświata! Polska górą. Propaganda godna czasów Gierka. A że kosztował nas, podatników 1,7 miliarda złotych? Nieważne. Co nas nie stać, nas Polaków?
I jeszcze ci wszyscy kibice na mieście. Mordy wymalowane w biało-czerwone barwy, na głowach kolorowe czapki, w rękach nieodzowne trąbki, a na szyi szaliki z Biedronki. Widać, że nigdy nie byli na prawdziwym meczu, że nie jedli ani razu chleba z wyjazdowego pieca. Ale na Narodowy idą. Zjedzą kiełbasę, popiją Coca-Colą, zrobią sobie zdjęcia, zmagazynują wspomnienia na resztę życia, dwa razy podniosą się bo meksykańska fala fajnie wygląda, a potem usiądą na krzesełkach i będą buczeć, gdy tylko zacznie iść źle na boisku. A że będzie źle to jest pewne, to swoją własną, chłopską twarzą firmuje przecież najlepszy trener pośród ćwierćdebili, Pan Franciszek „Złotousty” Smuda. W oczekiwaniu na narodową tragedię już za sto dni, podśpiewujmy sobie pod nosem wielki hit ostatnich dni. Pamiętajcie, już niebawem zestawy kibica za jedyne 29,99 zł!
wtorek, 24 stycznia 2012
Tylko cioty nie kochają PNA
Właśnie siedzę na ulubionym fotelu i oglądam jednym okiem mecz Mali – Gwinea. To niechybny znak, że trwa właśnie prawdziwe święto futbolu, czyli Puchar Narodów Afryki!

Co się będę silił na udawanie podniecenia. To przecież mój umiłowany piłkarski turniej na świecie. Mistrzostwa Europy? Mistrzostwa Świata? Nuda, nawet w wykonaniu reprezentantów Ameryki Południowej. Taktyka, dyscyplina, radość poświęcona na ołtarzu efektywności. Nudni Niemcy, użelowani Hiszpanie, rozpłakani Polacy. Ile można. Już nie wspominając o takiej Lidze Mistrzów, gdzie dyscyplina społecznych nizin została wtłoczona w ramy show-biznesu serwowanego elitom na platynowej tacy. Nie rozumiem ludzi, którzy emocjonują się potyczkami Barcelony, Realu Madryt czy innego kurwa Arsenalu. Co to może obchodzić zdrowego chłopa. To przecież nie jest piłka! To plastikowy marketingowy produkt, opakowany w kolorowe pudełeczko, przeznaczony dla umysłowych kocmołuchów. Ktoś kto lubi oglądać ten cyrk, w młodości nigdy nie grał w piłkę na podwórku, a w dorosłym życiu jest po prostu pedałem.
Można do Afryki mieć wiele pretensji i żywić do niej niechęć (w końcu na jakim innym kontynencie tyle razy brat przelewał krew innego brata, że tak zapytam po rastafariańsku?), ale ich kontynentalne mistrzostwa to nadal apoteoza tego co w futbolu najpiękniejsze. Dzikie trybuny, pełne kolorowych tłumów, reagujących żywiołowo, choć nieco otępiale. Wybaczam in nawet wuwuzele i bębny. A na boisku czasem nie lepiej. Zdarzają się, owszem niestety, zespoły, które na siłę próbuje się zorganizować na wzór europejski. Na szczęście, praktycznie nigdy się to nikomu nie udało. Nieco inna jest piłka krajów Maghrebu, bardziej dojrzała i dorosła. Ale to Jądro Ciemności dostarcza od zawsze najwięcej magii i emocji. Dominuje więc lekkomyślność, ofensywność i szalona radość z faktu kopania piłki. Czasem przypominają się szkolne czasy, gdy każdy chciał być napastnikiem, wracanie do obrony było oznaką frajerstwa i beztalencia, a na bramce stali sami mamisynkowie (dla jasności, ja stałem właśnie na bramce, tudzież siedziałem na ławce rezerwowych, co zrównywało mnie z dziewczętami i to tymi paskudnymi). No i ta dziecięca wręcz samolubność. Dobry napastnik musi być samolubny, a w Afryce grają sami dobrzy! Przebiec pół boiska, okiwać pół drużyny przeciwnika, a na końcu, zamiast podać do lepiej ustawionego kolegi (tylko frajer się dobrze ustawia, wiadomo!), rzucić się na ostatnie zasieki defensywne, stracić piłkę, strzelić Bogu w okno, albo się poddać ze zmęczenia. Oto Puchar Narodów Afryki!

Pamiętam taki mecz, z turnieju z 1998 roku, pomiędzy Demokratyczną Republiką Konga, a Burkina Faso. To była kwintesencja piłkarskiej Afryki. Kto wie, czy nie jeden z ostatnich pomruków prawdziwego ducha tej dyscypliny. W 86 minucie padł gol na 1:4 i było po zabawie. A jednak, nastąpił cud. W Europie takie cuda załatwiał Fryzjer. W Afryce raczej szaman i wrodzone lenistwo, wymieszane z adrenaliną i strachem. Co akcja, to piłka lądowała w bramce i w 90 minucie całe Wagadugu obgryzało paznokcie z nerwów. 4:4 i dogrywka! Kinszasa szaleje. A w rzutach karnych deklasacja i DR Konga wygrało mecz, którego wygrać nie miała prawa. Niesamowite? Owszem. Prawdziwe? Jak najbardziej. A co najlepsze, to nie był mecz o pietruszkę, tylko batalia o brązowy medal i trzecie miejsce... I za to kocham Puchar Narodów Afryki i całą piłkę z Czarnego Lądu, która jako ostatnia wymyka się pazernym łapom zamieniającym naszą pasję w słupki, bilanse płatnicze i dywidendy. Kocham i trzymam w kciuki, by mimo prób, nigdy się nie zmieniła.
Co się będę silił na udawanie podniecenia. To przecież mój umiłowany piłkarski turniej na świecie. Mistrzostwa Europy? Mistrzostwa Świata? Nuda, nawet w wykonaniu reprezentantów Ameryki Południowej. Taktyka, dyscyplina, radość poświęcona na ołtarzu efektywności. Nudni Niemcy, użelowani Hiszpanie, rozpłakani Polacy. Ile można. Już nie wspominając o takiej Lidze Mistrzów, gdzie dyscyplina społecznych nizin została wtłoczona w ramy show-biznesu serwowanego elitom na platynowej tacy. Nie rozumiem ludzi, którzy emocjonują się potyczkami Barcelony, Realu Madryt czy innego kurwa Arsenalu. Co to może obchodzić zdrowego chłopa. To przecież nie jest piłka! To plastikowy marketingowy produkt, opakowany w kolorowe pudełeczko, przeznaczony dla umysłowych kocmołuchów. Ktoś kto lubi oglądać ten cyrk, w młodości nigdy nie grał w piłkę na podwórku, a w dorosłym życiu jest po prostu pedałem.
Można do Afryki mieć wiele pretensji i żywić do niej niechęć (w końcu na jakim innym kontynencie tyle razy brat przelewał krew innego brata, że tak zapytam po rastafariańsku?), ale ich kontynentalne mistrzostwa to nadal apoteoza tego co w futbolu najpiękniejsze. Dzikie trybuny, pełne kolorowych tłumów, reagujących żywiołowo, choć nieco otępiale. Wybaczam in nawet wuwuzele i bębny. A na boisku czasem nie lepiej. Zdarzają się, owszem niestety, zespoły, które na siłę próbuje się zorganizować na wzór europejski. Na szczęście, praktycznie nigdy się to nikomu nie udało. Nieco inna jest piłka krajów Maghrebu, bardziej dojrzała i dorosła. Ale to Jądro Ciemności dostarcza od zawsze najwięcej magii i emocji. Dominuje więc lekkomyślność, ofensywność i szalona radość z faktu kopania piłki. Czasem przypominają się szkolne czasy, gdy każdy chciał być napastnikiem, wracanie do obrony było oznaką frajerstwa i beztalencia, a na bramce stali sami mamisynkowie (dla jasności, ja stałem właśnie na bramce, tudzież siedziałem na ławce rezerwowych, co zrównywało mnie z dziewczętami i to tymi paskudnymi). No i ta dziecięca wręcz samolubność. Dobry napastnik musi być samolubny, a w Afryce grają sami dobrzy! Przebiec pół boiska, okiwać pół drużyny przeciwnika, a na końcu, zamiast podać do lepiej ustawionego kolegi (tylko frajer się dobrze ustawia, wiadomo!), rzucić się na ostatnie zasieki defensywne, stracić piłkę, strzelić Bogu w okno, albo się poddać ze zmęczenia. Oto Puchar Narodów Afryki!
Pamiętam taki mecz, z turnieju z 1998 roku, pomiędzy Demokratyczną Republiką Konga, a Burkina Faso. To była kwintesencja piłkarskiej Afryki. Kto wie, czy nie jeden z ostatnich pomruków prawdziwego ducha tej dyscypliny. W 86 minucie padł gol na 1:4 i było po zabawie. A jednak, nastąpił cud. W Europie takie cuda załatwiał Fryzjer. W Afryce raczej szaman i wrodzone lenistwo, wymieszane z adrenaliną i strachem. Co akcja, to piłka lądowała w bramce i w 90 minucie całe Wagadugu obgryzało paznokcie z nerwów. 4:4 i dogrywka! Kinszasa szaleje. A w rzutach karnych deklasacja i DR Konga wygrało mecz, którego wygrać nie miała prawa. Niesamowite? Owszem. Prawdziwe? Jak najbardziej. A co najlepsze, to nie był mecz o pietruszkę, tylko batalia o brązowy medal i trzecie miejsce... I za to kocham Puchar Narodów Afryki i całą piłkę z Czarnego Lądu, która jako ostatnia wymyka się pazernym łapom zamieniającym naszą pasję w słupki, bilanse płatnicze i dywidendy. Kocham i trzymam w kciuki, by mimo prób, nigdy się nie zmieniła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)