Niby czytelnika Wyborczej nie trzeba już edukować co jest dobre, a co złe, ale widać – nie zaszkodzi utrwalać w nim nienawiść. Czyta więc owa sól narodu te wszystkie cytaty i aż im piana na pysk wyskakuje z podniecenia. Jak z Volkoffa! Prawda momentalnie straciła na znaczeniu, zniknęła z pola widzenia, bo teraz najważniejsze jest to co powiedział Kaczyński oraz Macierewicz. A Ci jak wiemy, mówią dużo i rzadko z sensem. Swoją drogą, naszemu rządowi i koalicji takiej sytuacji mogą pozazdrościć chyba nawet w Birmie czy Wenezueli. Premier nawet nie musi się odzywać, bo całą robotę wykonają za niego media, które już naplują na kogo trzeba będzie. Na całym demokratycznym świecie prasa i telewizja okładają większościowe rządy ile wlezie, a u nas panuje polityka miłości. Taka jak z zapomnianej piosenki napisanej ponoć własnoręcznie przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. W oryginale – „Niegłosóje na Jarka”.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Polityka Miłości A.D 2012
Ile to razy zabierałem się już do napisania czegoś na blogu, ale weny starczało mi jedynie na pierwsze zdanie (tak jak teraz w sumie). A tyle się dzieje i to na każdym froncie walki o postęp oraz dobrobyt. Unia Europejska się sypie, lekarze i aptekarze strajkują, a Pan Premier Donald Tusk wystawił na ciosy biednego Arłukowicza samemu zaszywając się w swej samotni. Do tego dzisiaj specjaliści od czytania z czarnych skrzynek pochwalili się, że rozpracowali kilka nowych słów wypowiedzianych owego pamiętnego kwietniowego dnia roku 2010 (jak ten czas leci!). No i okazało się, że gen. Błasika jednak chyba nie było w kabinie, a jeszcze niedawno przecież jego obecność i to pod wpływem alkoholu, była niekwestionowanym faktem. No nieważne, co mnie to w sumie obchodzi. Dużo zabawniejsze jest obserwowanie jak masowe, reżimowe media robią wszystko, by przysypać tę wiadomość stekiem nieistotnych bzdur.


Niby czytelnika Wyborczej nie trzeba już edukować co jest dobre, a co złe, ale widać – nie zaszkodzi utrwalać w nim nienawiść. Czyta więc owa sól narodu te wszystkie cytaty i aż im piana na pysk wyskakuje z podniecenia. Jak z Volkoffa! Prawda momentalnie straciła na znaczeniu, zniknęła z pola widzenia, bo teraz najważniejsze jest to co powiedział Kaczyński oraz Macierewicz. A Ci jak wiemy, mówią dużo i rzadko z sensem. Swoją drogą, naszemu rządowi i koalicji takiej sytuacji mogą pozazdrościć chyba nawet w Birmie czy Wenezueli. Premier nawet nie musi się odzywać, bo całą robotę wykonają za niego media, które już naplują na kogo trzeba będzie. Na całym demokratycznym świecie prasa i telewizja okładają większościowe rządy ile wlezie, a u nas panuje polityka miłości. Taka jak z zapomnianej piosenki napisanej ponoć własnoręcznie przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. W oryginale – „Niegłosóje na Jarka”.
Niby czytelnika Wyborczej nie trzeba już edukować co jest dobre, a co złe, ale widać – nie zaszkodzi utrwalać w nim nienawiść. Czyta więc owa sól narodu te wszystkie cytaty i aż im piana na pysk wyskakuje z podniecenia. Jak z Volkoffa! Prawda momentalnie straciła na znaczeniu, zniknęła z pola widzenia, bo teraz najważniejsze jest to co powiedział Kaczyński oraz Macierewicz. A Ci jak wiemy, mówią dużo i rzadko z sensem. Swoją drogą, naszemu rządowi i koalicji takiej sytuacji mogą pozazdrościć chyba nawet w Birmie czy Wenezueli. Premier nawet nie musi się odzywać, bo całą robotę wykonają za niego media, które już naplują na kogo trzeba będzie. Na całym demokratycznym świecie prasa i telewizja okładają większościowe rządy ile wlezie, a u nas panuje polityka miłości. Taka jak z zapomnianej piosenki napisanej ponoć własnoręcznie przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. W oryginale – „Niegłosóje na Jarka”.
piątek, 16 grudnia 2011
Gaslight Anthem
Słucham sobie tych płyt już od pewnego czasu, ale dopiero teraz naszło mnie żeby podzielić się ze światem tym wiekopomnym faktem. Z Gaslight Anthem jest jak z denerwującym nas znajomym. Najpierw nas wkurwia i nie rozumiemy zachwytów nad jego osobą. Jednak po dokładniejszym poznaniu ukazuje swoje prawdziwe wnętrze, skryte za niepasująca nam zrazu fasadą i zmieniamy zdanie zupełnie jakby poprzednia opinia wcale nie należała do nas. Na każdym nagraniu tego zespołu powinno nalepiać się informację, że zanim coś się o nich powie, powinno się je przesłuchać co najmniej trzy razy pod rząd. Gwarantuję, że już za drugim razem ich rzępolenie wpadnie w ucho, a za trzecim pójdzie czwarty i piąty i szósty odsłuch... I w sumie nadal nie wiadomo, dlaczego?

Wystarczy zerknąć na zdjęcia, by od razu się do nich zrazić. Czy tymi pedałkami zachwyca się pół punkowego świata od Sumatry po Bielany? Spójrzcie tylko na ich wystylizowane ubranka, nakrycia głów prosto z salonu mody, czy chociażby na tatuaże, które są odsłaniane w wystudiowanych pozach. Ich twarze mówią do nas wprost – pochodzimy z dobrych rodzin, wychowaliśmy się w wielkich domach na przedmieściach, nie wiemy co to kredyty, nigdy nie jechaliśmy publiczną komunikacją, a od buntowniczej młodości woleliśmy dobre studia oraz pierwsze inwestycje na giełdzie. Ci ludzie z pewnością znają robotniczy trud jedynie z opowieści, którym nie do końca dowierzają. Jak to, pytają wtedy, są na tym świecie ludzie, którzy nie mają własnego samochodu, mieszkają na 25 metrach kwadratowych i pracują ponad 40 godzin tygodniowo?
Pierwszy kontakt z twórczością też raczej nie napawa optymizmem. Pazura tyle w niej co w piosenkach Marka Grechuty (z całym szacunkiem). Wokal z lekką chrypką trąci hipsterskim gejem na kilometr, instrumentarium aż czuć że się męczy w tej lekkiej, sennej atmosferze rodem z New Jersey. Zamykasz oczy i co widzisz? Widzisz koncert Gaslight Anthem i tłum młodzieży ubranej w wełniane czapki, flanelowe koszule i spodnie rurki. To musi być szał pośród nastoletniej klasy średniej, która jakby co, walczy o godność pracy w Indiach i wyborcze prawa kobiet w Jemenie. Jedynie noga po pewnym czasie zaczyna niepokojąco drgać w rytmie, zachęcając język do podśpiewywania. Gatunkowo, Gaslight Anthem to połączenie punka (ale tego współczesnego, amerykańskiego, który właśnie wyszedł od fryzjera na 5th Avenue), tradycji blues rockowej, folka ze wschodniego wybrzeża, podlane sosem zrobionym z heartland rocka. Dla osób z mniejszą wyobraźnią – Bruce Springsteen, tylko wiele lat temu i z nieco większą energią. To nie mogło się udać, a jednak, i ja zaliczam się do osób, które codziennie rano budzą się z jednym pytaniem kołatającym się w głowie: co zrobiłem źle, że lubię to słodkie niczym rzygowiny piosenki pseudopunków z Gaslight Anthem?
Gaslight Anthem – We Dit It When We Were Young
Gaslight Anthem - The Diamond Church Street Choir
Gaslight Anthem – Old White Lincoln
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Zostawi nas czy nie, oto jest pytanie tygodnia
Ciężko jest być polonistą. Mówią o nas „konfitury” i wytykają palcami na wszystkich stadionach Polski (a nawet świata, bo w Podgoricy też się nie spodobaliśmy) ale nawet nie wiedzą jak ciężko jest codzienną pracą zdobyć oraz utrzymać renomę Czarnego Pedała. Czasami odnoszę wrażenie, że kibicowanie KSP to już ponad moje starcze siły. Ile nerwów! Ile zmian nastrojów! Jak u kobiety przed okresem, a nawet gorzej. W zeszłym sezonie, mając najlepszy skład w lidze, dzielnie walczyliśmy o utrzymanie. W tym, raz jest lepiej (zwycięstwo nad zieloną ladacznicą ma swoją wymowę), raz gorzej, a (nie)raz tragicznie. Nasi kopacze są w stanie przegrać z każdym. Polonia to idealny rywal „na przełamanie”. Tyle głupich punktów potraciliśmy, że jakby tylko część z nich dodać do sumy, wyszłoby, że powinniśmy ... przodować w lidze ogórków i ogórasow by Orange!
Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!
Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.
Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?
PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników
Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!
Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.
Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?
PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników
poniedziałek, 14 listopada 2011
Listopad - miesiąc fajnych imprez
Listopad w tym roku jest bardzo łaskawy jeżeli chodzi o pogodę. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby jedenastego miesiąca roku latały biedronki. Co prawda chińskie, super agresywne, genetycznie ulepszone bezwzględne morderczynie stonki ziemniaczanej, ale zawsze to biedronki. W tak przyjaznych, okolicznościach przyrody przypadły dwie niemałe imprezy. Jednak to mecz mecz Polonia - Lech, druga Marsz Niepodległości.
Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"
Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.
Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"
Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.
środa, 2 listopada 2011
Gazeta Wyborcza tego nie poleca - Montaż
Nie od dziś wiadomo, że piana na ustach arystokracji intelektualnej oraz mocna pozycja na liście „lektur zakazanych”, to najlepsza rekomendacja dla każdej książki, która promuje myślenie miast odtwórczego powtarzania wyświechtanych sloganów świata postępu oraz równości. Kiedy media krzyczą – „nie czytaj!”, moja ciekawość jedynie rośnie. W ten oto sposób w moje ręce dostała się owa niebanalna książka. „Montaż” pióra Vladimira Volkoffa to pozornie „tylko” powieść szpiegowska, czyli literacka pornografia niskiego, prawicowego sortu. W rzeczy samej to jednak bardziej ostrze szpady wymierzone w rozpasły brzuch francuskiej sceny politycznej, które dla niepoznaki, przybrało ową niepozorną formę. Jej publikacja wywołała w latach 80-tych sporo nerwowości w różnych gabinetach, biurach i umysłach. Radzieckie służby wystartowały ponoć z akcją „Anty-montaż”, której celem było doprowadzenie do niewydania książki oraz zdyskredytowanie jej autora. Śmietanka intelektualna Paryża i okolic zagotowała się ze złości. Volkoff z miejsca stał się wrogiem numer jeden, któremu przypinano wszelkie możliwe łatki – od dzieciobójcy, poprzez wariata, na starym i poczciwym faszyście kończąc. I nic dziwnego, bo „Montaż” odsłania zakamarki alkowy, z chirurgiczną precyzją kastrując połowę środowisk politycznych i dziennikarskich Francji.
To chyba pierwsza książka, w której bardziej interesujące od fabuły są ... detale oraz definicje pojęć. Sama opowieść skupia się na życiu niejakiego Aleksandra Psara, obywatela francuskiego pochodzenia rosyjskiego, który zwerbowany w młodości przez KGB wyświadcza im wieloletnie przysługi działając pod przykrywką agenta literackiego. Psar ów, żeby było śmieszniej, uznawany jest za reakcyjnego prawicowca, który pała szczerą nienawiścią do ZSRR i lewicy, podczas gdy w rzeczywistości, wprawnie dyrygują swoją „orkiestrą” złożoną z pożytecznych idiotów, przyczyniając się do triumfu zła. Podczas wykonywania najważniejszej operacji, tytułowego „Montażu” rzeczy zaczynają przybierać jednak inny od oczekiwanego obrót. I tyle o tej warstwie – kto chce, niech poczyta. Choć język czasami kuleje, a naiwność bije po oczach, jest to sama w sobie porządna powieść szpiegowska. O tyle dobra dodatkowo, że napisana przez byłego agenta, który pewnie wie co mówi (lepiej od krytyków na łamach gazet, to z całą pewnością).
Volkoff odsłania mechanizmy, którymi świat specsłużb posługuje się w mass-mediach. I to jest dopiero ciekawe! Szybko można zrozumieć dlaczego tak wielu osobom ta książka jest nie w smak. Przecież motłoch może to przeczytać, rozpisać sobie, zapamiętać, a co gorsze, zacząć przez pryzmat owej wiedzy analizować rzeczywistość, która go otacza. I wtedy, nie daj Perunie!, może się okazać, że i my mamy swoje „pudła rezonansowe”, wsporniki i przekaźniki. Więc przyjrzyjmy się bliżej jakiemuś wycinkowi tej warstwy „Montażu”. Ot chociażby, „Volkoffowa” dezinformacja i jej metody. Do użycia wszędzie, od przedszkola po prasę codzienną. Wytnij – przyłóż – zaznacz. Ja wiem, że to już nie nowe i każdy z nas to podświadomie lub nie, ale jednak zna. Tu jednak, mamy to na papierze, pięknie rozpisane, poparte przykładami. Aż chce się użyć! Chodzi więc o to, by zachowując pozory bezstronności i obiektywizmu, w odpowiedni sposób pokierować opinią publiczną w pożądanym kierunku. Po pierwsze, posłużyć do tego może wymieszanie prawdy oraz kłamstwa. Informacje prawdziwe służą w tym przypadku dwóm celom – podkeślają dobre intencje („chodzi nam wszystkim przecież o prawdę”) oraz przemycają uzasadnienie kłamstwa (które znajdujemy w prawdziwych przecież informacjach). To nic więcej jak fałszywe wnioski świadomie wyciągane z faktów (a raczej wcześniej przygotowane tezy do których dorabia się legendę w postaci rzeczywistych zdarzeń). Po drugie, mamy rozmycie. Jeżeli już trzeba podać jakiś niewygodny fakt, bo trudno go obejść („zadłużenie Polski urosło w ciągu ostatnich czterech lat o rekordowe wartości”), to trzeba dodatkowo podać tyle zbędnych informacji, by jego wymowa utonęła w liczbach, danych i analizach („Polska zieloną wyspą Europy, bezrobocie spadło, Unia daje pieniądze, powstają autostrady, stadiony, druga linia metra, średnia długość życia idzie do góry etc.”). W ten sposób, jednocześnie mówimy prawdę topiąc ją w zalewie innych faktów, by wytrącić jej znaczenie i wymowę. Po trzecie zaś, użyć można zasady nierównej reprezentacji. Stawiamy się pośrodku tematu, nie zajmując stanowiska. Przybliżamy oba obozy i ich tezy, ale jednocześnie, poświęcamy im nierównomiernie dużo czasu oraz miejsca. Można więc np. napisać, że polityk X to menda, szuja, karzeł moralny poświęcając na te wywody jedną stronę, na końcu której, można oddać głos owemu X, któremu pozwoli się jedynie powiedzieć, że te zarzuty są nieprawdziwe. Ot i cała sztuczka. Jest obiektywnie, każda strona się wypowiedziała, a kto ma jakieś widzimisię temu nienawiść zalewa mózg.
Warto tę książkę pochłonąć. Nie tylko przeczytać, ale i się jej nauczyć. A następnie przejrzeć gazety, popatrzeć w ekran telewizora i pobawić się w prostą grę – rozszyfrowując jaką sztuczkę użyto tu czy tam, zastanowić się kto może być mocodawcą, komu może zależeć, kto płaci, a kto jest jedynie ideologicznym romantykiem, któremu wydaje się, że walczy o inny, lepszy świat, nie wiedząc, że w rzeczywistości jest marionetką sterowaną przez wprawną rękę dyrygenta. Oj, tak, „Montaż” to bardzo niebezpieczna pozycją na półkach motłochu. Zamienia bierne jednostki w czujnych obserwatorów, wzmaga nienawiść i rozbudza podejrzliwość. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić i Wam ową odtrutkę. Czytać!
Etykiety:
byłem agentem wywiadu,
dezinformacja,
lektury zakazane,
metody KGB,
montaż,
oś zła,
szpiegowskie powieści,
vladimir,
volkoff,
werbunek,
zsrr
piątek, 14 października 2011
George Smiley
Wiek – ponad sześćdziesiąt lat. Blada cera, podkrążone oczy. Mina strapiona, przypominająca wzrok zmęczonego spaniela. Sylwetka wysoka, szczupła, czasami jednak przygarbiona. Charakterystyczne okulary w grubej czarnej oprawce. Garnitur na miarę, najbardziej klasyczny z klasycznych w kroju i kolorze. Płaszcz, kapelusz, laska. Zdecydowanie nie-hipster. Emeryt. Do tego najwyraźniej pogrążony w myślach i nieco melancholijny.
O kim mowa?

George Smiley, agent Jej Królewskiej Mości powstał w umyśle Johna Le Carre, ale to telewizyjna adaptacja dwóch książek dała mu rozpoznawalną twarz Aleca Guinnessa. Po sukcesie pierwszej mini-serii autor zresztą tak zachwycił się jego grą, że tworząc kolejne odsłony sagi nadał swojemu bohaterowi więcej cech aktora. Na nieszczęście, BBC ostatecznie zekranizowało tylko część pierwszą i trzecią, czyli ostatnią. Środkowa książka została pominięta z zupełnie prozaicznego powodu – jej akcja rozgrywała się po części w dalekim Hong Kongu. Brytyjski nadawca na przełomie lat 70-tych i 80-tych był zaś tak ubogi, że taki odległy plener był poza zasięgiem finansowym.


W ten sposób zarówno „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” jak i „Smiley's People” mają swój niepowtarzalny klimat. W dużej części jest to zasługa scenariusza, reżyserii i aktorów, ale swoją cegiełkę dorzucił również ograniczony budżet. Znaczna część akcji pierwszej części (po polsku brzmi ona nieco melodramatycznie - „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) rozgrywa się w pomieszczeniach. Niemal wszystkie są duszne, archaiczne, mieszczańskie i anglosaskie w najbardziej odpychającym stylu. Ziarno filmu jest grube, oświetlenie podłe. Kolory są wyprane i szare, niczym najgorszy sen daltonisty. Na ludzkich twarzach rysuje się każda najmniejsza wada skóry, a bladość przybiera trupie rozmiary. Zauważyliście, że wszyscy aktorzy są po prostu starzy? Zaś młodzi wyglądają jakby … młodzi już dawno nie byli. Kamera jest oszczędna w ruchach. Dynamiki brakuje nie tylko ujęciom ale i samej akcji. A może raczej „akcji”. Fabuła wlecze się jak żółw. Rozmowa, strapiona twarz Sir Aleca, kolejna rozmowa, strapiona twarz, znowu rozmowa. Chłodna analiza. Sir Alec zdejmuje okulary przecierając szkła skrawkiem krawata. Z ekranu bije melancholią, refleksją, smutkiem i bezdenną rozpaczą. Zimna wojna nigdy nie była tak zimna. Zgodnie z zasadą dobrego szpiegowskiego kina, sekrety poznajemy powoli, powolutku. Misterna intryga do samego niemal końca jest dla naszego oka jedynie częściowo widoczna. Na początku, przyznam bez bicia, rozumiałem nie za wiele. Na koniec rozpływałem się w zachwytach i sam siebie pytałem – jak to możliwie, że ta opowieść z ładunkiem emocji rodem z rozgrywki szachowej, mogła mnie aż tak zainteresować?
„Smiley's People”, kto wie, czy nie jest jeszcze lepszym kawałkiem dobrej telewizyjnej dramaturgii. Tym razem, jak to na agenta przystało, wiekowy dżentelmen przemierza Europę Zachodnią próbując nacisnąć na ogon swojego sowieckiego alter ego. Po sześciu odcinkach przychodzi, niestety, nieubłagany koniec. Łza się w oku kręci.
Ponoć w kinach można obejrzeć remake z Gary Oldmanem w roli Smileya. Chyba nie będę sobie psuł dobrych wspomnień. Zamiast tego włożę do odtwarzacza jeszcze raz płyty i zanurzę się w świat szpiegowskich intryg na dobre (choć krótkie) blisko dwanaście godzin.
O kim mowa?
George Smiley, agent Jej Królewskiej Mości powstał w umyśle Johna Le Carre, ale to telewizyjna adaptacja dwóch książek dała mu rozpoznawalną twarz Aleca Guinnessa. Po sukcesie pierwszej mini-serii autor zresztą tak zachwycił się jego grą, że tworząc kolejne odsłony sagi nadał swojemu bohaterowi więcej cech aktora. Na nieszczęście, BBC ostatecznie zekranizowało tylko część pierwszą i trzecią, czyli ostatnią. Środkowa książka została pominięta z zupełnie prozaicznego powodu – jej akcja rozgrywała się po części w dalekim Hong Kongu. Brytyjski nadawca na przełomie lat 70-tych i 80-tych był zaś tak ubogi, że taki odległy plener był poza zasięgiem finansowym.
W ten sposób zarówno „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” jak i „Smiley's People” mają swój niepowtarzalny klimat. W dużej części jest to zasługa scenariusza, reżyserii i aktorów, ale swoją cegiełkę dorzucił również ograniczony budżet. Znaczna część akcji pierwszej części (po polsku brzmi ona nieco melodramatycznie - „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) rozgrywa się w pomieszczeniach. Niemal wszystkie są duszne, archaiczne, mieszczańskie i anglosaskie w najbardziej odpychającym stylu. Ziarno filmu jest grube, oświetlenie podłe. Kolory są wyprane i szare, niczym najgorszy sen daltonisty. Na ludzkich twarzach rysuje się każda najmniejsza wada skóry, a bladość przybiera trupie rozmiary. Zauważyliście, że wszyscy aktorzy są po prostu starzy? Zaś młodzi wyglądają jakby … młodzi już dawno nie byli. Kamera jest oszczędna w ruchach. Dynamiki brakuje nie tylko ujęciom ale i samej akcji. A może raczej „akcji”. Fabuła wlecze się jak żółw. Rozmowa, strapiona twarz Sir Aleca, kolejna rozmowa, strapiona twarz, znowu rozmowa. Chłodna analiza. Sir Alec zdejmuje okulary przecierając szkła skrawkiem krawata. Z ekranu bije melancholią, refleksją, smutkiem i bezdenną rozpaczą. Zimna wojna nigdy nie była tak zimna. Zgodnie z zasadą dobrego szpiegowskiego kina, sekrety poznajemy powoli, powolutku. Misterna intryga do samego niemal końca jest dla naszego oka jedynie częściowo widoczna. Na początku, przyznam bez bicia, rozumiałem nie za wiele. Na koniec rozpływałem się w zachwytach i sam siebie pytałem – jak to możliwie, że ta opowieść z ładunkiem emocji rodem z rozgrywki szachowej, mogła mnie aż tak zainteresować?
„Smiley's People”, kto wie, czy nie jest jeszcze lepszym kawałkiem dobrej telewizyjnej dramaturgii. Tym razem, jak to na agenta przystało, wiekowy dżentelmen przemierza Europę Zachodnią próbując nacisnąć na ogon swojego sowieckiego alter ego. Po sześciu odcinkach przychodzi, niestety, nieubłagany koniec. Łza się w oku kręci.
Ponoć w kinach można obejrzeć remake z Gary Oldmanem w roli Smileya. Chyba nie będę sobie psuł dobrych wspomnień. Zamiast tego włożę do odtwarzacza jeszcze raz płyty i zanurzę się w świat szpiegowskich intryg na dobre (choć krótkie) blisko dwanaście godzin.
Etykiety:
alec guinness,
George Smiley,
John le Carre,
karla,
MI6,
smiley's people,
tinker tailor soldier spy,
toby esterhase,
ussr,
zimna wojna,
zsrr
wtorek, 4 października 2011
Partii puszczają zwieracze
Nie śmiem polemizować z doskonałością prof. Bartoszewskiego i nie odmawiam mu żadnych zaszczytów. Jeżeli niektórzy mówią, że to najwybitniejszy żyjący Polak – niech tak będzie. Jeżeli wszyscy wykształceni ludzie z ogładą i poglądami godnymi naszej łacińskiej spuścizny mawiają o nim per „autorytet” czy „mąż stanu” – niech tak będzie. Niech ma te swoje dziewięćdziesiąt lat, niech opowiada ile przeżył i czego nie zrobił, a ja będę potakiwał głową z uznaniem. I nawet nie będę sprawdzał czy rzeczywiście jest godny tych laurek. Przymknę oko na rozliczne wypowiedzi, które, delikatnie rzecz nazywając, są kontrowersyjne i mają za zadanie jątrzyć, a nie jednoczyć (trochę to mało „profesorskie”). Ba! Kupię nawet jakąś książkę sygnowaną jego nazwiskiem. Tolerancyjny jestem – jak każdy komu inni, Ci „tolerancyjni w jedyny naprawdę tolerancyjny sposób” owej tolerancji odmawiają ... Ale za swój występ w spocie „wyborczym” Platformy Obywatelskiej moja akceptacja dla tego wesołego starca jakby się wyczerpała. Niech sobie ma poglądy jakie chce, niech sobie mówi co chce, niech sobie popiera kogo się mu tylko żywnie podoba. Ale niech nie próbuje decydować kto jest patriotą, a kto nie. Szczególnie w oparciu o krótkookresową linię demarkacyjną w postaci najbliższych wyborów. Niech mi nie odmawia prawa nazywania siebie w ten sposób, szczególnie gdy świadczenia państwowe (póki mogę) omijam szerokim łukiem, a równocześnie płacę wysokie podatki, pracuję po godzinach i dokładam w pocie czoła swoją małą cegiełkę do wzrostu gospodarczego, którym potem sobie PO albo PiS wyciera gębę chełpiąc się swoimi „sukcesami”. A co, nie należy mi się chociaż tyle? Nie wyciągam ręki po nic więcej, jedynie szacunek, albo chociaż milczenie. A otrzymuję inwektywę z ust autorytetu przerażonego wizją zmiany u władzy połączoną z nową definicją „patriotyzmu”. Ludzie mają różny termin przydatności do aktywności. Pan Bartoszewski cieszy się już i tak wyjątkowo długą linią kariery zawodowej, ale chyba pora już zamienić garnitur na szlafrok, a wywiady na czytanie bajek praprawnuczkom. Inaczej rozmieni się na zupełne drobniaki.
Swoją drogą, ja wiem, że ostatnio tylko polityka&polityka, zwieracze puszczają Platformie, że aż miło patrzeć. Spot z Bartoszewskim to zastraszanie, ale co można powiedzieć o tym poniższym?
A miało być tak merytorycznie można napisać... Miało być o gospodarce, rynku, kryzysie, autostradach, infrastrukturze, reformach. A skończyło się na terroryzowaniu widzów starszymi kobiecinami i kibolami. A do wyborów jeszcze zostało kilka dni i najlepsze chyba jeszcze przed nami...
Subskrybuj:
Posty (Atom)