środa, 11 sierpnia 2010

Incepcja

Sadat idzie do kina...

... podczas gdy pół Polski krzyża broni, a drugie pół nienawidzi pierwszej połowy , ja postanowiłem wybrać się w objęcia siódmej (czy tam której) muzy.

Obiecałem sobie także, że nic więcej o tym sporze nie będę pisał. Chociaż może to nie być łatwe, bo ten temat zdominował media w stopniu dawno już nie obserwowanym. Ale wuj z nimi, dzisiaj będzie o kulturze. A ta ponoć łagodzi obyczaje.

Poszliśmy sobie na „Incepcję”.

Jeszcze nie przeczytałem krytycznej opinii o tym filmie i zaraz po seansie pomyślałem sobie, że ja nie będę taki spolegliwy. Ale po powrocie do domu i przemyśleniu tego co zobaczyłem, muszę przyznać, że Incepcja mi się najzwyczajniej w świecie podobała.

Co prawda, film do krótkich nie należy i czasami akcja zwalnia fundując nam porcję dłużyzny trudnej do strawienia. Wierciłem się więc na fotelu niejeden raz. Fabuła także, no bądźmy szczerzy, posiada sporo luk logicznych. A do tego widzowi trzeba wytłumaczyć tak wiele rzeczy, że czasami dialogi przypominają instrukcję obsługi połączoną z „frequently asked questions”. Incepcja nie jest wolna od wad, ale to chyba taki rodzaj kina, który zadowolić może wszystkich. I wielbicieli rozrywki (to ja) i tych, którzy do kina chadzają po to, by dowiedzieć się czegoś o życiu, by następnie deliberować nad przedstawionymi aspektami i paradygmatami (to zdecydowanie nie ja). Więc można mu wiele wybaczyć. Także dlatego, że buduje swój świat od nowa i posiada wiele smaczków dając szerokie pole do analiz. Incepcja to cebula złożona z wielu warstw. Przypomina w tym wszystkim i Matrixa i jeden z najlepszych komiksów jakie czytałem, czyli „Władcę Gór” z thorgalowskiej serii. Wyobraźnię która stworzyła ideę na której bazuje Incepcja wypada po prostu pochwalić. Więc to robię.

Nie będę psuł zabawy tym, którzy trafili tu przypadkowo, a filmu jeszcze nie obejrzeli. Jak już obejrzycie (warto), zajrzyjcie sobie na strony poświęcone filmowi i poczytajcie o różnorakich interpretacjach. Albo sami sobie stwórzcie własne. To też warto.

Tak sobie myślę, że Incepcja, mimo, iż jest filmem zupełnie nie epatującym grozą, to jednak sprawia, że mimowolnie zapadamy się w kinowym fotelu z nieuświadomionego lęku. Ludzkie myśli, szczególnie te ukryte to wyjątkowo brudny i przerażający świat. I film pokazuje to nader sugestywnie. I chociaż chciałem napisać, że Incepcja to danie zdecydowanie przereklamowane, to ostatecznie nie wypada mi nic innego jak tylko przyłączyć się tłumu klakierów.

sobota, 7 sierpnia 2010

Na początek wygrana

Uff. Polonia wczoraj wygrała na wyjeździe z Górnikiem w Zabrzu i do następnego piątku można odetchnąć i patrzeć na wszystko z większym spokojem.
Gra była nierówna i nie zawsze piękna, ale co się dziwić, skoro to pierwszy ich mecz w takim składzie. Najważniejsze, że są dwie bramki i inauguracja poszła zgodnie z planem.


Sobiech od razu strzelił gola, czyli milion euro już zaczyna się spłacać. Smolarka za dużo nie widziałem, ale coś chyba dużo miał słabych podań i kilka piłek, które łatwo przegrał. Smutne, że przywitały go gwizdy - i nie uwierzę, że to była standardowa porcja nienawiści dla piłkarzy przyjezdnych. Gwizdać to można było na Dziekanowskiego i setkę innych lanserów, którym nie zamykała się buzia.
No ale jak sobie Polska chce buczeć na Ebiego, to niech sobie buczy, mam to w dupie.

Kolejny przystanek - derby z zielonymi.

piątek, 6 sierpnia 2010

Bitwa o Krzyż, part 2

Sorry, że kolejny raz o tym samym, ale po to założyliśmy bloga żeby tutaj dawać upust swojej złości, a nie jak wcześniej lać żony czym popadnie w afekcie. Nic tak nie uspokaja jak sobie napisać co Cię denerwuje – a mnie to generalnie wkurwia wszystko dookoła.



I kto tu jest żenujący... No ja się pytam. Żenujący jest cały ten spór od swego zarania. Ale takie happeningi jak ten z krzyżem z puszek piwa to już szczyt debilizmu. Gdybym spotkał autorów tego genialnego pomysłu, nieważne czy kobieta, niepełnosprawny czy zwykły idiota – zlałbym po mordzie do krwi. A jakby ta wyschła, zlałbym ponownie żeby sobie dobrze zapamiętali, że mi się to nie podoba. Po pierwsze należy się za niestosowne żarty i mało celne poczucie humoru, po drugie, bo mam już dosyć słuchania kretynów po obu stronach barierki na Krakowskim Przedmieściu. Że też nasza dzisiejsza młodzież musi być taka nijaka i jednolita w poglądach. Nie nudzi Wam się tak ciągle we wszystkim zgadzać się z TVN-em i Gazetą Wiewiórczą? Nie nudzi Wam się jak ze sobą rozmawiacie i zasadniczo to nie macie sobie nic do powiedzenia, bo każdy z Was ma dokładnie takie samo zdanie na każdą kwestię? Jesteście tępą zgrają nudnych klakierów, którzy boją się samodzielnie pomyśleć choć ten jeden raz. Sterowalne i mierne pokolenie „copy&paste”.


Jasne, że Kaczyński z PiSiórkami grają krzyżem. Nienawidzę tych chujów. Ale w tej grze nie bawią się solo. Po drugiej stronie są jeszcze obsmarkani POpeliniarze, dla których zarezerwowałem podobne uczucia i miejsce w moim sercu. Obie strony bawią się w polityczne szachy, a te głupie społeczeństwo dało się wciągnąć w głupie ich rozgrywki jak małe dzieci. POjebańcy doskonale zdawali sobie sprawę, że ruszenie Krzyża rozpęta wojnę i przez wiele, wiele dni będzie to temat na pierwsze strony gazet. PiS nawet nie miał innego wyjścia niż rzuconą rękawicę przyjąć i rzucić w bój swoich emerytowanych muhadżedinów. I jedni i drudzy wychodzą z tej batalii, tak czy owak, zwycięsko. PO nie musi się tłumaczyć z podwyżek VATu i nie musi odpowiadać na drażliwe pytania typu „jak to możliwe, że jeszcze niedawno zapewnialiście, że finanse państwa są w dobrym stanie, a po wyborach zaczynacie sięgać głębiej do kieszeni obywateli?”. PiS ma swoją walkę o symbol – jeżeli Krzyż zostanie na swoim miejscu będzie dobrze. Ale jeżeli Krzyż jednak zostanie przeniesiony, to będzie jeszcze lepiej. Po ciężkiej walce, Kaczyński będzie mógł krzyczeć o dyktaturze PO, zamazywaniu pamięci i braku szacunku dla ofiar Smoleńska. I za chwilę pojawią się kolejne pomysły. A to żeby nazwać jakąś ulicę imieniem zmarłego prezydenta, a to żeby jego osobę uczcić na inne sposoby. Wyremontowany Dworzec Centralny? Im. Lecha Kaczyńskiego. Nowe lotnisko w Modlinie? Im. Lecha Kaczyńskiego! Muzeum Powstania Warszawskiego? Im. Lecha Kaczyńskiego! I tak dalej i tak dalej. Dla nich to lepiej jak po transmitowanej walce w mediach, Krzyż zostanie przeniesiony, bo nic tak nie cieszy jak rosnąca martyrologia. Chuje.

Politycy wygrają, media zyskają, tylko biedne społeczeństwo (albo jego jakkolwiek myśląca część) będzie po tym wszystkim miało wrażenie, że ktoś ich nieźle wydymał. Ale to nam Polakom chyba nie przeszkadza, bo to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy umieramy w cudzej brudnej wojnie.

Pójdźcie pod ten Krzyż z hasłami „Co z VAT”, „gdzie wzrost gospodarczy”, „gdzie reformy finansów publicznych” albo „dlaczego nic nie robicie chuje”, a nie dajcie się zmanipulować sporem, który nie ma żadnego znaczenia i powstał tylko po to, by ktoś na Waszych zakutych łbach mógł wspiąć się wyżej po drabinie władzy.

6 sierpnia, czyli najwyższy czas zacząć ten sezon

Dzisiaj zaczyna grać, a raczej, kopać się po kostkach, nasza ukochana ekstraklasa. Jak jest chujowa to się możemy przekonać każdego lata, gdy widzimy tytanów muraw w starciach z klubami z Estonii, Azerbejdżanu czy Gruzji.

A jednak z ligową piłką w Polsce jest jak z własną, starą i brzydką żoną. Wzdychamy za innymi, ale summa summarum to kochamy i tęsknimy do swojej raszpli, mimo iż ta roztyła się, narzeka i czasem wstyd się z nią gdzieś pokazać.

Polonia na otwarcie grać będzie z Górnikiem Zabrze. Wbrew pozorom, trudny mecz. Nasz klub wzmocniony ale z pewnością daleki od zgrania. A z beniaminkami wiadomo jak jest. Są na początku sezonu w ostrym gazie i sporo punktów faworytom mogą urwać. Chociaż Górnik to taki teoretyczny nuworysz, bo wraca do „elity” po roku banicji, a w kadrze roi się od doświadczonych zawodników. Więc stawiam, mimo wszystko, na zwycięstwo Czarnych Koszul...

Wczoraj wracam do domu, włączam telewizor i nadziwić się nie mogę. Po pierwszej połowie Wisła Kraków przegrywa z klubem z Karabachu aż 3:0. Skończyło się wszystko na 3:2 dla Azerów i Biała Gwiazda żegna się z pucharami. Trudno nawet to wszystko określić słowami. Jeszcze jakby przeciwnicy grali dobrze, to można by chociaż starać się zrozumieć. Ale to Wisła grała bardzo źle. Wolno, statycznie i przewidywalnie. Bez żadnej energii i woli walki. Na miejscu Cupiała wystawiłbym cały ten skład na listę transferową. Tylko kto takich patałachów będzie chciał kupić...

Z najlepszej strony pokazała się teoretycznie najsłabsza Jagiellonia. Niewiele brakowało, a doprowadziliby do dogrywki, a może i nawet zdobyliby decydującą bramkę w regularnym czasie gry. Ładnie się prezentowali, chociaż ambicję wykazywali i niejeden raz Grecy mieli mokro w gaciach. Sędzia ich nieco wydymał, a na miejscu Probierza to bym przypierdolił kilku osobom. Ja do piłki nożnej to się chyba bym nie nadawał, bo zbyt nerwowy jestem. Błędy sędziego potrafią tu odebrać efekt wielu miesięcy pracy, a FIFA ciągle obstawia przy swoim i udaje, że problemu nie ma. Otóż jest i myślę, że pora już kilku pajacom w żółtym spuścić na boisku manto za błędne decyzje i może wtedy, ktoś dojdzie do wniosku, że pora na zmiany. W sporcie w którym o sukcesie decydują często niuanse, trudno wygrać z przeciwnikiem i gwizdkiem sędziego.

Jak tak oglądam ten skrót, to obie bramki dla Jagi to mega farfocle, odbijane niczym we flipperze, ale uznaje to za sprawiedliwość, bo w wielu innych sytuacjach brakowało im niewiele do goli. Kibice z Białegostoku, wiadomo. Dla wielu to pewnie przygoda życia, będą co mieli opowiadać do późnej starości. Trochę bydło i wiocha jak to ze ściany wschodniej. Ale co się będę odzywał, przecież jestem kibicem najgorszego klubu w Polsce (wg oficjalnej kibicowskiej wykładni jaka obowiązuje pośród nastolatków zaczytanych w kibice.net).

Po Ruchu Chorzów to się niczego nie spodziewałem i o jego meczu z Wiedniu to nie ma nawet co pisać. Więc ostatecznie, z początkiem sierpnia nie mamy już żadnej drużyny w grze – poza Lechem Poznań, ale on ze swoją formą, to akurat odpadnie przy najbliższej możliwej okazji.

Ale co mnie to w sumie obchodzi, liczy się tylko to co nastąpi od godziny 20:00 w dalekim Zabrzu.

środa, 4 sierpnia 2010

telepatia czy co?

O rany, przecież to niesamowite! Właśnie myślałem co by czegoś nie skrobnąć o zamieszaniu z krzyżem, a tu proszę. Sadat pomyślał o tym samym. No cóż wszyscy to powtarzają razem z nami włącznie, że gdybyśmy byli różnych płci bylibyśmy idealną parą.
Ale wracajmy do głównego wątku. Sadat już bardzo lapidarnie to opisał, dlatego ja napiszę to samo, tylko, że innymi słowami. Po prostu przeczytacie ten sam tekst. Mówi się trudno. Wiecie o co chodzi w tym całym zamieszaniu? O to, że system chce odwrócić uwagę ludzi od rzeczy istotnych. Jakoś tak się składa, że cała burda pokrywa się w czasie ze zwiększeniem podatku wat. PO na rękę jest cała draka, w sumie samo ją rozkręciło. mogli po prostu być rozsądnymi ludźmi i nie zajmować się głupotami i zostawić cały ten krzyż w spokoju. Ale rozsądna polityka w Polsce się nie sprzedaje, bo wtedy trzeba na wszystko rozsądnie odpowiadać. Lepiej zacząć przepychankę niż tłumaczyć ludziom dlaczego bezczelnie się ich okrada zwiększając Wat do poziomu 25%. I tak elektorat jest wdzięczny, że PO walczy z ciemnogrodem. Sprawa bardzo ładnie rozegrana, bo to nie oni wyszli na stronę agresywną i bezmyślną.
Z drugiej strony PiS, który mógłby też odpuścić sprawę i powiedzieć, dobra musimy zająć się tym Wat-em, nie możemy na to pozwolić. Ale to byłoby zbyt racjonalne, przyziemne i proste. Bo Polacy lubią symbole, lubią mieć swojego przeciwnika. Lubią walczyć za lub przeciw. Podatki to nie jest sprawa, za którą warto walczyć. Polaków nie obchodzi, że rząd niezależnie jaki rucha ich w dupę bez wazeliny. Bo Polak będzie walczył przeciw krzyżowi albo za krzyż, a od tyłu podejdzie Tusk ze spółką i po cichu opuści spodnie i zrobi swoje. A Polak tego w swoim zacietrzewieniu tego nie zauważy.

Bitwa o Krzyż, part 1

Wczoraj odbyła się pierwsza „bitwa o Krzyż”.
My Polacy lubimy się lać – szczególnie w lato, gdy robi się duszno i nerwy nam jakoś szybciej puszczają. Rok temu mniej więcej miała miejsce inna słynna potyczka polsko-polska, czyli „Bitwa o Handel” pod KDT. Stare dobre dzieje, chciałoby się westchnąć, gdyby nie to, że ani stare ani dobre to one akurat nie były.

Chciałem nawet coś napisać o tym co myślę, ale potem pomyślałem jeszcze raz. I doszedłem do wniosku, że jak ktoś mnie zna to może się domyśleć moich przemyśleń. Więc po co się powtarzać?

A jak ktoś mnie nie zna, a koniecznie chce wiedzieć to powiem jedynie tyle, że jestem gdzieś daleko poza sporem, którego stronami są:
- Postępowi Europejczycy, których największym zmartwieniem jest „co na to powie nowoczesny świat” i nie mają odwagi mieć własnego zdania. TVN źródłem wszelkiej wiedzy i doświadczenia!
- Starzy bigoci, bo jak śpiewał Kazik:

„Czy siwym włosom należy się szacunek
Tylko z powodu wieku
Czy warunek inny być powinien?
Jaki w życiu byli?
Sami pięknie żyli, innym pozwolili?
Jak pan sądzisz?”

Sami sobie odpowiedźcie i przy okazji zastanówcie się gdzie to podział się najważniejszy temat tygodnia, czyli podwyżka VATu...

piątek, 30 lipca 2010

Statystyczny klin w pucharowe dywagacje

Nie lubię się znęcać nad leżącymi, ale wczorajszy piłkarski wieczór zmusza mnie do tego niehonorowego zachowania. Spędziłem uroczy wieczór obserwując poczynania naszych klubów w pucharach i co tu pisać, muszę się odegrać im za ten czas, z którego mnie obrabowano.

Pacholęciem będąc pamiętam pucharowe potyczki naszych reprezentantów w piłce klubowej. Najczęściej było źle i rozczarowanie towarzyszyło goryczy, ale patrząc z perspektywu czasu, lata 90-te jawią się iście idyllicznie. Nie będę wspominał o tym, że mogliśmy oglądać mistrza Polski w Lidze Mistrzów, bo to sformułowanie wyświechtane niczym anus podstarzałego geja. Ale był przecież nawet półfinał PZP osiągnięty przez pewien niezbyt znany klub, było kilka rund w wykonaniu GKS Katowice. I kilka innych wygranych meczów też było. Już nie wspomnę o tym, że dekadę temu nasza Polonia Warszawa wygrała z Dinamem Bukareszt – dzisiaj byłoby to nie do pomyślenia, bo Rumunia odskoczyła nam na milę morską. Jak się okazuje – podobnie zrobił nawet Azerbejdżan.

I tak żyłbym sobie w tym przekonaniu, że „kiedyś było lepiej”, gdyby nie to, że zajrzałem do statystyk pucharowych. Statystyka jest od zawsze wrogiem dobrych wspomnień!

Co tam ujrzałem? Ujrzałem dno na którym polska liga spoczywa. I to od dosyć dawna. Zmieniają się co prawda nasi pogromcy, ale tendencja szorowania dupą po wodorostach jest jak najbardziej constans. Raz na pięć lat to i kura puści bąka, jak mawiają starożytni rosjanie.
Żeby nie być gołosłownym:

Sezon 1989/90, Ruch Chorzów jako mistrz Polski przegrywa z CSKA Sofia 1:5. Odpada.
Sezon 1989/90, GKS Katowice przegrywa z zespołem z Rovaniemi i odpada w 1 rundzie pucharu UEFA.
Sezon 1990/91, Lech Poznań jako mistrz Polski przegrywa z Marsylią 1:6. Odpada, ale trzeba wspomnieć o tym, że wcześniej gładko przechodzi Panathinaikos Ateny!
Sezon 1990/91, GKS Katowice przegrywa z Bayerem Leverkusen 0:4. Odpada w 2 rundzie pucharu UEFA, ale żeby tam dotrzeć trzeba było wygrać tylko jeden dwumecz.
Sezon 1991/92, Zagłębie Lubin jako mistrz Polski odpada po walce z Broendy. Duńska liga należała wtedy do półamatorskich.
Sezon 1992/93, Lech Poznań jako mistrz Polski odpada po walce z IFK Goeteborg.
Sezon 1992/93, Widzew Łódź przegrywa z Eintrachtem Frankfurt 0:9, to mój ulubiony wynik polskiego zespołu.
Sezon 1992/93, GKS Katowice odpada po meczach z Galatasaray. Wtedy liga turecka = liga azerska dzisiaj (prawie).
Sezon 1993/94, Lech Poznań jako wiadomo kto przegrywa ze Spartakiem 1:5. Odpada!
Sezon 1994/95, Legia przegrywa w dwumeczu z Hajdukiem Split w typowym dla siebie, słabym stylu.
Sezon 1994/95, Górnik Zabrze zmiażdżony przez silną Admirę Wacker. Odpada.
Sezon 1994/95, GKS Katowice po przejściu trzech rund, dostaje łącznie osiem bramek od Bayeru Leverkusen, żeby nie było wątpliwości, że to przypadek był.

Dalej mi się nie chce – nie ma po co. Jeżeli jakiś zespół pominąłem to najpewniej dlatego, bo odpadł z zespołem wyraźnie mocniejszym, albo odpadł w przyzwoitym stylu z zespołem sobie równym.

Wszelkie Borki, Kołtonie i inne dziennikarzyny nie mają racji narzekając, że poziom polskiej ligi opada. On zawsze jest taki sam. Różnica polega na tym, że obecnie mamy okazję grać z zespołami egzotycznymi. A w krwi mamy przegrywanie z każdym. Kiedyś mieliśmy szczęście trafiać na bardziej wymagających rywali, a obecnie cóż. Przegrywamy z tym kogo rzuci nam los. Ja tu nie widzę żadnej degradacji. Zawsze było podobnie i rzut oka na dane historyczne jedynie w tym utwierdza.