wtorek, 24 stycznia 2012

Tylko cioty nie kochają PNA

Właśnie siedzę na ulubionym fotelu i oglądam jednym okiem mecz Mali – Gwinea. To niechybny znak, że trwa właśnie prawdziwe święto futbolu, czyli Puchar Narodów Afryki!

Co się będę silił na udawanie podniecenia. To przecież mój umiłowany piłkarski turniej na świecie. Mistrzostwa Europy? Mistrzostwa Świata? Nuda, nawet w wykonaniu reprezentantów Ameryki Południowej. Taktyka, dyscyplina, radość poświęcona na ołtarzu efektywności. Nudni Niemcy, użelowani Hiszpanie, rozpłakani Polacy. Ile można. Już nie wspominając o takiej Lidze Mistrzów, gdzie dyscyplina społecznych nizin została wtłoczona w ramy show-biznesu serwowanego elitom na platynowej tacy. Nie rozumiem ludzi, którzy emocjonują się potyczkami Barcelony, Realu Madryt czy innego kurwa Arsenalu. Co to może obchodzić zdrowego chłopa. To przecież nie jest piłka! To plastikowy marketingowy produkt, opakowany w kolorowe pudełeczko, przeznaczony dla umysłowych kocmołuchów. Ktoś kto lubi oglądać ten cyrk, w młodości nigdy nie grał w piłkę na podwórku, a w dorosłym życiu jest po prostu pedałem.


Można do Afryki mieć wiele pretensji i żywić do niej niechęć (w końcu na jakim innym kontynencie tyle razy brat przelewał krew innego brata, że tak zapytam po rastafariańsku?), ale ich kontynentalne mistrzostwa to nadal apoteoza tego co w futbolu najpiękniejsze. Dzikie trybuny, pełne kolorowych tłumów, reagujących żywiołowo, choć nieco otępiale. Wybaczam in nawet wuwuzele i bębny. A na boisku czasem nie lepiej. Zdarzają się, owszem niestety, zespoły, które na siłę próbuje się zorganizować na wzór europejski. Na szczęście, praktycznie nigdy się to nikomu nie udało. Nieco inna jest piłka krajów Maghrebu, bardziej dojrzała i dorosła. Ale to Jądro Ciemności dostarcza od zawsze najwięcej magii i emocji. Dominuje więc lekkomyślność, ofensywność i szalona radość z faktu kopania piłki. Czasem przypominają się szkolne czasy, gdy każdy chciał być napastnikiem, wracanie do obrony było oznaką frajerstwa i beztalencia, a na bramce stali sami mamisynkowie (dla jasności, ja stałem właśnie na bramce, tudzież siedziałem na ławce rezerwowych, co zrównywało mnie z dziewczętami i to tymi paskudnymi). No i ta dziecięca wręcz samolubność. Dobry napastnik musi być samolubny, a w Afryce grają sami dobrzy! Przebiec pół boiska, okiwać pół drużyny przeciwnika, a na końcu, zamiast podać do lepiej ustawionego kolegi (tylko frajer się dobrze ustawia, wiadomo!), rzucić się na ostatnie zasieki defensywne, stracić piłkę, strzelić Bogu w okno, albo się poddać ze zmęczenia. Oto Puchar Narodów Afryki!

Pamiętam taki mecz, z turnieju z 1998 roku, pomiędzy Demokratyczną Republiką Konga, a Burkina Faso. To była kwintesencja piłkarskiej Afryki. Kto wie, czy nie jeden z ostatnich pomruków prawdziwego ducha tej dyscypliny. W 86 minucie padł gol na 1:4 i było po zabawie. A jednak, nastąpił cud. W Europie takie cuda załatwiał Fryzjer. W Afryce raczej szaman i wrodzone lenistwo, wymieszane z adrenaliną i strachem. Co akcja, to piłka lądowała w bramce i w 90 minucie całe Wagadugu obgryzało paznokcie z nerwów. 4:4 i dogrywka! Kinszasa szaleje. A w rzutach karnych deklasacja i DR Konga wygrało mecz, którego wygrać nie miała prawa. Niesamowite? Owszem. Prawdziwe? Jak najbardziej. A co najlepsze, to nie był mecz o pietruszkę, tylko batalia o brązowy medal i trzecie miejsce... I za to kocham Puchar Narodów Afryki i całą piłkę z Czarnego Lądu, która jako ostatnia wymyka się pazernym łapom zamieniającym naszą pasję w słupki, bilanse płatnicze i dywidendy. Kocham i trzymam w kciuki, by mimo prób, nigdy się nie zmieniła.

wtorek, 17 stycznia 2012

Człowiek w dresie, stojący przy linii, czyli rzecz o ewolucji




W tym człowieku jest coś tak polskiego, że gdyby tylko doklejono mu wąsy (aż dziw, że takowych nie posiada!), mógłby spokojnie stanąć w szranki w konkursie na najbardziej polskiego Polaka Polski i Wszechświata. Nawet to, że ledwo, ledwo mówi po naszemu, jedynie podkreśla jego czysty, piastowski niemal rodowód, z którego wywodzi się jego wiedza, pojmowanie rzeczywistości i ogłada. No i te zamiłowanie do porządnych, germańskich dresów!



Franek Smuda moim prywatnym ulubieńcem jest od lat. Na co dzień każdy z niego się śmieje i ja nie jestem inny. Ale z drugiej strony, podziwiam tego człowieka, który swoim istnieniem podważa co najmniej kilka naukowych dogmatów. Mamy XXI wiek, a tymczasem w mediach co chwila czytamy i słyszymy wypowiedzi człowieka, który nie potrafi mówić w żadnym języku. Po polsku chłopina się męczy, chociaż mijają dwie dekady odkąd mieszka w ojczyźnie nieprzerwanie, a i przecież nauki tu pobierał za dziecka. Można by mieć nadzieję, że przynajmniej po niemiecku wychodzi mu lepiej, ale w tym języku z kolei Smuda szprecha jak „robotnik na arbajcie”. Ponoć mieszkał także w USA, ale wolałbym nie sprawdzać jak tam z jego angielskim. Ten człowiek to półanalfabeta, a mimo to, na przekór logice, wszędzie go pełno. Wykształceni ludzie, a za takich niestety trzeba uważać dziennikarzy, słuchają jego słów, a potem spędzają długie godziny próbując zrozumieć o co mu chodziło. Ewolucja wtedy śmieje im się prosto w twarz.

Nigdy nie byłem piłkarzem (poza epizodem bramkarskim w Polkolorze Piaseczno, ale nie ma do czego wracać w sumie), więc nie wiem jak tam z myślą taktyczną u Smudy. Intuicja podpowiada, że skoro z wysławianiem się bywa ciężko, tym bardziej trudno może być z zaawansowaną strategią. Na odprawach pokazuje więc pewnie Smuda piłkę i tłumaczy po „smudańsku” co trzeba z nią zrobić na boisku. Do bramki kopnąć, kurwa! Trudno zrozumieć więc jak ten człowiek mógł odnieść tyle sukcesów. Co prawda, część z trofeów to zamierzchła przeszłość, ale fakt jest taki, że Pan Franciszek to najbardziej utyłuwowany trener piłkarski w Polsce na ten dzień. Pewnie sekretem jest to, że skoro piłkarze to lud prosty i niepiśmienny, nikt nie dotrze do nich lepiej niż inny reprezentant tej samej nacji.

Myślę więc, a chociaż piszę to w styczniu, na pół roku przed Euro 2012, to ideę tę ukułem już dawno (nie ja jeden zresztą), że reprezentacja Polski pod jego wodzą, wyjdzie z grupy, rozegra jeden dobry mecz, dołoży do tego nieco smudowskiego szczęścia i pechowo odpadnie już w ćwiercfinale. A na trenera spadną zewsząd poklask, uznanie i nieliczne słowa przeprosin. Jedzie się po nim jak po łysej kobyle, ale jak wiadomo, głupi ma zawsze szczęście. A Smuda raz, że do mądrych nie należy (bo przecież mądrość to ukończone szkoły, a jakie szkoły poza podstawówkami ukończył?), dwa, że ma szczęście. Zresztą, jaka to by była piękna historia. Zewsząd wyszydzany i obrażany, odradza się niczym feniks z popiołów, nawet nie wiedząc co owe „feniks z popiołów” oznacza. Ja oczywiście tego cyrku oglądać nie będę, bo mam na kadrę mocno wyjebane od bardzo dawna i fakt, że mecze będą rozgrywane kilka kilometrów od mojego domu wiele w tej kwestii nie zmienia. Ale popamiętacie moje słowa, Polska w ćwiercfinale Mistrzostw Europy, tytuł Człowieka Roku dla Smudy i honorowy tytuł magistra AWF będzie jak w banku!

A na koniec coś z zupełnie innej beczki, czyli jakby wyglądał futbol, gdyby wzięli się za jego uprawianie filozofowie...


Zdjęcia pochodzą z weszlo.pl oraz sportfan.pl. Dziękujemy.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Polityka Miłości A.D 2012

Ile to razy zabierałem się już do napisania czegoś na blogu, ale weny starczało mi jedynie na pierwsze zdanie (tak jak teraz w sumie). A tyle się dzieje i to na każdym froncie walki o postęp oraz dobrobyt. Unia Europejska się sypie, lekarze i aptekarze strajkują, a Pan Premier Donald Tusk wystawił na ciosy biednego Arłukowicza samemu zaszywając się w swej samotni. Do tego dzisiaj specjaliści od czytania z czarnych skrzynek pochwalili się, że rozpracowali kilka nowych słów wypowiedzianych owego pamiętnego kwietniowego dnia roku 2010 (jak ten czas leci!). No i okazało się, że gen. Błasika jednak chyba nie było w kabinie, a jeszcze niedawno przecież jego obecność i to pod wpływem alkoholu, była niekwestionowanym faktem. No nieważne, co mnie to w sumie obchodzi. Dużo zabawniejsze jest obserwowanie jak masowe, reżimowe media robią wszystko, by przysypać tę wiadomość stekiem nieistotnych bzdur.


Niby czytelnika Wyborczej nie trzeba już edukować co jest dobre, a co złe, ale widać – nie zaszkodzi utrwalać w nim nienawiść. Czyta więc owa sól narodu te wszystkie cytaty i aż im piana na pysk wyskakuje z podniecenia. Jak z Volkoffa! Prawda momentalnie straciła na znaczeniu, zniknęła z pola widzenia, bo teraz najważniejsze jest to co powiedział Kaczyński oraz Macierewicz. A Ci jak wiemy, mówią dużo i rzadko z sensem. Swoją drogą, naszemu rządowi i koalicji takiej sytuacji mogą pozazdrościć chyba nawet w Birmie czy Wenezueli. Premier nawet nie musi się odzywać, bo całą robotę wykonają za niego media, które już naplują na kogo trzeba będzie. Na całym demokratycznym świecie prasa i telewizja okładają większościowe rządy ile wlezie, a u nas panuje polityka miłości. Taka jak z zapomnianej piosenki napisanej ponoć własnoręcznie przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. W oryginale – „Niegłosóje na Jarka”.

piątek, 16 grudnia 2011

Gaslight Anthem




Słucham sobie tych płyt już od pewnego czasu, ale dopiero teraz naszło mnie żeby podzielić się ze światem tym wiekopomnym faktem. Z Gaslight Anthem jest jak z denerwującym nas znajomym. Najpierw nas wkurwia i nie rozumiemy zachwytów nad jego osobą. Jednak po dokładniejszym poznaniu ukazuje swoje prawdziwe wnętrze, skryte za niepasująca nam zrazu fasadą i zmieniamy zdanie zupełnie jakby poprzednia opinia wcale nie należała do nas. Na każdym nagraniu tego zespołu powinno nalepiać się informację, że zanim coś się o nich powie, powinno się je przesłuchać co najmniej trzy razy pod rząd. Gwarantuję, że już za drugim razem ich rzępolenie wpadnie w ucho, a za trzecim pójdzie czwarty i piąty i szósty odsłuch... I w sumie nadal nie wiadomo, dlaczego?



Wystarczy zerknąć na zdjęcia, by od razu się do nich zrazić. Czy tymi pedałkami zachwyca się pół punkowego świata od Sumatry po Bielany? Spójrzcie tylko na ich wystylizowane ubranka, nakrycia głów prosto z salonu mody, czy chociażby na tatuaże, które są odsłaniane w wystudiowanych pozach. Ich twarze mówią do nas wprost – pochodzimy z dobrych rodzin, wychowaliśmy się w wielkich domach na przedmieściach, nie wiemy co to kredyty, nigdy nie jechaliśmy publiczną komunikacją, a od buntowniczej młodości woleliśmy dobre studia oraz pierwsze inwestycje na giełdzie. Ci ludzie z pewnością znają robotniczy trud jedynie z opowieści, którym nie do końca dowierzają. Jak to, pytają wtedy, są na tym świecie ludzie, którzy nie mają własnego samochodu, mieszkają na 25 metrach kwadratowych i pracują ponad 40 godzin tygodniowo?

Pierwszy kontakt z twórczością też raczej nie napawa optymizmem. Pazura tyle w niej co w piosenkach Marka Grechuty (z całym szacunkiem). Wokal z lekką chrypką trąci hipsterskim gejem na kilometr, instrumentarium aż czuć że się męczy w tej lekkiej, sennej atmosferze rodem z New Jersey. Zamykasz oczy i co widzisz? Widzisz koncert Gaslight Anthem i tłum młodzieży ubranej w wełniane czapki, flanelowe koszule i spodnie rurki. To musi być szał pośród nastoletniej klasy średniej, która jakby co, walczy o godność pracy w Indiach i wyborcze prawa kobiet w Jemenie. Jedynie noga po pewnym czasie zaczyna niepokojąco drgać w rytmie, zachęcając język do podśpiewywania. Gatunkowo, Gaslight Anthem to połączenie punka (ale tego współczesnego, amerykańskiego, który właśnie wyszedł od fryzjera na 5th Avenue), tradycji blues rockowej, folka ze wschodniego wybrzeża, podlane sosem zrobionym z heartland rocka. Dla osób z mniejszą wyobraźnią – Bruce Springsteen, tylko wiele lat temu i z nieco większą energią. To nie mogło się udać, a jednak, i ja zaliczam się do osób, które codziennie rano budzą się z jednym pytaniem kołatającym się w głowie: co zrobiłem źle, że lubię to słodkie niczym rzygowiny piosenki pseudopunków z Gaslight Anthem?


Gaslight Anthem – We Dit It When We Were Young

Gaslight Anthem - The Diamond Church Street Choir

Gaslight Anthem – Old White Lincoln

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zostawi nas czy nie, oto jest pytanie tygodnia

Ciężko jest być polonistą. Mówią o nas „konfitury” i wytykają palcami na wszystkich stadionach Polski (a nawet świata, bo w Podgoricy też się nie spodobaliśmy) ale nawet nie wiedzą jak ciężko jest codzienną pracą zdobyć oraz utrzymać renomę Czarnego Pedała. Czasami odnoszę wrażenie, że kibicowanie KSP to już ponad moje starcze siły. Ile nerwów! Ile zmian nastrojów! Jak u kobiety przed okresem, a nawet gorzej. W zeszłym sezonie, mając najlepszy skład w lidze, dzielnie walczyliśmy o utrzymanie. W tym, raz jest lepiej (zwycięstwo nad zieloną ladacznicą ma swoją wymowę), raz gorzej, a (nie)raz tragicznie. Nasi kopacze są w stanie przegrać z każdym. Polonia to idealny rywal „na przełamanie”. Tyle głupich punktów potraciliśmy, że jakby tylko część z nich dodać do sumy, wyszłoby, że powinniśmy ... przodować w lidze ogórków i ogórasow by Orange!

Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!

Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.

Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?

PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników

poniedziałek, 14 listopada 2011

Listopad - miesiąc fajnych imprez

Listopad w tym roku jest bardzo łaskawy jeżeli chodzi o pogodę. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby jedenastego miesiąca roku latały biedronki. Co prawda chińskie, super agresywne, genetycznie ulepszone bezwzględne morderczynie stonki ziemniaczanej, ale zawsze to biedronki. W tak przyjaznych, okolicznościach przyrody przypadły dwie niemałe imprezy. Jednak to mecz mecz Polonia - Lech, druga Marsz Niepodległości.

Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"



Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.

środa, 2 listopada 2011

Gazeta Wyborcza tego nie poleca - Montaż


Nie od dziś wiadomo, że piana na ustach arystokracji intelektualnej oraz mocna pozycja na liście „lektur zakazanych”, to najlepsza rekomendacja dla każdej książki, która promuje myślenie miast odtwórczego powtarzania wyświechtanych sloganów świata postępu oraz równości. Kiedy media krzyczą – „nie czytaj!”, moja ciekawość jedynie rośnie. W ten oto sposób w moje ręce dostała się owa niebanalna książka. „Montaż” pióra Vladimira Volkoffa to pozornie „tylko” powieść szpiegowska, czyli literacka pornografia niskiego, prawicowego sortu. W rzeczy samej to jednak bardziej ostrze szpady wymierzone w rozpasły brzuch francuskiej sceny politycznej, które dla niepoznaki, przybrało ową niepozorną formę. Jej publikacja wywołała w latach 80-tych sporo nerwowości w różnych gabinetach, biurach i umysłach. Radzieckie służby wystartowały ponoć z akcją „Anty-montaż”, której celem było doprowadzenie do niewydania książki oraz zdyskredytowanie jej autora. Śmietanka intelektualna Paryża i okolic zagotowała się ze złości. Volkoff z miejsca stał się wrogiem numer jeden, któremu przypinano wszelkie możliwe łatki – od dzieciobójcy, poprzez wariata, na starym i poczciwym faszyście kończąc. I nic dziwnego, bo „Montaż” odsłania zakamarki alkowy, z chirurgiczną precyzją kastrując połowę środowisk politycznych i dziennikarskich Francji.

To chyba pierwsza książka, w której bardziej interesujące od fabuły są ... detale oraz definicje pojęć. Sama opowieść skupia się na życiu niejakiego Aleksandra Psara, obywatela francuskiego pochodzenia rosyjskiego, który zwerbowany w młodości przez KGB wyświadcza im wieloletnie przysługi działając pod przykrywką agenta literackiego. Psar ów, żeby było śmieszniej, uznawany jest za reakcyjnego prawicowca, który pała szczerą nienawiścią do ZSRR i lewicy, podczas gdy w rzeczywistości, wprawnie dyrygują swoją „orkiestrą” złożoną z pożytecznych idiotów, przyczyniając się do triumfu zła. Podczas wykonywania najważniejszej operacji, tytułowego „Montażu” rzeczy zaczynają przybierać jednak inny od oczekiwanego obrót. I tyle o tej warstwie – kto chce, niech poczyta. Choć język czasami kuleje, a naiwność bije po oczach, jest to sama w sobie porządna powieść szpiegowska. O tyle dobra dodatkowo, że napisana przez byłego agenta, który pewnie wie co mówi (lepiej od krytyków na łamach gazet, to z całą pewnością).

Volkoff odsłania mechanizmy, którymi świat specsłużb posługuje się w mass-mediach. I to jest dopiero ciekawe! Szybko można zrozumieć dlaczego tak wielu osobom ta książka jest nie w smak. Przecież motłoch może to przeczytać, rozpisać sobie, zapamiętać, a co gorsze, zacząć przez pryzmat owej wiedzy analizować rzeczywistość, która go otacza. I wtedy, nie daj Perunie!, może się okazać, że i my mamy swoje „pudła rezonansowe”, wsporniki i przekaźniki. Więc przyjrzyjmy się bliżej jakiemuś wycinkowi tej warstwy „Montażu”. Ot chociażby, „Volkoffowa” dezinformacja i jej metody. Do użycia wszędzie, od przedszkola po prasę codzienną. Wytnij – przyłóż – zaznacz. Ja wiem, że to już nie nowe i każdy z nas to podświadomie lub nie, ale jednak zna. Tu jednak, mamy to na papierze, pięknie rozpisane, poparte przykładami. Aż chce się użyć! Chodzi więc o to, by zachowując pozory bezstronności i obiektywizmu, w odpowiedni sposób pokierować opinią publiczną w pożądanym kierunku. Po pierwsze, posłużyć do tego może wymieszanie prawdy oraz kłamstwa. Informacje prawdziwe służą w tym przypadku dwóm celom – podkeślają dobre intencje („chodzi nam wszystkim przecież o prawdę”) oraz przemycają uzasadnienie kłamstwa (które znajdujemy w prawdziwych przecież informacjach). To nic więcej jak fałszywe wnioski świadomie wyciągane z faktów (a raczej wcześniej przygotowane tezy do których dorabia się legendę w postaci rzeczywistych zdarzeń). Po drugie, mamy rozmycie. Jeżeli już trzeba podać jakiś niewygodny fakt, bo trudno go obejść („zadłużenie Polski urosło w ciągu ostatnich czterech lat o rekordowe wartości”), to trzeba dodatkowo podać tyle zbędnych informacji, by jego wymowa utonęła w liczbach, danych i analizach („Polska zieloną wyspą Europy, bezrobocie spadło, Unia daje pieniądze, powstają autostrady, stadiony, druga linia metra, średnia długość życia idzie do góry etc.”). W ten sposób, jednocześnie mówimy prawdę topiąc ją w zalewie innych faktów, by wytrącić jej znaczenie i wymowę. Po trzecie zaś, użyć można zasady nierównej reprezentacji. Stawiamy się pośrodku tematu, nie zajmując stanowiska. Przybliżamy oba obozy i ich tezy, ale jednocześnie, poświęcamy im nierównomiernie dużo czasu oraz miejsca. Można więc np. napisać, że polityk X to menda, szuja, karzeł moralny poświęcając na te wywody jedną stronę, na końcu której, można oddać głos owemu X, któremu pozwoli się jedynie powiedzieć, że te zarzuty są nieprawdziwe. Ot i cała sztuczka. Jest obiektywnie, każda strona się wypowiedziała, a kto ma jakieś widzimisię temu nienawiść zalewa mózg.

Warto tę książkę pochłonąć. Nie tylko przeczytać, ale i się jej nauczyć. A następnie przejrzeć gazety, popatrzeć w ekran telewizora i pobawić się w prostą grę – rozszyfrowując jaką sztuczkę użyto tu czy tam, zastanowić się kto może być mocodawcą, komu może zależeć, kto płaci, a kto jest jedynie ideologicznym romantykiem, któremu wydaje się, że walczy o inny, lepszy świat, nie wiedząc, że w rzeczywistości jest marionetką sterowaną przez wprawną rękę dyrygenta. Oj, tak, „Montaż” to bardzo niebezpieczna pozycją na półkach motłochu. Zamienia bierne jednostki w czujnych obserwatorów, wzmaga nienawiść i rozbudza podejrzliwość. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić i Wam ową odtrutkę. Czytać!