Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2011

Chaos Tage, Bromberg 2011, czyli Poland still believe in anarchy


Bydgoszcz 2011. Dokładnie 3 maja. Ta data, oprócz konstytucji, będzie się już na stałe kojarzyć w wiekopomnym wydarzeniem dla polskiego anarchizmu. W czasie finału Pucharu Polski, miało miejsce spontaniczne wystąpienie polskich anarchistów, pokazujących swój sprzeciw wobec systemowi ucisku. Kibice Legii i Lecha pokazali, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Żadna policja, rząd, państwo, żadna machina ucisku człowieka.
źródło sport.pl źródło sport.pl

Niech to będzie przestrogą dla systemu, że wciąż żyją i maja się mocno spadkobiercy ruchu anarchistycznego w Polsce. Są silni i gotowi. i nic ich nie zatrzyma w drodze do celu jakim jest kompletny, nihilistyczny chaos.



Cieszy to gdy w czasach słabości ruchu punkowego, dla kibiców legii i Lecha znaczenie słowa "anarchia" nie jest martwe. Może ich głów nie zdobią kolorowe pióropusze, a ich grzbietów naćwiekowanie skóry, to reprezentują dokładnie te same idee co na przykład waleczne punki w Hanoverze roku 1995. Totalny rozpierdol, wielka anarchistyczna rewolucja, która na doprowadzić do powstania nowego lepszego świata. Bez policji, rządu, systemu który tłamsi ludzi. Dlatego dzięki takim ludziom jak dzielni kibice Legii i Lecha, możemy stanąć wyprostowani, z głową uniesioną ku górze i powtórzyć te nieśmiertelne słowa: I STILL BELIEVE IN ANARCHY!!!!!!

poniedziałek, 7 marca 2011

Wuj z wynikami, czyli wiosenne derby już za nami

Ech, co to była za niedziela można, by napisać. Dla takich niedziel warto żyć. Dla takich chwil warto być Polonistą.



Cóż to za uczucie, gdy jest się nienawidzonym przez cały stadion. Cóż to za przyjemność stać tak wśród czarnych pedałów, tych których nie ma, konfidentów, konfitur i dziewcząt z Discopolo – sami sobie wybierzcie określenie jakie chcecie. Wielka Legia i Wielki Staruch wszystkie dopuściła oficjalnie do użytku namaszczając je stygmatem niepodważalnej prawdy. Jaka to rozkosz słuchać inwektyw i patrzeć na te zdziwione zwierzęce mordy z sektora rodzin patologicznych Największej Siły Wszechświata stąd do Moskwy. Niby nas nie ma, a jednak jesteśmy. Niby nikt się nami nie przejmuje, a jednak niejednemu żyłka pierdząca w dupie pękła od tego napinania się zza kordonu ochrony. Derby to tylko na Służewcu, ale tak na wszelki wypadek poćwiczmy sobie przez tydzień wspólne śpewanie, żeby nikt przypadkiem nie miał wątpliwości. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć wiele rzeczy. Chociażby to co czuję taki Patryś Małecki, który upodobał sobie bycie wrogiem publicznym nr 1 w naszej lidze. W sumie go rozumiem, bo ostatniej niedzieli przypomniałem sobie, że przebywanie pośród wilków i słuchanie ich bezsilnego ujadania dodaje skrzydeł bardziej od Red Bulla.

Na sektorze był nas bodaj komplet, czyli 1400 osób. Sporo. Pamiętam mecze gdy na K6 przychodziło nas znacznie mniej. Z dopingiem bywało różnie, bo trzeba to obiektywnie przyznać, że gdy całe ZOO dookoła nas zaczęło ryczeć, to kakofonia robiła się dosyć intensywna. Tylko, że z akustyką coś chyba nie tak, bo ciężko było zrozumieć co dokładnie śpiewają nasi zielonkawi przyjaciele i w jaki sposób nas obrażają tym razem. Stadion nowoczesny i w sumie ładny, ale nie sposób odpędzić się od pytania – czy to naprawdę kosztowało nas ponad 500 mln złotych?




Zabawne jest to, że Łazienkowska to pierwsza ostoja modern football w Polsce. Trochę mi nawet szkoda troglodytów. Szkoda mi także piewców nowoczesności w piłce, bo wybrali złe miejsce na swój D-Day. Polacy mają tą niesamowitą zdolność do tego, by wzorce zachodnie przerabiać na własną modłę w coś na wzór rustykalnej rozrywki o prostackim sznycie. Kręgosłup i idea jakby ta sama, ale wykonanie zawsze mamy niepowtarzalne i radosne niczym wiejskie wesele. Konkursy meczowe, loterie, udział dzieci w całym tym show, kultura wymuszana siłą – to wszystko wygląda co najmniej sztucznie. Niczym kwiatek w klapie robolskiej kufajki. Nie pasuje do rzeczywistości dookoła, nawet jeżeli ta rzeczywistość ma już karty kibica, siedzi na krzesełkach i grzecznie je zapiekankę z cateringu ITI. Udało się naszym dopingiem wielokrotnie uruchomić słynną już „szczekaczkę”, która kobiecym głosem informowała nas o konsekwencjach używania słów wulgarnych, nawiązujących do antysemityzmu, rasizmu, nacjonalizmu a nawet satanizmu (dobrze, że nie sadatyzmu magicznego!). Liczba decybeli zwiększała się z każdym kolejnym „zachęceniem do kulturalnego dopingowania własnej drużyny”. Taki prostacki przykład w jaki sposób na Łazienkowskiej starają się sterować tłumem. Idea kulturalnego stadionu jest tyleż piękna co nierealna i niepotrzebna, wykonanie chybione, a narzędzie używane jest w celu dalekim od zbożności – głównie po złośliwości włączano głośniki, by nas nieco „uspokoić”. Komuna wiecznie żywa. Nic nie może zakłócić koncertu Wielkiej L.

W tym wszystkim zupełnie nieistotne jest to, że przegraliśmy. Moralnie nie mamy się czego wstydzić – jak na osiedlowy klubik bez kibiców, pokazaliśmy się z dobrej strony i niech małe móżdżki mają zagwozdkę kto to ich odwiedził w minioną niedzielę... Ja jestem poniekąd dumny, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu z właściwej strony barykady. Będzie co opowiadać dzieciom – można je zacząć robić.



Film oraz jedno ze zdjęć pochodzą ze strony www.ksppolonia.pl.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Momenty były

Jeśli uznać, że życie składa się z momentów, to w piątek przeżyłem jeden z kategorii tych godnych zapamiętania na zawsze. Tak naprawdę dopiero po kilkudziesięciu godzinach mogę coś sensownego napisać, bo wcześniej nie do końca docierało do mnie, że nasza ukochana Polonia pokonała Legię aż 3:0.



Nie chodzi już nawet o to, że „od zawsze” to my jesteśmi Ci gorsi. Ostatnie derby też przecież wygraliśmy (ach, co to była za radość), a w dwóch poprzednich padały remisy. Tym razem jednak naszym przeciwnikiem nie była ta „stara dobra” Legia, ale wielki zielony potwór buchający marketingowym szumem dookoła siebie. Nowy piękny stadion wybudowany za podatników pieniądze, nowy trener z wizerunkiem „młodego, zdolnego, a już z sukcesami”, pęczek nowych piłkarzy, którzy kosztowali krocie i musieli zostać ściągnięci z zagranicy albowiem żaden z Polaków nie reprezentuje rzekomo godnego Wielkiej (L) poziomu. To wszystko sprawia, że piątkowy mecz nabierał dodatkowych smaczków.

Być może to i tak początek złotej ery klubu z Powiśla. Być może. Na razie jednak muszą zająć się tam analizowaniem dlaczego Polonia skopała im porządnie dupska :-)

Pierwsza połowa nie napawała do końca optymizmem. Niby na zero, ale kilka razy serce zabiło mi mocniej, gdy któraś z zielonych larw przedzierała się przez nasze czarne zasieki obronne. Może i ja dałem się ponieść magii legijnego PR-u, który wmawia nam od pewnego czasu, że piłkarze pokroju Cabrala, Manu, Kneżevica czy Vrdlojlaka to poziom niemal światowy? Mecz oglądany już z poziomu domowego fotela rzucał nieco inne światło na boiskowe harce. Pierwsza połowa była wyrównana, ale ze wskazaniem na Polonię. I nic nie zapowiadało, że druga odsłona zakończy się krwawą rzeźnią!

Festiwal zaczął Bruno strzałem z dystansu. Zareagowałem na tą bramkę jakieś pół sekundy po tym jak piłka zaprzepotała w siatce. Zupełnie jakbym nie mógł uwierzyć w to, że tego dnia Polonii będzie pisany los inny niż zazwyczaj. Potem dywagacje „czy to dowiozą” przerwał Smolarek, a wisienkę na torcie dołożył Adrian Mierzejewski. Na świetlnej tablicy ukazał się piękny widok: Polonia-Legia 3:0.

To nie tylko wynik czysto piłkarski, ale coś jeszcze. To nie nam przecież wybudowano stadion za publiczne środki i to nie nas w Warszawie głaszcze się po główkach. Hanka i jej radosna ratuszowa ekipa udaje że nas nie ma. A tymczasem, na złość wszystkim dookoła, jesteśmy i ciagle o sobie przypominamy. A to wygranymi potyczkami z pupilkiem ratusza, a to za pomocą medialnych transferów, a to faktem, że zapełniamy coraz ściślej nasz malutki stadionik z poprzedniej epoki. Na złość Bufetowej i tym wszystkim, którzy udają że nas nie widzą.

Co do fanatyków zielonej ladacznicy. Nie wpadli do nas, a szkoda, bo piłka nożna jest dla kibiców przecież. Dostali 300 biletów, a potem „zażądali” półtora tysiąca, czyli ćwierć pojemności stadionu. Nierealne żądanie nie mogło być spełnione, o czym doskonale wiedzieli.
Własnoręcznie zrywałem transparent, na którym cweluchy topredowały nasze polonijne starania o renowację stadionu na K6. Skoro tak podoba im się jego obecny rozmiar, że nie chcą dopuścić do rozbudowy, to niech teraz nie szczekają. Ale konsekwencja to jedna z tych rzeczy, których próżno szukać w małym świecie kibicowskich troglodytów.

Użyte zdjęcia pochodzą z serwisu www.ksppolonia.pl

niedziela, 9 maja 2010

Wąchanie krocza coraz popularniejsze

Polonia jednak wygrała w Krakowie i dzięki temu spadek staje się jakby mniej realny. Wszystko się jeszcze może zdarzyć, bo polska liga, co by o niej nie pisać, w tym roku jest emocjonująca do samego końca niczym filmy z Jenną Jameson. Wiadomo, że pewnie wygra Wisła, ale wytypować dwójkę do degredacji jest dosyć ciężko nawet na dwie kolejki przed finiszem.
http://ekstraklasa.tv/ekstraklasa/10,91844,7856326,28__kolejka__Cracovia___Polonia_W__1_2__Skrot_meczu.html
Jak ktoś sobie chce zobaczyć albo przypomnieć, to trzeba wkleić linka na górze, no nie.

Mecz z Cracovią mógł się podobać. Ja naiwnie wierzę, że po trudach tego sezonu, w kolejnym, na stulecie klubu, Polonia będzie grała dobrze i sprawi jeszcze niejedną niespodziankę.
Teraz jednak najważniejsze są wtorkowe derby na K6. Znowu będą emocje, nerwowe spojrzenia w autobusie, który z pracy zawiezie mnie pod stadion (nie powiem jaki ma numer, ale wyprawa dla mnie zaczyna się w okolicach, gdzie tubylcy uznają Kazimierza Deynę za świętego i rysują mu na muralach aureolę nad głową). Wejdą, nie wejdą, mają bilety czy nie mają, będą mieli ze sobą widelce czy nie, i czy to prawda, że przyjdą z koszami truskawek – do tradycyjnych derbowych wątpliwości dochodzą kolejne i kolejne nowe.

Można się śmiać, ale nadchodzi nowe i reklamówka powyżej jest pierwszą jaskółką zmian. Zmian których „zły dotyk” poczują najpierw nasi zieloni rywale z przedmieść i wiosek Mazowsza, ale potem komercjalizacja piłki nożnej rozleje się niczym zupa z cieknącego talerza i zaleje nas wszystkich potokiem gówna. Niestety, ten sport w Polsce czeka droga ku elitaryzacji. Za jakiś czas na nowoczesnych stadionach zasiąda komplety widzów – zmanierowanych, łasych na pamiątki, zjadających grzecznie kiełbaski, siedzących na swoich miejscach ale także szybko się nudzących mizerią wyciekająca z boiska.

W ten sam piątek, no muszę o tym napisać, miała miejsce kolejna gala KSW. Gwiazdą wieczoru był Marian (wiem, że Mariusz, ale Marian do niego lepiej pasuje) Pudzianowski, wschodząca gwiazda MMA, celebryt, ikona, cudowne dziecko Solorza i twarz Polsatu. Trochę szkoda mi tych wszystkich fanów sztuk walki, którzy przez lata grzecznie odwiedzali gale, emocjonowali się przaśnymi pojedynkami w zapoconych salach, własnymi pieniędzmi wydawanymi na bilety pomagali tworzyć ten „sport” od podstaw. Co czują teraz, widząc ową szopkę dookoła?

To powyżej to najnowszy przebój Pudzian Band, w rytmie którego na ring wyszedł ostatnio Marian. Mocne uderzenie, to trzeba przyznać uczciwie. Zrypa czapki z głów. No i te teksty, godne Szymborskiej w kwiecie wieku:

„Słowiański wiatr budzi respekt
Roznosi wszystko co się da
Słowiański wiatr niczym szerszeń
Nie daje tobie żadnych szans”

Piastowska i Polska to jest pszczoła tudzież osa, ale rozumiem, że trudno znaleźć do nich rym, więc im wybaczam tego szerszenia.

Nie mam siły pastwić się nad tym widowiskiem. Samo MMA, szczerzy bądźmy, to sport żywcem wyniesiony z erotycznych fantasmagorii zastępów gejowych. Walkę w postawie bokserskiej to ja jeszcze rozumiem, ale kiedy chłopaki schodzą do parteru to myślę, że niejedno gołębie serduszko staje w towarzystwie innego organu naczelnego. Kiedyś trenowałem zapasy to swoje wiem. Po tym jak pierwszy raz zawalczyłem na macie i poczułem ciepły oddech kolegi na moim kroczu, zrozumiałem razem z moją mamą, że to nie jest sport dla mnie i że nigdy nie będę gejem, to znaczy się zapaśnikiem.
Druga sprawa to cała otoczka. Celebryci w postaci Waldemara Kiepskiego, jednej z sióstr Mroczek czy innych tancerzy i osób, które spały ze znanymi ludźmi, to oczywiście wspaniali ludzie, pełni ciepła i wiedzy. Każdy kraj ma takie gwiazdy na jakie zasłużył. Pod ringiem czołowe miejsca zajmują karczyści chłopcy z miasta. Nieśmało zerkają na cudnej urody blondynki z uśmiechem wskazującym na poważne ubytki kory mózgowej. Wokół gra wesoła muzyka, wchodzący na matę zawodnicy przypominają zastępy cyrkowych kuglarzy – większość z nich nawet pewnie nie wie gdzie do końca są. Wieje wiochą, ale cóż, ludzie to lubią. MMA promuje się na Pudzianowskim, Polsat wywąchał w tym wszystkim spore pieniądze i już tak łatwo sobie nie odpuści owej zdobyczy. Wiec jesteśmy skazani na Mariana jeszcze długo, zanim nie dostanie w mordę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten wiejski odpust to zapowiedź tego jak za jakiś czas będzie wyglądała nasza piłkarska liga.
A na ukojenie nerwów, pewnie już to kiedyś prezentowałem, sztandarowa pieśń Olimpiakosu Pireus. Nawet kiedyś byłem na ich meczu to wiem co mówię. A mówię, że chciałbym, żeby już we wtorek z podobnym fanatyzmem „pociągnąć” nową pieśń Polonii na meczu ze zgniło-zieloną truskawką.