Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 marca 2011

Wuj z wynikami, czyli wiosenne derby już za nami

Ech, co to była za niedziela można, by napisać. Dla takich niedziel warto żyć. Dla takich chwil warto być Polonistą.



Cóż to za uczucie, gdy jest się nienawidzonym przez cały stadion. Cóż to za przyjemność stać tak wśród czarnych pedałów, tych których nie ma, konfidentów, konfitur i dziewcząt z Discopolo – sami sobie wybierzcie określenie jakie chcecie. Wielka Legia i Wielki Staruch wszystkie dopuściła oficjalnie do użytku namaszczając je stygmatem niepodważalnej prawdy. Jaka to rozkosz słuchać inwektyw i patrzeć na te zdziwione zwierzęce mordy z sektora rodzin patologicznych Największej Siły Wszechświata stąd do Moskwy. Niby nas nie ma, a jednak jesteśmy. Niby nikt się nami nie przejmuje, a jednak niejednemu żyłka pierdząca w dupie pękła od tego napinania się zza kordonu ochrony. Derby to tylko na Służewcu, ale tak na wszelki wypadek poćwiczmy sobie przez tydzień wspólne śpewanie, żeby nikt przypadkiem nie miał wątpliwości. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć wiele rzeczy. Chociażby to co czuję taki Patryś Małecki, który upodobał sobie bycie wrogiem publicznym nr 1 w naszej lidze. W sumie go rozumiem, bo ostatniej niedzieli przypomniałem sobie, że przebywanie pośród wilków i słuchanie ich bezsilnego ujadania dodaje skrzydeł bardziej od Red Bulla.

Na sektorze był nas bodaj komplet, czyli 1400 osób. Sporo. Pamiętam mecze gdy na K6 przychodziło nas znacznie mniej. Z dopingiem bywało różnie, bo trzeba to obiektywnie przyznać, że gdy całe ZOO dookoła nas zaczęło ryczeć, to kakofonia robiła się dosyć intensywna. Tylko, że z akustyką coś chyba nie tak, bo ciężko było zrozumieć co dokładnie śpiewają nasi zielonkawi przyjaciele i w jaki sposób nas obrażają tym razem. Stadion nowoczesny i w sumie ładny, ale nie sposób odpędzić się od pytania – czy to naprawdę kosztowało nas ponad 500 mln złotych?




Zabawne jest to, że Łazienkowska to pierwsza ostoja modern football w Polsce. Trochę mi nawet szkoda troglodytów. Szkoda mi także piewców nowoczesności w piłce, bo wybrali złe miejsce na swój D-Day. Polacy mają tą niesamowitą zdolność do tego, by wzorce zachodnie przerabiać na własną modłę w coś na wzór rustykalnej rozrywki o prostackim sznycie. Kręgosłup i idea jakby ta sama, ale wykonanie zawsze mamy niepowtarzalne i radosne niczym wiejskie wesele. Konkursy meczowe, loterie, udział dzieci w całym tym show, kultura wymuszana siłą – to wszystko wygląda co najmniej sztucznie. Niczym kwiatek w klapie robolskiej kufajki. Nie pasuje do rzeczywistości dookoła, nawet jeżeli ta rzeczywistość ma już karty kibica, siedzi na krzesełkach i grzecznie je zapiekankę z cateringu ITI. Udało się naszym dopingiem wielokrotnie uruchomić słynną już „szczekaczkę”, która kobiecym głosem informowała nas o konsekwencjach używania słów wulgarnych, nawiązujących do antysemityzmu, rasizmu, nacjonalizmu a nawet satanizmu (dobrze, że nie sadatyzmu magicznego!). Liczba decybeli zwiększała się z każdym kolejnym „zachęceniem do kulturalnego dopingowania własnej drużyny”. Taki prostacki przykład w jaki sposób na Łazienkowskiej starają się sterować tłumem. Idea kulturalnego stadionu jest tyleż piękna co nierealna i niepotrzebna, wykonanie chybione, a narzędzie używane jest w celu dalekim od zbożności – głównie po złośliwości włączano głośniki, by nas nieco „uspokoić”. Komuna wiecznie żywa. Nic nie może zakłócić koncertu Wielkiej L.

W tym wszystkim zupełnie nieistotne jest to, że przegraliśmy. Moralnie nie mamy się czego wstydzić – jak na osiedlowy klubik bez kibiców, pokazaliśmy się z dobrej strony i niech małe móżdżki mają zagwozdkę kto to ich odwiedził w minioną niedzielę... Ja jestem poniekąd dumny, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu z właściwej strony barykady. Będzie co opowiadać dzieciom – można je zacząć robić.



Film oraz jedno ze zdjęć pochodzą ze strony www.ksppolonia.pl.

niedziela, 18 października 2009

Odwracanie fatum ogonem

Piłkarska Polonia pokonała swoje fatum i w sobotę odniosła od dawna oczekiwane zwycięstwo. Wynik i rywal nie rzucają na kolana, ale zaprawdę, powiadam Wam – radość była wielka, a droga do niej dramatyczna. Ten mecz to była istna alegoria życia szarego człowieka. Mieliśmy wszystko. Szczęście, zwątpienie, widmo porażki i końcowy triumf nad złem.
Przez ponad 600 minut boiskowych harców na trawie, nasi kopacze nie byli w stanie zdobyć bramki. Ostatnie mecze były jednym wielkim wstydem. Dzisiaj strzelili „aż” dwie. Walczyli, przechwytywali, naciskali na rywala, atakowali. Jak zawsze, razili nieskutecznością, indolencją i dziecinną czasami niemocą. Pod koniec meczu, drużyna gości zdobywa gola kontaktowego i zaczynają się nerwy. Bo Polonia to Polonia, my zawsze przegrywamy, nawet takie mecze, które już praktycznie mamy w garści. No i klops!
90 minuta meczu i kontrowersyjny karny dla Odry. Trzy punkty mówią nam „papa bando frajerów” i zostawiają na posterunku swojego młodszego brata, w postaci remisu. Po trybunach przechodzi jedynie śmiech. Ten szybko przeradza się w złość. Spojrzenia wszystkich mówią jedno: przez chwilę zapomnieliśmy jaka fortuna jest nam pisana. My jesteśmy Polonia, dom wiecznej klęski. Tu jest tak zawsze, od zawsze i na zawsze. Los w postaci gamonia ubranego na żółto wskazał nam jedynie nasze miejsce w szeregu, które w euforii opuściliśmy na chwilę. I wtedy staje się CUD.

Sebastian Przyrowski broni jedenastkę i cały stadion może utonąć w szale radości. O tyle pięknej, że z jej smakiem wszyscy się przecież pożegnaliśmy. Ale dostaliśmy ją z powrotem. I jak to w życiu bywa, taka radość smakuje dużo lepiej. Przez chwilę żyliśmy w innym gorszym świecie. Ale wróciliśmy do rzeczywistości, a ta okazała się piękna i szczęśliwa. Doceniamy to wyjątkowo. Jeden głupi mecz, a ile życiowych mądrości, nie mam racji?
I ja stałem jak ten głupek podnosząc ręce w geście wiktorii, a w oczach miałem łzy. I myślę, że nie tylko ja, bo końcówka zaiste piękną była.
A więc Polonia Warszawa – Odra Wodzisław 2:1 i oby to był początek złotej jesieni Czarnych Koszul.

W ramach rozprawiania się z demonami przeszłości, nabyłem taki oto szalik jak ten poniżej. Nawiązanie do wydarzeń z Podgoricy jest oczywiste. Traktuje to jako zdobycie ich barw, wet za wet, kto ma wiedzieć ten wie i pozdro dla kumatych. To krok w kierunku nowego życia, w którym nie ma miejsca na traumy z przeszłości. Nawet takie zabawne i drobne jak ta z Czarnogóry.

piątek, 24 lipca 2009

Juve na kolanach!

Juve, ale nie od słynnego Juventusu Turyn, ale od Juvenes/Dogana z San Marino.
Dzień był duszny und upalny. Pot lał się z człowieka, a chłopacy jeszcze do tego musieli biegać po boisku, by zabawiać znudzoną gawiedź żądną igrzysk. Publiką wymagającą to my nie jesteśmy. Po 4:0 z kelnerami dziękowaliśmy skórokopom jak to zawsze mamy w zwyczaju. Ciekawe co oni sobie o nas myślą? Czarni kulturalni i do tego mamy małe wymagania – zapraszamy do KSP wszystkich miernych piłkarzy, tu doceniamy nawet to, że prosto kopiecie piłkę i udajecie, że Wam się chce (od czasu do czasu, bo przecież nie zawsze).
Na uwagę zasługuje bramka Mierzejewskiego, no naprawdę - stadiony świata. Pewnie mu zeszła...

Teraz kolejny rywal – już za tydzień, to NAC Breda.
Emocje będą większe, chociaż jakoś nie wierzę w to, że możemy przejść holenderskiego średniaka. Za wysokie progi raczej. I raczej to nie oni z nami wygrają, o ile my przegramy z nimi. Wiecie o co chodzi. Są takie mecze i zespoły, które przegrywają same z siebie i są takie, które nie wygrywają, ale pozwalają innym ze sobą przegrać. Taką mam filozofię futbolu.
Liczę jednak na pełen stadion. Chociaż i wczoraj źle nie było. Ponad 3000 osób jak na porę meczu i klasę rywala, to sensowny wynik. Bywało gorzej :-)