czwartek, 5 maja 2011

The war is over

Tyle się dzieje ostatnio, że już w sumie nie wiadomo za co się zabrać. Zabili Usamę Ben Ladena i z całego świata poszły do Białego Domu gratulacje. Śmieszne to. Normalnie to mi się wydawało, że kara śmierci istnieje tylko w ciemnogrodzkich programach politycznych kanapowych ugrupowań. A tu nagle, nieoczekiwanie, się okazuje, że niekoniecznie. To się chyba powinno nazwać hipokryzją, nieprawdaż?

Bo w końcu, jak to jest? W nowoczesnym świecie wolno mordować tylko nienarodzone dzieci i poszukiwanych terrorystów? Ciekawe połączenie, czy to oznacza, że nienarodzone dzieci są z założenia terrorystami? Saddamowi Hussainowi zrobiono chociaż pokazowy proces, oskarżono o kilka rzeczy i stracono dla przykładu innych. A biednego Bena McLadena zamordowano w domu, w dalekim kraju, a jego ciało wrzucono do morza bez pochówku i duchownego. Tak swoją drogą, Islamabad, gdzie dokonano egzekucji, leży daleko od jakiejkolwiek linii brzegowej, więc dzielni marines musieli spędzić z truchłem nieco więcej czasu.

Bez sądu, bez procedur, bez problemów z jakimś tam prawem karnym czy międzynarodowym zakończono ludzkie istnienie. W sumie, rozumiem takie postępowanie, w końcu moja ukochana izraelska armia działa podobnie, tylko, że ona potem się nie chwali efektami swojej pracy. No i wtedy nie spływają z całego świata gratulacje. Kilka dni wcześniej cały katolicki świat żył beatyfikacją, potem wysyłał życzenia księciowi Williamowi, chwilę potem Barrackowi Obamie. Mam nadzieję, że żadna kancelaria się nie pomyliła, bo jakby to wyglądało – „Drogi Księciu, szczere gratulacje z okazji zamordowania Usamy Ben Ladena”. Albo – „Kochany Barracku Obama, wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia z wybranką serca, życzą parlamentarzyści Trynidadu i Tobago”.

Na ulicach wybuchł szał radości, jakby ta jedna śmierć kończyła całą epokę. Nie pamiętam kiedy ostatnio cieszono się z czyjegoś zejścia. Może gdy umarł Hitler (chociaż wiemy, że żył potem w Argentynie, są na to niezbite dowody takie jak artykuł w Fakcie), albo gdy zdechł Wujek Soso. Ciekawe czy wtedy też śpiewano o tym piosenki?

Takie to jednak mało demokratyczne i pacyfistyczne, mimo wszystko. Chociaż ja się pewnie na demokracji akurat nie znam, więc może ten dualizm moralny jest zupełnie na miejscu.

Chaos Tage, Bromberg 2011, czyli Poland still believe in anarchy


Bydgoszcz 2011. Dokładnie 3 maja. Ta data, oprócz konstytucji, będzie się już na stałe kojarzyć w wiekopomnym wydarzeniem dla polskiego anarchizmu. W czasie finału Pucharu Polski, miało miejsce spontaniczne wystąpienie polskich anarchistów, pokazujących swój sprzeciw wobec systemowi ucisku. Kibice Legii i Lecha pokazali, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Żadna policja, rząd, państwo, żadna machina ucisku człowieka.
źródło sport.pl źródło sport.pl

Niech to będzie przestrogą dla systemu, że wciąż żyją i maja się mocno spadkobiercy ruchu anarchistycznego w Polsce. Są silni i gotowi. i nic ich nie zatrzyma w drodze do celu jakim jest kompletny, nihilistyczny chaos.



Cieszy to gdy w czasach słabości ruchu punkowego, dla kibiców legii i Lecha znaczenie słowa "anarchia" nie jest martwe. Może ich głów nie zdobią kolorowe pióropusze, a ich grzbietów naćwiekowanie skóry, to reprezentują dokładnie te same idee co na przykład waleczne punki w Hanoverze roku 1995. Totalny rozpierdol, wielka anarchistyczna rewolucja, która na doprowadzić do powstania nowego lepszego świata. Bez policji, rządu, systemu który tłamsi ludzi. Dlatego dzięki takim ludziom jak dzielni kibice Legii i Lecha, możemy stanąć wyprostowani, z głową uniesioną ku górze i powtórzyć te nieśmiertelne słowa: I STILL BELIEVE IN ANARCHY!!!!!!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Punk ignorantia nocet

Jak doskonale wiedzą wierni czytelnicy tego bloga (w liczbie zero), jestem muzycznym ignorantem pierwszej wody. Zachwycam się rzeczami, które zna każdy. Odkrywam dźwiękowe lądy, po których przewędrowało milion wędrowców przede mną. Przecieram przetarte nie tyle co szlaki a raczej muzyczne autostrady. Z okrzykiem triumfu wyważam otwarte drzwi. Zadziwić mnie jest w stanie zarówno nieśmiertelna klasyka jak i wybitnie zgniły gniot.
Czasami sam siebie zawstydzam moją infantylną postawą, ale z drugiej strony, ma to swój urok. Dzięki temu jestem w stanie na stare lata odgrzebywać z szuflad klasyki rzeczy o których nie miałem pojęcia, albo miałem je nader mgliste.

Ot, chociażby taki Minutemen. Ponoć protoplasta sceny Hard Core. Ja tam się nie znam, bo ze wsi jestem, ale coś nie do końca mi ten zespół pasuje do takiej muzyki. Jedna z ich płyt „Double Nickels on the Dime” przez mądrzejszych ode mnie nazywana jest jednym z najważniejszych dokonań lat 80-tych. Z grzeczności nie zaprzeczam. Po kilkakrotnym przesłuchaniu, zgadzam się z przedmówcami, jak przystało na osobę zbyt tępą na posiadanie własnego zdania.

Czego tu nie ma. Płyta mieści ponad 40 utworów (sic!). Najdłuższy trwa niecałe trzy minuty. Wszystkie są do siebie trochę niby podobne, ale całość, zaskoczenie, sprawia wrażenie niesamowitego misz-maszu. Po pierwszym odsłuchu można zacząć się zastanawiać – gdzie ta kultowość, gdzie to dzieło. Po drugim owe wątpliwości znikają, bo całość jest naprawdę znakomita, oryginalna i na swój sposób szalona. Punku i Hard Core to ja tam jednak ciągle nie słyszę, ale w sumie nie szkodzi, bo ja takiej agresywnej muzyki nie lubię.

Sama okładka zaś śmiało może aspirować do najbrzydszej na kuli ziemskiej.

Z innej strony mamy zespół o skomplikowanej nazwie „X”. Są tacy którzy uważają ich za jedno z najlepszych wydarzeń jakie nawiedziły lata 80-te pod względem muzyki rockowej. A ja ich poznałem dopiero niedawno... Grają z fajnym pierdolnięciem, a jako ciekawostkę można powiedzieć, że w ich twórczości maczał palce sam Ray Manzarek, znany z niszowego zespołu The Doors i poręcznych organów Hammonda na których przygrywał.

Niby nie lubię damskich wokali, bo w kuchni śpiewać się nie powinno, ale tu to zawodzenie daje nawet radę. Ogólnie czekam aż pewien sklep muzyczny znajdzie tą płytę w swoim magazynie. Niby klasyka i pewnie każdy zna, ale z nabyciem tych nagrań to już jest problem spory.

Z braku znajomości Public Image Limited (PIL) trudno mi się wytłumaczyć. Kojarzyłem ich owszem, ale jedynie z logotypu, które widywałem czasem w klapach zbuntowanej młodzieży gdy sam byłem pokornym uczniem szkoły podstawowej. Nigdy mnie jakoś nie interesowało co się za nim kryło.

A tymczasem, po rozpadzie Sex Pistols Johnny Zgniłek stał się na powrót Johnem Lydonem. Jego muzyczne poszukiwania powędrowały w zupełnie szalonym kierunku, czego odzwierciedleniem jest cała dyskografia tego zespołu. Mogę sobie tylko wyobrazić jakim szokiem dla ówczesnych punków musiał być pierwszy kontakt z PIL.

Jest tu ciągle dużo drapieżności, ale brzmienie to żywe lata 80-te, tandetne, plastikowe, ohydne, sztuczne, fatalistyczne, rysowane w barwach wypłowiałego filmu Kodaka. A jednocześnie, pociągające i intrygujące. Nie mam odwagi zagłębiać się w twórczość PIL dokładnie, ale im dalej, tym ponoć dziwniej i dziwniej...No i te żółte, krzywe kły Lydona. Jak wiecie, w latach 80-tych chodzenie do dentysty nie było modne.


A na koniec ciekawostka archeologiczna. Gdy byłem dzieckiem, a było to dawno, w moim domu była mała kolekcja kaset. Same oryginały z Tompressu czy jak tam nazywało się to wydawnictwo, które łaskawie kolportowało w Polskę ochłapy Zachodu. Niestety nie pamiętam co to były za dzieła. No, nie pamiętam, poza jedną, jedyną okładką. Na niej kobieta na koniu, na tle słońca. Nie trzeba mieć matury, by domyślić się, że było to porządne wiejskie country. Albo ewentualnie country&western. Pamiętam, że ów mały zbiorek szybko zakończył swój żywot, gdy w wieku dwóch lat odkryłem jak się wyjmuję taśmy z kaset. Ta jedna okładka kołatała mi się w pamięci jak wyrzut sumienia. Kiedyś nawet pomyślałem, może jak znajdę co to był za zespół, to senne koszmary dadzą mi spokój?

Nie wierzyłem w potęge internetu, a tu niespodzianka. Wystarczyło wejść na Alledrogo, wkroczyć do świata winyli country i wspomnienie z dzieciństwa jak żywe przed oczami. Jeden klik i miły wąsaty pan z poczty przynosi mi je wprost do rąk.


Nie jest to z pewnością arcydzieło, spodziewam się raczej, że płyta nigdy nie powędruje nawet do mojego gramofonu. Ale to niesamowite, że w tak łatwy sposób można odnaleźć przedmiot mglistych wspomnień sięgających pierwszej połowy lat 80-tych. Oczywiście, wolałbym żeby te reminescencje dotyczyły innej twórczości niż rzewne country w wykonaniu piątego garnituru artystów z Ohio, ale takie były to czasy, co zrobić.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Dzień walki ze światowym żydostwem

Blog na którym nie ma żadnych nowych wpisów wygląda gorzej niż stara baba nago. Opuszczone strony, zapomniane przez autorów i czytelników straszą w internecie, a ich ciche łkanie roznosi się po światłowodach. Nikt o nich już nie pamięta. Nigdy już nie znajdzie się hasło do zalogowania i dodania nowych treści. Wielki Google coraz rzadziej wskazuje do nich drogę zagubionym wędrowcom. No, wiecie o co chodzi. Tematyka opuszczonych witryn to tak w ogóle ciekawy temat. Za kilkadziesiąt lat może nawet powstanie nowa profesja. Taka wiecie archeologia internetu. Odkopywanie śladów przeszłości, analizowanie ich, segregowanie po stworzonych kategoriach, typach i wariantach. Czy nasze „Curva Mortale” zostanie zakwalifikowane do neo-faszyzmu, post-ciemnogrodu czy kultury języka wulgarnego z wpływami nonkormistycznej negacji politycznej poprawności? Ciekawe. W sumie to nieciekawe, ale chuj. Globalna sieć przyrasta z każdą sekundą o miliardy śmieci i jestem więcej niż pewien, że za jakiś czas nauka historii obejmie swym patronatem i tą przestrzeń. Ale ja nie o tym chciałem.

Obecnie nie mam jakoś weny twórczej, bo jestem zajęty walką ze światowym żydostwem, ale nie było jeszcze miesiąca bez żadnego wpisu i teraz inaczej być nie może. Tak poza tym, to za chwilę stukną nam dwa lata istnienia, ale pewnie jak co roku o tym zapomnimy. Dwa lata to jednak już piękny wiek. To już coś więcej niż chwilowy kaprys i jest szansa, że blog będzie wiernie towarzyszył nam przez kolejne meandry życia. I kolejne etapy walki ze światowym żydostwem.

Jako że już nie mam o czym pisać, na tym poprzestanę. No może jeszcze wkleje jedną z piosenek, które ostatnio chodzą mi po głowie, gdy walczę ze światowym żydostwem.

Niedawno wyszła nowa płyta Komet. Dziennikarze muzyczni mawiają wtedy – nowa płyta ujrzała światło dzienne. Jak już kiedyś pisałem (robiąc copy & paste z tego co napisał ktoś inny), to zespół dla zblazowanych nastolatków, którzy myślą o samobójstwie i depresji tylko dlatego, że te są obecnie modne. Ich twórczość to generator smutku, ale takiego spod znaku dobrze sytuowanych dzieci bogatych rodziców. Wiecie, coś co czujecie gdy tatuś nie pozwolił wam pożyczyć swojej limuzyny na randkę i musicie dziewczynę odwozić własnym, starym bo już dwuletnim Golfem. Albo ta chwila, gdy nigdzie nie możecie kupić nowego Ipada i już nie jesteście trendy i na czasie. Depresja. Smutek. Dół. Komety to Bóg lansiarzy, strojnisiów, pedałków, żydów i wszelkich quasi-hipsterów, którzy do Warszawy dojeżdżają pekaesami (albo dwuletnimi Golfami od starych). Nie należę do żadnej z tych dewiacji, ale zespół jakoś jeszcze lubię. Może na przekór. Niemniej, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się kupić płytę jakiegokolwiek zespołu tuż po premierze. Nie żeby chcący. Ale tak właśnie wyszło z Luminalem. Na recenzję nie będę się silił, bo za głupi jestem, ale jeden kawałek mi się podoba z pewnością.

Pretensjonalne jak wypracowania licealistów, no ja wiem. Ale wpada w ucho, no i pełno tam głęboko ukrytych aluzji do walki ze światowym żydostwem. Te rozgrzane autostrady, szlaki ludzkich ciał, wzburzone fale, kaczki, mewy, łąbędzie... Albo może mi się coś zdaje...

poniedziałek, 21 marca 2011

W drodze na dno

To miał być dobry sezon w wykonaniu Polonii. Tyle było pomysłów w jaki sposób uczcić stulecie klubu. Mecz z Barceloną? Mało! Po pierwszych kolejkach, tytuł mistrzowski już mieliśmy w rękach, zastanawialiśmy się jedynie co dalej. Podwójna korona już nam tkwiła na głowie, bo Puchar Polski to w sumie formalność. Niektórzy już rysowali drabinkę Ligi Mistrzów, przekonując, że nie będzie tak trudno awansować. W końcu w kadrze aż roi się od reprezentantów i wszelakich talentów. Na Smolarka brano już chyba miarę, by mu postawić spiżowy pomnik tuż obok polonijnej fontanny. No i co?

Tradycyjne polonijne gówno z tego wyszło.

Teraz to można się wymądrzać i stroić w piórka wieszcza, ale ja nigdy nie wierzyłem w przyszłe sukcesy. Ile razy trzeba się sparzyć, by wiedzieć, że w tym klubie nigdy nie będzie dobrze? Niektórym ciągle tych rozczarowań za mało. Ciągle są tacy co chyba nie rozumieją, że kurnik na K6 to miejsce przeklęte, gdzie zasady i logika zakrzywiają się wędrując w zupełnie nieznane rejony. Można zainwestować miliony, a i tak efektów nie będzie żadnych. Można sprowadzić całą kompletną drużynę, która święciła sukcesy gdzieś indziej i patrzeć jak rozgrywa nagle najgorsze mecze w swoim życiu. Po minionym sezonie doszło do Polonii kilku zawodników solidnego GKS Bełchatów. Ich poprzedni klub jak grał przyzwoicie, tak gra nadal. Już bez nich – więc to chyba nie oni odpowiadali za waleczność i jakość gryzienia trawy... U nas zaś nie da się na nich patrzeć – Rachwał unika piłki zupełnie jak ja w czasach gdy grałem w podstawówce w defensywie. Tosik to niemal regularnie „najsłabsze ogniwo”. Pietrasiak ma minę pociesznego wioskowego głupka i szkoda go nawet dalej obrażać. Tacy Trałka czy Gancarczyk błyszczeli do momentu zanim nie założyli Czarnej Koszuli. Przykłady można mnożyć. W sumie jedynie Bruno i Smolarek nie rozczarowali. Ten pierwszy delikatną latynoską panienką był już w Białymstoku (o czym wiedzieli wszyscy poza naszymi działaczami). Ten drugi... No cóż, w kadrze narodowej zawsze jakoś grał i nazbierał w niej naprawdę imponującą liczbę goli (20 bramek w 47 meczach!). W klubie to jednak nigdy mu nie szło. W Borussi nikt za nim nie płakał, a resztę „przygód” w Hiszpanii i Anglii można przemilczeć. Rok temu w Kavali też miano go dosyć i nawet bilans meczów miał taki sam jak u nas w chwili gdy tamtejszy prezes uznał, że starczy. Jeżeli nie wyjdzie raz, może to być pech. Jeżeli nie wychodzi od pięciu sezonów to jest to sygnał, że coś naprawdę jest nie tak.

Taki ze mnie kibic, że na ostatni mecz z Widzewem nie wybrałem się wcale. Mój mały protest. Chyba dobrze zrobiłem, bo w moim wieku nie można się denerwować. A z perspektywy telewizora mecz wyglądał nawet zabawnie. Było nieco waleczności w stylu na „odwal się”, czyli chaotycznego biegania żeby nikt nie miał pretensji, że się nie starają. Było nieco ataków na bramkę, strzałów w Okno Boga. Ale dominował Pan Przypadek, nieprzemyślane zagrania i walenie na pałę jak popadnie, do przodu, byle mocno i dalej od nas. Nieważne. Na koniec i tak słyszałem oklaski i podziękowania. Tymczasem u sąsiadów: dzień później, zieloni troglodyci dali swoim skórokopom ostatnie ostrzeżenie. I to po jednym przegranym meczu. My wolimy samarytanizm. Z tego co wiem, samarytanie wymarli i nas czeka taki sam los.

Z taką grą to najpiękniejszym prezentem na stulecie będzie utrzymanie się w lidze. Może los pozwoli nam pocieszyć się Polonią jeszcze chwilę, ale i tak słychać już szum zbliżajacego się wodospadu.

Czyli, w sumie jest jak zawsze.



Nie żeby to wesołe szczebiotanie Undertones miało coś wspólnego z KSP, ale w sumie dobrze działa na nerwy. Tylko coś delikatnie chłopcy grają. Gdyby nie Sex Pistols to chyba punk rock nie wyszedłby prędko poza takie niegrzeczne fryzury i drapieżne wokale jak ten powyżej.

piątek, 11 marca 2011

Umarł król

Adam Małysz zakończył karierę. Albo zaraz to zrobi, bo ten proces nie może się odbyć bez kilku etapów, żebyśmy mieli co świętować i o czym dyskutować.

Żeby zdać sobie sprawę jakie to jednak epokowe wydarzenie, wystarczy nadmienić, że w okresie kiedy Małysz odnosił swoje największe sukcesy:
- Polacy stali się wybitnymi ekspertami w tej dziedzinie sportowej
- Z zaścianka, staliśmy się tygrysem Europy
- Przestałem być chłopcem, a stałem się mężczyzną (i nie mówię o posadzeniu drzewa)
- Przestałem robić do nocnika i nazywać siusiaka siusiakiem
- Zacząłem pracować i nawet czasem przynoszę jakieś pieniądze do domu
- etc etc etc.

Ta dekada to przecież szmat czasu. I już nigdy nie będzie tak samo. Już nie będzie tych mroźnych niedziel, kiedy na stole stoi obiad, ale oczy wpatrzone są w telewizor gdy skacze nasz orzeł z Wisły. Już nie będzie tego suspensu, gdy jego giętkie ciało wybija się z progu i startuje w nieznane. Już nigdy kotlet mielony z mizerią nie będzie smakował tak jak wtedy, gdy konsumowaliśmy go w jego towarzystwie. Już nigdy.



Szkoda nieco nawet takiemu cynikowi jak ja.

Nie żebym kreował się na wybitnego znawcę, ale karierę Małysza śledziłem jeszcze jako nastoletnie pacholęcie od połowy lat 90-tych. Wtedy to skoki narciarskie (poza Turniejem Czterech Skoczni, MŚ i Igrzyskami) były do obejrzenia co najwyżej w Eurosporcie. Z angielskim komentarzem! Kto to jeszcze pamięta?



Kiedy dominował Goldberger, Thoma czy Weissflog, Małyszowi zdarzały się konkursy, gdzie lądował w pierwszej dziesiątce i nie posiadałem się wtedy z radości. Pamiętam konkursy z Iron Mountain, jak i trzy zwycięstwa, które w tym czasie odniósł. Ale co się będę rozpisywał – hagiografów Sportowca Tysiąclecia jest u nas chyba więcej niż znawców życia oraz cudów Jana Pawła II. Kolejny i to tak mierny jak ja, już chyba potrzebny nie jest.

Ja naprawdę Małysza lubię, bo sława i popularność nigdy go nie zmieniły. Zawsze był i pozostał skromnym chłopakiem. Nigdy nie reklamował banków. Nie robił z siebie znawcy wszystkiego. W naszym sportowym światku to rzadkie. Weźmy dla przykładu tą jędze, Kowalczyk Justynę. Każdy kto mnie zna ten wie, że nieznoszę jej jak mało kogo. Jest wyszczekana, pewna siebie, odnosi może i sukcesy, ale nie ma w niej ani grama skromności czy zwykłej pokory. Mawiają – ale jest inteligentna, wykształcona, zna języki i radzi sobie na świecie. Jak na sportowca, może to i prawda, ale jej poziom inteligencji przypomina mi bardziej byle wyborcę PO. Justyna tak w ogóle, idealnie pasuje mi do tej partii, bo dla społeczeństwa może być jakimś wzorem (studia skończyła i jak godnie reprezentuje nas zagranicą), ale jak się człowiek przyjrzy jej bliżej, to widzi, że to pusta wydmuszka wykreowana za pomocą marketingowego buzzu. Studia na AWF to by skończył pewnie i Kazimierz Deyna, a Wojciech Kowalczyk mógłby się nawet doktoryzować. Mój angielski jest na poziomie jej znajomości, co dobrą rekomendacją bynajmniej nie jest. Jej reprezentatywność to głównie wyszczekana pewność siebie rodem z Kasiny Wielkiej. Panie ekspiedentki w spożywczym są u mnie podobnie elokwentne i to nie czyni ich godnymi czegokolwiek. Nieważne co w środku, ważne co wykreowano.

No ale nie miało być o niej, tylko o nim. Łza się w oku kręci, ale cóż, bohaterowie muszą umrzeć. Teraz będziemy skazani na Justynkę Polbank, która jest wybitnym znawcą astmy i resztę tych miernot, którym ktoś przypiął deski do stóp i kazał skakać co weekend chyba za karę.

poniedziałek, 7 marca 2011

Wuj z wynikami, czyli wiosenne derby już za nami

Ech, co to była za niedziela można, by napisać. Dla takich niedziel warto żyć. Dla takich chwil warto być Polonistą.



Cóż to za uczucie, gdy jest się nienawidzonym przez cały stadion. Cóż to za przyjemność stać tak wśród czarnych pedałów, tych których nie ma, konfidentów, konfitur i dziewcząt z Discopolo – sami sobie wybierzcie określenie jakie chcecie. Wielka Legia i Wielki Staruch wszystkie dopuściła oficjalnie do użytku namaszczając je stygmatem niepodważalnej prawdy. Jaka to rozkosz słuchać inwektyw i patrzeć na te zdziwione zwierzęce mordy z sektora rodzin patologicznych Największej Siły Wszechświata stąd do Moskwy. Niby nas nie ma, a jednak jesteśmy. Niby nikt się nami nie przejmuje, a jednak niejednemu żyłka pierdząca w dupie pękła od tego napinania się zza kordonu ochrony. Derby to tylko na Służewcu, ale tak na wszelki wypadek poćwiczmy sobie przez tydzień wspólne śpewanie, żeby nikt przypadkiem nie miał wątpliwości. W takich chwilach człowiek zaczyna rozumieć wiele rzeczy. Chociażby to co czuję taki Patryś Małecki, który upodobał sobie bycie wrogiem publicznym nr 1 w naszej lidze. W sumie go rozumiem, bo ostatniej niedzieli przypomniałem sobie, że przebywanie pośród wilków i słuchanie ich bezsilnego ujadania dodaje skrzydeł bardziej od Red Bulla.

Na sektorze był nas bodaj komplet, czyli 1400 osób. Sporo. Pamiętam mecze gdy na K6 przychodziło nas znacznie mniej. Z dopingiem bywało różnie, bo trzeba to obiektywnie przyznać, że gdy całe ZOO dookoła nas zaczęło ryczeć, to kakofonia robiła się dosyć intensywna. Tylko, że z akustyką coś chyba nie tak, bo ciężko było zrozumieć co dokładnie śpiewają nasi zielonkawi przyjaciele i w jaki sposób nas obrażają tym razem. Stadion nowoczesny i w sumie ładny, ale nie sposób odpędzić się od pytania – czy to naprawdę kosztowało nas ponad 500 mln złotych?




Zabawne jest to, że Łazienkowska to pierwsza ostoja modern football w Polsce. Trochę mi nawet szkoda troglodytów. Szkoda mi także piewców nowoczesności w piłce, bo wybrali złe miejsce na swój D-Day. Polacy mają tą niesamowitą zdolność do tego, by wzorce zachodnie przerabiać na własną modłę w coś na wzór rustykalnej rozrywki o prostackim sznycie. Kręgosłup i idea jakby ta sama, ale wykonanie zawsze mamy niepowtarzalne i radosne niczym wiejskie wesele. Konkursy meczowe, loterie, udział dzieci w całym tym show, kultura wymuszana siłą – to wszystko wygląda co najmniej sztucznie. Niczym kwiatek w klapie robolskiej kufajki. Nie pasuje do rzeczywistości dookoła, nawet jeżeli ta rzeczywistość ma już karty kibica, siedzi na krzesełkach i grzecznie je zapiekankę z cateringu ITI. Udało się naszym dopingiem wielokrotnie uruchomić słynną już „szczekaczkę”, która kobiecym głosem informowała nas o konsekwencjach używania słów wulgarnych, nawiązujących do antysemityzmu, rasizmu, nacjonalizmu a nawet satanizmu (dobrze, że nie sadatyzmu magicznego!). Liczba decybeli zwiększała się z każdym kolejnym „zachęceniem do kulturalnego dopingowania własnej drużyny”. Taki prostacki przykład w jaki sposób na Łazienkowskiej starają się sterować tłumem. Idea kulturalnego stadionu jest tyleż piękna co nierealna i niepotrzebna, wykonanie chybione, a narzędzie używane jest w celu dalekim od zbożności – głównie po złośliwości włączano głośniki, by nas nieco „uspokoić”. Komuna wiecznie żywa. Nic nie może zakłócić koncertu Wielkiej L.

W tym wszystkim zupełnie nieistotne jest to, że przegraliśmy. Moralnie nie mamy się czego wstydzić – jak na osiedlowy klubik bez kibiców, pokazaliśmy się z dobrej strony i niech małe móżdżki mają zagwozdkę kto to ich odwiedził w minioną niedzielę... Ja jestem poniekąd dumny, że uczestniczyłem w tym wydarzeniu z właściwej strony barykady. Będzie co opowiadać dzieciom – można je zacząć robić.



Film oraz jedno ze zdjęć pochodzą ze strony www.ksppolonia.pl.