piątek, 16 grudnia 2011

Gaslight Anthem




Słucham sobie tych płyt już od pewnego czasu, ale dopiero teraz naszło mnie żeby podzielić się ze światem tym wiekopomnym faktem. Z Gaslight Anthem jest jak z denerwującym nas znajomym. Najpierw nas wkurwia i nie rozumiemy zachwytów nad jego osobą. Jednak po dokładniejszym poznaniu ukazuje swoje prawdziwe wnętrze, skryte za niepasująca nam zrazu fasadą i zmieniamy zdanie zupełnie jakby poprzednia opinia wcale nie należała do nas. Na każdym nagraniu tego zespołu powinno nalepiać się informację, że zanim coś się o nich powie, powinno się je przesłuchać co najmniej trzy razy pod rząd. Gwarantuję, że już za drugim razem ich rzępolenie wpadnie w ucho, a za trzecim pójdzie czwarty i piąty i szósty odsłuch... I w sumie nadal nie wiadomo, dlaczego?



Wystarczy zerknąć na zdjęcia, by od razu się do nich zrazić. Czy tymi pedałkami zachwyca się pół punkowego świata od Sumatry po Bielany? Spójrzcie tylko na ich wystylizowane ubranka, nakrycia głów prosto z salonu mody, czy chociażby na tatuaże, które są odsłaniane w wystudiowanych pozach. Ich twarze mówią do nas wprost – pochodzimy z dobrych rodzin, wychowaliśmy się w wielkich domach na przedmieściach, nie wiemy co to kredyty, nigdy nie jechaliśmy publiczną komunikacją, a od buntowniczej młodości woleliśmy dobre studia oraz pierwsze inwestycje na giełdzie. Ci ludzie z pewnością znają robotniczy trud jedynie z opowieści, którym nie do końca dowierzają. Jak to, pytają wtedy, są na tym świecie ludzie, którzy nie mają własnego samochodu, mieszkają na 25 metrach kwadratowych i pracują ponad 40 godzin tygodniowo?

Pierwszy kontakt z twórczością też raczej nie napawa optymizmem. Pazura tyle w niej co w piosenkach Marka Grechuty (z całym szacunkiem). Wokal z lekką chrypką trąci hipsterskim gejem na kilometr, instrumentarium aż czuć że się męczy w tej lekkiej, sennej atmosferze rodem z New Jersey. Zamykasz oczy i co widzisz? Widzisz koncert Gaslight Anthem i tłum młodzieży ubranej w wełniane czapki, flanelowe koszule i spodnie rurki. To musi być szał pośród nastoletniej klasy średniej, która jakby co, walczy o godność pracy w Indiach i wyborcze prawa kobiet w Jemenie. Jedynie noga po pewnym czasie zaczyna niepokojąco drgać w rytmie, zachęcając język do podśpiewywania. Gatunkowo, Gaslight Anthem to połączenie punka (ale tego współczesnego, amerykańskiego, który właśnie wyszedł od fryzjera na 5th Avenue), tradycji blues rockowej, folka ze wschodniego wybrzeża, podlane sosem zrobionym z heartland rocka. Dla osób z mniejszą wyobraźnią – Bruce Springsteen, tylko wiele lat temu i z nieco większą energią. To nie mogło się udać, a jednak, i ja zaliczam się do osób, które codziennie rano budzą się z jednym pytaniem kołatającym się w głowie: co zrobiłem źle, że lubię to słodkie niczym rzygowiny piosenki pseudopunków z Gaslight Anthem?


Gaslight Anthem – We Dit It When We Were Young

Gaslight Anthem - The Diamond Church Street Choir

Gaslight Anthem – Old White Lincoln

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Zostawi nas czy nie, oto jest pytanie tygodnia

Ciężko jest być polonistą. Mówią o nas „konfitury” i wytykają palcami na wszystkich stadionach Polski (a nawet świata, bo w Podgoricy też się nie spodobaliśmy) ale nawet nie wiedzą jak ciężko jest codzienną pracą zdobyć oraz utrzymać renomę Czarnego Pedała. Czasami odnoszę wrażenie, że kibicowanie KSP to już ponad moje starcze siły. Ile nerwów! Ile zmian nastrojów! Jak u kobiety przed okresem, a nawet gorzej. W zeszłym sezonie, mając najlepszy skład w lidze, dzielnie walczyliśmy o utrzymanie. W tym, raz jest lepiej (zwycięstwo nad zieloną ladacznicą ma swoją wymowę), raz gorzej, a (nie)raz tragicznie. Nasi kopacze są w stanie przegrać z każdym. Polonia to idealny rywal „na przełamanie”. Tyle głupich punktów potraciliśmy, że jakby tylko część z nich dodać do sumy, wyszłoby, że powinniśmy ... przodować w lidze ogórków i ogórasow by Orange!

Ostatnie dni to już absolutny rollercoaster. Nie od dzisiaj wieszczę, że pewnego dnia, nasz Pan i Władca, mości Wojciechowski, spakuje zabawki i zostawi na Polonii jedynie zgliszcza oraz wspomnienia. No i ten dzień, według niektórych źródeł, właśnie nastąpił. Coraz głośniejsze są plotki mówiące, iż JWC zabierze się za pompowanie & niszczenie Lechii Gdańsk. W pewnym sensie, zabawne byłoby patrzeć z boku jak ten furiat rozwala inny klub niż nasz, chociaż jak znam polonijne szczęście... Jak je znam, to się okażę, że w Gdańsku, Płońsku albo i Sandomierzu, JW jest w stanie zbudować wspaniały, zmotywowany zespół, dla którego sięgnięcie po koronę mistrza to problem taki jak dla grubasa pierdnięcie, czyli żaden. Nad Konwiktorską numer sześć zdaje się wisieć fatum, które rechocze, śmiejąc się nam w twarz. Tu nigdy nie będzie normalnie. Tak pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Już zawsze będziemy sikać w plastikowych toi-toiach, a jesienią zimny deszcz będzie wywoływał częściowy paraliż kończyn dolnych. Ziemia przeklęta!

Niektórzy już przygotowują się na przyszły sezon i emocje związane z występami w B klasie, tymczasem nadal nic nie wiadomo. Nie wiadomo więc czy Lechię Wojciechowski kupił czy nie. Czy nas zostawi czy nie. A jak na złość, drużyna właśnie zagrała najlepszy mecz od dawna i, cóż za przypadek, rozprawiła się z zespołem z Gdańska na ich pięknej, pustej PGE Arenie. Jesteśmy na trzecim miejscu w tabeli! Po tylu chujowo przejebanych meczach, co zakrwawa na cud.

Nic nie wiadomo, ale muszę przyznać, że kilka dni temu, gdy zmierzałem jesiennym wieczorem na K6, z oddali widząc świecące się jupitery, przeszło mi przez myśl : czy to aby nie ostatnia taka chwila? Wątpliwości nie ma, że w razie upadku, kolejne mecze zagramy na bocznym boisku, o dwunastej we wtorek, zastanawiając się jedynie: przyjadą Ci kibole z rezerw Drukarza Warszawa czy nie przyjadą?

PS. Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy Cappy - to taki test, nie regulujcie odbiorników

poniedziałek, 14 listopada 2011

Listopad - miesiąc fajnych imprez

Listopad w tym roku jest bardzo łaskawy jeżeli chodzi o pogodę. Naprawdę rzadko kiedy zdarza się, żeby jedenastego miesiąca roku latały biedronki. Co prawda chińskie, super agresywne, genetycznie ulepszone bezwzględne morderczynie stonki ziemniaczanej, ale zawsze to biedronki. W tak przyjaznych, okolicznościach przyrody przypadły dwie niemałe imprezy. Jednak to mecz mecz Polonia - Lech, druga Marsz Niepodległości.

Jeżeli chodzi o mecz to wiadomo, ze sam w sobie niczym szczególnym nie był. Istotną rzeczą jest to, że właśnie na te zawody, przypadły kibicowskie obchody stulecia Dumy Stolicy. I było tak jak być powinno. I super doping, po którym moje gardło dochodziło do siebie cztery dni ( fakt że później nie zbyt je kurowałem pijąc, paląc i figlując się na wietrze) i fajerwerki, race. Podobno tort też był ale na tego się nie załapałem, ze względu na wielkie do niego kolejki. Tak samo jak na darmowe piwo i kiełbaski. Wiecie a nie lubię się przepychać w tłoku i z góry odpuściłem sobie te darmowe przysmaki.
Ogólnie rzecz ujmując było w pytę. To jest Polonia, która kocham. Bawimy się jak umiemy i jak lubimy, bez oglądania się na innych. I mamy generalnie i szczegółowo wszystkich w dupie. Niech sobie uważa o nas co chce cały ten polski światek kibicowski. I tak już nic nie wymyślą co mogłoby nas obrazić. W takich wypadkach po głowie chodzi mi jedna piosenka, która pasuje do Polonii idealnie. Parafrazując słowa poety: "Nas nie obchodzi co o nas myślicie, my się bawimy i was pierdolimy; My jesteśmy POLONIA!!!"



Tak to było 4 listopada, a już tydzień po tym dnia 11 listopada impreza, na którą czekała cała Polska. Marsz Niepodległości. Curvy mortale ( przynajmniej połowy jej) jako radykalnej prawicy oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Tak więc byłem, maszerowałem i skandowałem. Np: 2raz sierpem, raz młotem w czerwona hołotę" albo " Bóg, Honor i Ojczyzna" i tym podobne. Nie bardzo mogę już napisać coś oryginalnego na ten temat, bo chyba nie ma już w Polsce osoby, która nie napisałaby czegoś o tym wydarzeniu. Dlatego skupie się na warstwie estetycznej. Zadyma na pl. Konstytucji audio-wizualnie bardzo ciekawa. Były huki petard, latały czerwone race, policja nawoływała do rozejścia się, strumienie wody z armatek i odgłosy helikoptera. daje mocne 4+. Marsz sam w sobie dostateczny z dużym plusem. Bywało nudnawo, mało ciekawych haseł do skandowania ale ogrom marszu i liczba biało-czerwonych flag robiły wielkie wrażenie. Zadyma na Rozdrożu, dosyć mała ale wieczorna aura dodała dużej malowniczości płonącym racom i samochodom tvnu. Za tą zadymę daje solidną trójkę. Ogólnie trzeba przyznać, że to była całkiem przyzwoita impreza.
No to na tyle trzymajcie się dziewczęta i chłopcy i NaRa.

środa, 2 listopada 2011

Gazeta Wyborcza tego nie poleca - Montaż


Nie od dziś wiadomo, że piana na ustach arystokracji intelektualnej oraz mocna pozycja na liście „lektur zakazanych”, to najlepsza rekomendacja dla każdej książki, która promuje myślenie miast odtwórczego powtarzania wyświechtanych sloganów świata postępu oraz równości. Kiedy media krzyczą – „nie czytaj!”, moja ciekawość jedynie rośnie. W ten oto sposób w moje ręce dostała się owa niebanalna książka. „Montaż” pióra Vladimira Volkoffa to pozornie „tylko” powieść szpiegowska, czyli literacka pornografia niskiego, prawicowego sortu. W rzeczy samej to jednak bardziej ostrze szpady wymierzone w rozpasły brzuch francuskiej sceny politycznej, które dla niepoznaki, przybrało ową niepozorną formę. Jej publikacja wywołała w latach 80-tych sporo nerwowości w różnych gabinetach, biurach i umysłach. Radzieckie służby wystartowały ponoć z akcją „Anty-montaż”, której celem było doprowadzenie do niewydania książki oraz zdyskredytowanie jej autora. Śmietanka intelektualna Paryża i okolic zagotowała się ze złości. Volkoff z miejsca stał się wrogiem numer jeden, któremu przypinano wszelkie możliwe łatki – od dzieciobójcy, poprzez wariata, na starym i poczciwym faszyście kończąc. I nic dziwnego, bo „Montaż” odsłania zakamarki alkowy, z chirurgiczną precyzją kastrując połowę środowisk politycznych i dziennikarskich Francji.

To chyba pierwsza książka, w której bardziej interesujące od fabuły są ... detale oraz definicje pojęć. Sama opowieść skupia się na życiu niejakiego Aleksandra Psara, obywatela francuskiego pochodzenia rosyjskiego, który zwerbowany w młodości przez KGB wyświadcza im wieloletnie przysługi działając pod przykrywką agenta literackiego. Psar ów, żeby było śmieszniej, uznawany jest za reakcyjnego prawicowca, który pała szczerą nienawiścią do ZSRR i lewicy, podczas gdy w rzeczywistości, wprawnie dyrygują swoją „orkiestrą” złożoną z pożytecznych idiotów, przyczyniając się do triumfu zła. Podczas wykonywania najważniejszej operacji, tytułowego „Montażu” rzeczy zaczynają przybierać jednak inny od oczekiwanego obrót. I tyle o tej warstwie – kto chce, niech poczyta. Choć język czasami kuleje, a naiwność bije po oczach, jest to sama w sobie porządna powieść szpiegowska. O tyle dobra dodatkowo, że napisana przez byłego agenta, który pewnie wie co mówi (lepiej od krytyków na łamach gazet, to z całą pewnością).

Volkoff odsłania mechanizmy, którymi świat specsłużb posługuje się w mass-mediach. I to jest dopiero ciekawe! Szybko można zrozumieć dlaczego tak wielu osobom ta książka jest nie w smak. Przecież motłoch może to przeczytać, rozpisać sobie, zapamiętać, a co gorsze, zacząć przez pryzmat owej wiedzy analizować rzeczywistość, która go otacza. I wtedy, nie daj Perunie!, może się okazać, że i my mamy swoje „pudła rezonansowe”, wsporniki i przekaźniki. Więc przyjrzyjmy się bliżej jakiemuś wycinkowi tej warstwy „Montażu”. Ot chociażby, „Volkoffowa” dezinformacja i jej metody. Do użycia wszędzie, od przedszkola po prasę codzienną. Wytnij – przyłóż – zaznacz. Ja wiem, że to już nie nowe i każdy z nas to podświadomie lub nie, ale jednak zna. Tu jednak, mamy to na papierze, pięknie rozpisane, poparte przykładami. Aż chce się użyć! Chodzi więc o to, by zachowując pozory bezstronności i obiektywizmu, w odpowiedni sposób pokierować opinią publiczną w pożądanym kierunku. Po pierwsze, posłużyć do tego może wymieszanie prawdy oraz kłamstwa. Informacje prawdziwe służą w tym przypadku dwóm celom – podkeślają dobre intencje („chodzi nam wszystkim przecież o prawdę”) oraz przemycają uzasadnienie kłamstwa (które znajdujemy w prawdziwych przecież informacjach). To nic więcej jak fałszywe wnioski świadomie wyciągane z faktów (a raczej wcześniej przygotowane tezy do których dorabia się legendę w postaci rzeczywistych zdarzeń). Po drugie, mamy rozmycie. Jeżeli już trzeba podać jakiś niewygodny fakt, bo trudno go obejść („zadłużenie Polski urosło w ciągu ostatnich czterech lat o rekordowe wartości”), to trzeba dodatkowo podać tyle zbędnych informacji, by jego wymowa utonęła w liczbach, danych i analizach („Polska zieloną wyspą Europy, bezrobocie spadło, Unia daje pieniądze, powstają autostrady, stadiony, druga linia metra, średnia długość życia idzie do góry etc.”). W ten sposób, jednocześnie mówimy prawdę topiąc ją w zalewie innych faktów, by wytrącić jej znaczenie i wymowę. Po trzecie zaś, użyć można zasady nierównej reprezentacji. Stawiamy się pośrodku tematu, nie zajmując stanowiska. Przybliżamy oba obozy i ich tezy, ale jednocześnie, poświęcamy im nierównomiernie dużo czasu oraz miejsca. Można więc np. napisać, że polityk X to menda, szuja, karzeł moralny poświęcając na te wywody jedną stronę, na końcu której, można oddać głos owemu X, któremu pozwoli się jedynie powiedzieć, że te zarzuty są nieprawdziwe. Ot i cała sztuczka. Jest obiektywnie, każda strona się wypowiedziała, a kto ma jakieś widzimisię temu nienawiść zalewa mózg.

Warto tę książkę pochłonąć. Nie tylko przeczytać, ale i się jej nauczyć. A następnie przejrzeć gazety, popatrzeć w ekran telewizora i pobawić się w prostą grę – rozszyfrowując jaką sztuczkę użyto tu czy tam, zastanowić się kto może być mocodawcą, komu może zależeć, kto płaci, a kto jest jedynie ideologicznym romantykiem, któremu wydaje się, że walczy o inny, lepszy świat, nie wiedząc, że w rzeczywistości jest marionetką sterowaną przez wprawną rękę dyrygenta. Oj, tak, „Montaż” to bardzo niebezpieczna pozycją na półkach motłochu. Zamienia bierne jednostki w czujnych obserwatorów, wzmaga nienawiść i rozbudza podejrzliwość. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić i Wam ową odtrutkę. Czytać!

piątek, 14 października 2011

George Smiley

Wiek – ponad sześćdziesiąt lat. Blada cera, podkrążone oczy. Mina strapiona, przypominająca wzrok zmęczonego spaniela. Sylwetka wysoka, szczupła, czasami jednak przygarbiona. Charakterystyczne okulary w grubej czarnej oprawce. Garnitur na miarę, najbardziej klasyczny z klasycznych w kroju i kolorze. Płaszcz, kapelusz, laska. Zdecydowanie nie-hipster. Emeryt. Do tego najwyraźniej pogrążony w myślach i nieco melancholijny.

O kim mowa?


George Smiley, agent Jej Królewskiej Mości powstał w umyśle Johna Le Carre, ale to telewizyjna adaptacja dwóch książek dała mu rozpoznawalną twarz Aleca Guinnessa. Po sukcesie pierwszej mini-serii autor zresztą tak zachwycił się jego grą, że tworząc kolejne odsłony sagi nadał swojemu bohaterowi więcej cech aktora. Na nieszczęście, BBC ostatecznie zekranizowało tylko część pierwszą i trzecią, czyli ostatnią. Środkowa książka została pominięta z zupełnie prozaicznego powodu – jej akcja rozgrywała się po części w dalekim Hong Kongu. Brytyjski nadawca na przełomie lat 70-tych i 80-tych był zaś tak ubogi, że taki odległy plener był poza zasięgiem finansowym.


W ten sposób zarówno „Tinker, Tailor, Soldier, Spy” jak i „Smiley's People” mają swój niepowtarzalny klimat. W dużej części jest to zasługa scenariusza, reżyserii i aktorów, ale swoją cegiełkę dorzucił również ograniczony budżet. Znaczna część akcji pierwszej części (po polsku brzmi ona nieco melodramatycznie - „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) rozgrywa się w pomieszczeniach. Niemal wszystkie są duszne, archaiczne, mieszczańskie i anglosaskie w najbardziej odpychającym stylu. Ziarno filmu jest grube, oświetlenie podłe. Kolory są wyprane i szare, niczym najgorszy sen daltonisty. Na ludzkich twarzach rysuje się każda najmniejsza wada skóry, a bladość przybiera trupie rozmiary. Zauważyliście, że wszyscy aktorzy są po prostu starzy? Zaś młodzi wyglądają jakby … młodzi już dawno nie byli. Kamera jest oszczędna w ruchach. Dynamiki brakuje nie tylko ujęciom ale i samej akcji. A może raczej „akcji”. Fabuła wlecze się jak żółw. Rozmowa, strapiona twarz Sir Aleca, kolejna rozmowa, strapiona twarz, znowu rozmowa. Chłodna analiza. Sir Alec zdejmuje okulary przecierając szkła skrawkiem krawata. Z ekranu bije melancholią, refleksją, smutkiem i bezdenną rozpaczą. Zimna wojna nigdy nie była tak zimna. Zgodnie z zasadą dobrego szpiegowskiego kina, sekrety poznajemy powoli, powolutku. Misterna intryga do samego niemal końca jest dla naszego oka jedynie częściowo widoczna. Na początku, przyznam bez bicia, rozumiałem nie za wiele. Na koniec rozpływałem się w zachwytach i sam siebie pytałem – jak to możliwie, że ta opowieść z ładunkiem emocji rodem z rozgrywki szachowej, mogła mnie aż tak zainteresować?

„Smiley's People”, kto wie, czy nie jest jeszcze lepszym kawałkiem dobrej telewizyjnej dramaturgii. Tym razem, jak to na agenta przystało, wiekowy dżentelmen przemierza Europę Zachodnią próbując nacisnąć na ogon swojego sowieckiego alter ego. Po sześciu odcinkach przychodzi, niestety, nieubłagany koniec. Łza się w oku kręci.

Ponoć w kinach można obejrzeć remake z Gary Oldmanem w roli Smileya. Chyba nie będę sobie psuł dobrych wspomnień. Zamiast tego włożę do odtwarzacza jeszcze raz płyty i zanurzę się w świat szpiegowskich intryg na dobre (choć krótkie) blisko dwanaście godzin.

wtorek, 4 października 2011

Partii puszczają zwieracze


Nie śmiem polemizować z doskonałością prof. Bartoszewskiego i nie odmawiam mu żadnych zaszczytów. Jeżeli niektórzy mówią, że to najwybitniejszy żyjący Polak – niech tak będzie. Jeżeli wszyscy wykształceni ludzie z ogładą i poglądami godnymi naszej łacińskiej spuścizny mawiają o nim per „autorytet” czy „mąż stanu” – niech tak będzie. Niech ma te swoje dziewięćdziesiąt lat, niech opowiada ile przeżył i czego nie zrobił, a ja będę potakiwał głową z uznaniem. I nawet nie będę sprawdzał czy rzeczywiście jest godny tych laurek. Przymknę oko na rozliczne wypowiedzi, które, delikatnie rzecz nazywając, są kontrowersyjne i mają za zadanie jątrzyć, a nie jednoczyć (trochę to mało „profesorskie”). Ba! Kupię nawet jakąś książkę sygnowaną jego nazwiskiem. Tolerancyjny jestem – jak każdy komu inni, Ci „tolerancyjni w jedyny naprawdę tolerancyjny sposób” owej tolerancji odmawiają ... Ale za swój występ w spocie „wyborczym” Platformy Obywatelskiej moja akceptacja dla tego wesołego starca jakby się wyczerpała. Niech sobie ma poglądy jakie chce, niech sobie mówi co chce, niech sobie popiera kogo się mu tylko żywnie podoba. Ale niech nie próbuje decydować kto jest patriotą, a kto nie. Szczególnie w oparciu o krótkookresową linię demarkacyjną w postaci najbliższych wyborów. Niech mi nie odmawia prawa nazywania siebie w ten sposób, szczególnie gdy świadczenia państwowe (póki mogę) omijam szerokim łukiem, a równocześnie płacę wysokie podatki, pracuję po godzinach i dokładam w pocie czoła swoją małą cegiełkę do wzrostu gospodarczego, którym potem sobie PO albo PiS wyciera gębę chełpiąc się swoimi „sukcesami”. A co, nie należy mi się chociaż tyle? Nie wyciągam ręki po nic więcej, jedynie szacunek, albo chociaż milczenie. A otrzymuję inwektywę z ust autorytetu przerażonego wizją zmiany u władzy połączoną z nową definicją „patriotyzmu”. Ludzie mają różny termin przydatności do aktywności. Pan Bartoszewski cieszy się już i tak wyjątkowo długą linią kariery zawodowej, ale chyba pora już zamienić garnitur na szlafrok, a wywiady na czytanie bajek praprawnuczkom. Inaczej rozmieni się na zupełne drobniaki.

Swoją drogą, ja wiem, że ostatnio tylko polityka&polityka, zwieracze puszczają Platformie, że aż miło patrzeć. Spot z Bartoszewskim to zastraszanie, ale co można powiedzieć o tym poniższym?

A miało być tak merytorycznie można napisać... Miało być o gospodarce, rynku, kryzysie, autostradach, infrastrukturze, reformach. A skończyło się na terroryzowaniu widzów starszymi kobiecinami i kibolami. A do wyborów jeszcze zostało kilka dni i najlepsze chyba jeszcze przed nami...

wtorek, 27 września 2011

Tuskobus a rozprawa o perspektywie

Kampania wyborcza zatacza coraz szersze kręgi. To jest to co misie lubią najbardziej. Walka! Seks! Przemoc! Ostre słowa i świeżo wykrochmalone koszule. Kiedy człowiek jest najbliższy ideałowi? Wiadomo, wtedy gdy do wyborów pozostały niecałe dwa tygodnie. Wszyscy są dobrzy, pracowici i rzetelni. Każdy nagle już wie co trzeba zrobić by wszystkim żyło się lepiej. Eureka! Pieniądze podatników rosną przecież na drzewach, wystarczy po nie sięgnąć, a ja wiem jak! Głosujcie na mnie, ja Was nie okradnę! A właśnie, że nie, głosujcie na mnie, mnie też się przecież coś w końcu należy! Upasione świnie biegną w kierunku koryta na równi z tymi wyposzczonymi, którym marzy się splendor i życie posła, tudzież senatora. A wiadomo, że reklama dźwignią handlu, także w tak specyficznym rynku jakim jest głosowanie na wieprzowinę. Raz na jakiś czas i w tej branży znajdzie się prawdziwy rodzyn talentu, przed którym wypada przyklęknąć i podziękować, że żyło się w tej samej epoce co On.

Dzisiaj na pewnym portalu internetowym należącym do anty-polskiej koalicji mającej swoje kapitałowe źródła w Tel Aviwie, wyświetlała się oczom gawedzi taka oto reklama. Pomyślałbym, że to prowokacja. Ale nie. To Dzieło. Leonardo da Vinci mawiał ponoć po pijaku, że perspektywa to styl i źródło malarstwa. Nie wiem ręka jakiego artysty kreśliła ową wariację, ale należy jej się głęboki ukłon. Co za kompozycja, co za barwy, co za emocje, co za wykorzystanie przestrzeni i użycie rekwizytów. No i ta perspektywa. Można owe dzieło analizować warstwa po warstwie, odkrywając nowe pokłady aluzji, sekretów i nawiązań kulturowych. Gdyby ten obraz mógł tylko mówić, opowiedziałby piękną historię. O dobrym Tusku co to w Polskę się nie bał i pojechał. Po drodze, jak to po drodze, wskoczył objeść tego czy innego lokalnego działacza Platformy z zapasów robionych na zimę. Zajadając kanapkę ze smalcem posłuchał jak to ciężko się żyje ludziom na prowincji, którzy bronią ojczyzny przed naporem Ciemnogrodu. Przypadkowo tylko wszyscy ubrali się w eleganckie garnitury. Nie jest źle, mówią, ale najważniejsze, że nasza Polska jest w budowie. Byleby tylko kibole z Kaczyńskim do władzy nie doszli, bo wtedy wiadomo, czeka nas Holocaust z rąk prostactwa. Rozmówcy spuszczają wzrok przerażeni widmem utraty swych synekur w powiatach, gminach i województwach. Donald uspokaja. Nie lękajcie się, mam zbyt dobre hasło, by przegrać. „Zrobimy więcej!”! Tłum wiwatuje. Premier zjadł jeszcze jednego kiszeniaka, podziękował, pożegnał się i wsiadł do swojego autobusu. Kolejni polityczni watażkowie PO już przecież czekają. Z najwyższym trudem odlepiono od premierowskich nóg małe dziecko ubrne w strój pieska – tak bało się powrotu PiS do władzy, że chciało pojechać z wujkiem Donaldem aż do dalekiej Warszawy! Na pamiątkę znalazło się na pierwszym planie plakatu uzupełniając obraz godny Piotra Breugla młodszego. Nie wiem czy ma już tytuł. Może „bachusowska uczta premiera z dzieckiem ubranym w strój psa oraz ręką trzymającą aparat cyfrowy na pierwszym planie?”. Albo chociaż „Ostatni kiszeniak Donalda Tuska na tle domu z brązowej cegły oraz przyczepy kempingowej z anteną satelitarną w tle”? Ocieram łzę wzruszenia, takie to kurwa piękne, a ja uparłem się żeby w życiu nie zagłosować na żadną z tych politycznych mend. Może jednak?


Ostatnie zdjęcie pochodzi z serwisu www.tvp.pl – dziękuję!

czwartek, 22 września 2011

Do urn matoły!

Zbliżają się kolejne wybory i zaczyna się powoli nagonka na tych, którzy mają demokrację tam gdzie jej miejsce, czyli w dupie. Walka o frekwencję więc trwa w najlepsze, chociaż z góry wiadomo, że po wszystkim pojawią się głosy rozczarowania. Jak to, znowu tak mało obywateli miało ochotę pójść do urn i wybrać lepszą przyszłość? Władza potrzebuje silnej legitymizacji, wie o tym każdy watażka, nawet taki Nursułtan Nazarbajew z Kazachstanu, którego oczy cieszy nie tylko ponad 90% poparcia, ale i niemal 100% frekwencji. A u nas, w ciemnogrodzie to co? Samowolka, anarchia i olewactwo, nie dziwne więc, że tendencja by to zmienić, uciąć łeb antydemokratycznej hydrze jest coraz większa. Ale i tak gówno z tego wyjdzie. Do tej nierównej batalii zaprzągnięto nawet ... niepełnosprawnych, którzy w końcu mogą głosować za pomocą przedstawiciela. Piękna i szczytna idea. Rozumiem, że takiemu prostakowi jak ja miało się zrobić przykro – mogę głosować, a nie robię tego. Inni zaś nie mają jak, a tak bardzo by chcieli. Tłumy niepełnosprawnych tylko o tym marzą! Co tam praca, ulgi podatkowe, windy, ułatwienia umożliwiające przejście przez głupią ulicę. Najważniejsza nie jest przecież godność osobista czy sytuacja materialna, ale prawa wyborcze. Jak wiadomo, prawami wyborczymi można się najeść, ubrać w nie i odłożyć do skarpety. Powinien pojawić się u mnie dysonans. Coś jak refleksja u samobójcy. W końcu codziennie tyle osób walczy o kolejny dzień życia, a jakiś debil zawsze rzuci się pod tory bo zostawiła go dziewczyna. Powinien był pojawić się ten dysonans ale coś się kurwa nie pojawił, bo ze mną jak z dzieckiem. Im bardziej ktoś chce bym założył czapkę, tym lepiej mi na mrozie z gołą głową.

Otwarte pytanie brzmi – czy to moralne czy nie, tak wycierać się niepełnosprawnymi? Czy lepiej wycierać się Smoleńskiem czy może człowiekiem na wózku?

Prawdziwe oblicze władzy pokazują realne działania (i nie mniej realne zaniechania). Ot, chociażby nowela do ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tzw. „ochrona ważnego interesu gospodarczego państwa” jako jeden z czynników wydania decyzji odmownej, sprawia, że i tak niezbyt prosta ścieżka może wydłużyć się do drogi przez mękę na końcu której szarego obywatela może czekać zaciśnięta urzędnicza pięść z wyprostowanym środkowym palcem. Bo po co nam wiedza o tym co robi władza? Po poprawce, owa klauzula generalna otwiera przed urzędami nowe możliwości interpretacyjne – zasadniczo, wszystko co robi „władza” ma związek z interesem gospodarczym państwa, więc jedyne co trzeba udowodnić to skalę jego „ważności”, co jest już zadaniem prostym o tyle, że nigdzie nie istnieje dookreślenie co to dokładnie znaczy. Więc w praktyce, znaczy to dokładnie to co stwierdzi urzędnik. I gdzie to nawoływanie do demokracji i wykorzystywania swoich praw jest teraz?

Niestety (niestety dla polityków) ale najbardziej skutecznym mechanizmem dyskusji pomiędzy szarymi masami, a światem polityki jest siła i prędkość. Siła pięści wycelowanej w te zapite mordy z Wiejskiej i prędkość kuli, która opuszcza bębenek zmierzając prosto w trzymane w ryzach przez paski ich opasłe brzuszyska. A ja osobiście mam dla nich dwie piosenki z osobistą dedykacją – chociaż tyle mogę Wam dać, bo mojego głosu, jak zawsze, niestety nie dostaniecie.

piątek, 16 września 2011

Pan Sadat odkrywa Misfits o dobre dwie dekady za późno



Ta kapela czekała na mnie cierpliwie wiele lat. Znałem jej nazwę, wiedziałem o jej istnieniu i o tym, że ma status zjawiska oraz przedmiotu bezgranicznego uwielbienia. Ale jakoś nigdy nie było mi po drodze się z nią spotkać twarzą w twarz (czy raczej uchem w głośnik). Musiało wiele wody przepłynąć w moim kiblu, bym w końcu wyciągnął do niej dłoń i za garść szekli, wkroczył do świata (The) Misfits. Coś czułem, że jak raz im dam szansę, to już ulegnę fascynacji na dobre. Płytę męczę od pewnego czasu okrutnie i przymierzam się do nabycia kolejnych. Już żałuję, że niewiele tego wszystkiego wyszło, a część „współczesna” to ponoć kał nad kałami. Teraz brakuje jedynie tego żebym kupił sobie plecak-kostkę i na klapie naszył wielką płachtę z obowiązkową czaszką, która jest światowym symbolem szaleństwa wywoływanego przez tych „obłąkańców”. A powinienem to zrobić, ale dobre piętnaście lat temu, bo Misfits to rzeczywiście czad!




Sceniczny image nieco mnie zawsze od nich odrzucał, bo nigdy nie byłem i już chyba nie będę fanem facetów, którzy malują sobie twarze, chodzą w skórach, lubują się w ćwiekach i butach na metrowych koturnach. Alice Cooper, Kiss, Ziggy Stardust a nawet nasz rodzimy Szpak – to nigdy nie była moja para kaloszy. Jestem jeszcze z tego świata, gdzie zboczeńców dla ich własnego dobra wiązało się kaftanami bezpieczeństwa i serwowano im dawki prądu, dopóki im się nie poprawiło. Prawdziwi mężczyźni noszą wąsy, dżinsowe kamizelki z kieszeniami, białe skarpetki do sandałów. Cała reszta to zboczeńcy. Chociaż wiadomo, że artyści to artyści i tym wolno więcej. Misfits więc miało u mnie pod górkę, bo ja zawsze najpierw konsumuję muzykę oczami. Lubię ładne nazwy zespołów i jak płyty mają porządne okładki. Zawsze też sprawdzam jak wygląda skład i czy nie ma tam dziwnie brzmiących nazwisk sugerujących niekoszerne pochodzenie. Dopiero na samym końcu jest muzyka, na której przecież zupełnie się nie znam. Umiem jej tylko słuchać.



Jeżeli chodzi o tą ostatnią, to Misfits z płyty „Walk among us” (Allachu mój, co za badziewna okładka!) brzmi jak ogień z dupy i tyle mniej więcej trwa. Jest tego niecałe 25 minut i jak przystało na punkowców, zmieściło się wtenczas spokojnie trzynaście kawałków, przy których umysł słuchacza uprawia dzikie pogo, a noga pod biurkiem wesoło podryguje. Trudno tu o jakichś faworytów, bo od początku do końca wszystko grane jest szybko, z jajem i werwą. Dominuje ostre punkowe walenie w struny, są też obowiązkowe pijackie chórki. Ale czasem słychać też jakieś ukryte przebłyski rockabilly czy raczej psychobilly i zaczyna robić się rzewnie na sekundę albo dwie. Teksty są utrzymane w żarobliwym tonie, mimo iż traktują o kolekcjonowaniu czaszek, morderstwach, krwi i łamaniu kości. Wokal Glenna Danziga zawstydza zapewne po dziś dzień niejednego punkowego „artystę”, łącznie z tym, który obecnie udaje, że śpiewa w tym zespole. Ogólnie rzecz ujmując, płyta silnie ciąży ku doskonałości i pozostaje mi jedynie wstydzić się za ów drobny fakt, że Misfits musieli czekać na mnie aż tak długo. I need your skulls!



poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Poszukiwania weselnej kapeli uważam za rozpoczęte



W minioną sobotę wybraliśmy się na Brutal Sound Festiwal 2011 w poszukiwaniu kapel godnych rozruszania tanecznej części mojego (odległego) wesela. Jak redaktor Greg będzie miał czas i ochotę, to pewnie coś dopisze ze swojej strony. Z mojej perspektywy, było ciekawie i do dzisiaj nucę sobie niektóre przeboje pod nosem w rytm potupywania nogą, zastanawiajac się – czy ten albo tamten kawałek będzie pasował na pierwszy taniec? Nieco żałuję, że nie wziąłem ze sobą aparatu, notatnika i dyktafonu – byłaby okazja do uwiecznienia ludzkich okazów i gatunków, o których myślałem, że wyginęły razem z taśmami magnetofonowymi i Maluchami jako symbolami klasy średniej. Jabol punki przysypiały zamroczone winami, tudzież krążyły w poszukiwaniu sponsorów. Obok nich, beznamiętnie rozmawiali emerytowani skinheadzi o dłoniach spracowanych robotniczym trudem. Dodajmy do tego sędziwych panów z piwnymi brzuchami, którzy specjalnie na tę okazję, założyli glany, katany i obroże, punkowych nastolatków i kilku takich dziwaków jak my, a uzyskamy z tego ledwie namiastkę różnorodności jaka tam przez kilka godzin gościła. Można by o tym książkę napisać. W takim otoczeniu zwyczajnie wstydziłem się tego, że nie mam żadnego tatuażu, już nie wspominając o tym, że zdradziłem swoje chłopsko-robotnicze korzenie i zostałem quasi-korporacyjną mendą, która nie ma żadnego moralnego prawa śpiewać o trudzie szarego życia, kominach fabryk i rewolucyjnym buncie mas...

Odnośnie muzyki, bo o nią przecież chodziło nade wszystko, to było różnorodnie, od sasa to lasa i na odwrót. Kilka zespołów zagrało w sumie głównie po to, by pokazać, że „trzy akordy, darcie mordy” nadal obowiązuje, a talent nie jest potrzebny by punk rocka grać. Takich to ja na weselu nie chcę, sam zagram na harmonijce podobnie. Zaskakujące nieco (a może i nie), że do tej grupy zaliczała się także finałowa „gwiazda”, czyli czeski Pilsner Oiquell. Chwilę posłuchaliśmy i zgodnie doszliśmy do wniosku, że pora już iść do domu. Pepiczki publiki raczej nie rozgrzały, co dziwne, bo na płytach to je dobry tym se slusnym stavku!


Innym fenomenem z kategorii „zespołów ze średniej półki” był, skanikąd bliski naszym sercom, Skowyt z bardzo charyzmatycznym liderem, który w przerwach między kolejnymi utworami zachęcał do przyłożenia sobie po mordzie. A wiadomo, co to za wesele bez burdy. Niektóre kawałki nawet by dawały radę, gdyby tylko kończyły się po dwóch minutach, a nie były rozwleczone w punkowe suity a’la King Crimson. Utwory takie jak „Belgijski pedofil” albo „Ona jest nazi” w ramówkach Eski czy Radia Złotej Przeboje się raczej nie pojawią, ale w ucho wpadają i Skowytu nie skreślam jako potencjalnego supportu służącego do rozładowania post-ślubnego napięcia niektórych gości.


Z zespołów dobrych to napiszę tylko o Rewizji i 1125. Ci pierwsi, mają świetny kontakt z publiką, który charakteryzuje zespoły biedne i pozbawione szans na większą niż niszowa, popularność. Na weselach bycie dobrym wodzirejem to podstawa! Ci drudzy, zupełnie odwrotnie. Wyszli na scenę, zaśpiewali i zeszli nie mówiąc nawet sakramentalnego „pocałujcie nas w pompkę”. Pełen profesjonalizm, dystans do widowni cechujący takich co to nagrali coś na eksport i grają czasem dla publiki większej niż sto osób. Bardziej polubiłem tych pierwszych, tylko nie jestem pewien czy w lższejmym repertuarze też będą się czuli komfortowo...



poniedziałek, 25 lipca 2011

Sheer Terror, czyli symfonia chamskiego grania

Chamem jestem, więc jakiej innej muzyki mógłbym słuchać jeżeli nie chamskiej właśnie?


Sheer Terror to zespół, w pewnych wywrotowych kręgach, absolutnie kultowy. Są matką i ojcem nie tylko nowojorskiej sceny HC, ale stworzyli także podwaliny pod mini subgatunek, który nazywa się Hate Core i generalnie polega na wykrzykiwaniu nienawiści do całego świata dookoła, połączonego z pokazywaniem gdzie ma się społeczeństwo i jego normy. Jak to już bywa z niezależnymi artystami, którzy zanim coś stworzą nie zajrzą na łamy Wyborczej, tudzież nie skonsultują tego z TVN24, Sheer Terror często i gęsto oskarża się o nazistowskie inklinacje, ciągoty ku rasizmowi, faszystowskie poglądy i organizowanie bunga-bunga z nieletnimi. Są nawet pewne zdjęcia, które sugerują kto maczał palce w narodzinach gatunku i pomagał układać teksty...

I co z tego, że w jednym z nich śpiewali, że...

Enough of your shit, i've had it up to here.
It's about time I made my intentions clear.
I don't give a fuck about your skinhead pride.
I could care less about the lower east side.
I'm just a working class slob who's tired.
Of getting the short end of the stick.
It ain't my problem if I'm not like you and I'm not sucking Uncle Sam's dick.

Lewacy przecież wiedzą lepiej.

Nie dam sobie nic obciąć, ale to chyba również oni stworzyli dwie mody obowiązujące w tych klimatach – robienie sobie zdjęć z pitbullami i transformację w potwornych grubasów z pięcioma podbródkami. To drugie wyszło frontmanowi znakomicie. Spróbujcie mu tylko powiedzieć prosto w twarz – Paul, roztyłeś się jak ta tłusta świnia. Ale wokal ma nadal piękny! Czysty, klarowny i pozbawiony jakiekolwiek chrypki.




Jak przystało na wiernego fana (pamięciąm sięgam, że zespół kojarzyłem jeszcze z okolic połowy lat 90-tych, ale wtedy się nimi zwyczajnie brzydziłem, bo za prawdziwych twardzieli uważałem chłopaków z Pink Floyd), mam tylko jedną płytę, ale za to chyba najlepszą. „Love songs for the unloved” to szesnaście utworów idealnych na romantyczne spotkanie z ukochaną przy świecach i dobrym, drogim winie. Kojący wokal Paula Beavera wprowadza szybko w miłosny nastrój, zaś bogactwo brzmień istrumentów koi nerwy i przenosi w świat muzycznych fantazji oboje słuchaczy. Trudno się oderwać, nogi same rwą się do tańca, a refreny wbijają się w głowę niczym największe przeboje Paula Anki.

Sheer Terror – Love Songs for the unloved.

Sheer Terror – Jimmy’s High Life.

W sam raz na dzień taki jak ten – słoneczny, wakacyjny i pełen nieskrępowanego relaksu w pracy.

wtorek, 12 lipca 2011

Bat na leni, czyli Józek in action once again

„Nasz” prezes, od dawna to powtarzam, poprowadzi Polonię na dno. Po nim nie zostanie już nic – poza wspomnieniami stetryczałych pierników, które będą wygłaszane znudzonym wnuczkom za kilka dekad. Biedne dzieci. Będziemy im ciągle smędzili o tym jak chodziliśmy na Polonię, ja wyciągnę kilka zdjęć z wyjazdów, z pamięci będę recytował zabawne zdarzenia, których nazbierało się przez te kilka lat bywania na K6. A one będą stukały się w czoło, zbierając swój zielony szalik i wychodząc na Łazienkowską. Czasem budzę się w środku nocy z tego strasznego snu, tylko po to by zdać sobie sprawę, że niczym Kassandra, wieszczy on naszą przyszłość.

Ale zanim do tego dojdzie, Józek napsuje nieco krwi kilku ludziom i nie sposób czasem go za to cenić. Ostatnio w mediach przewija się nadal jeden temat, a mianowicie nowy system premiowania. Polega on w skrócie na tym, że do niedawna piłkarze Polonii zarabiali pensję (sowitą, a jakże) i nic ponadto. To raczej średnia motywacja, bo czy się stoi czy się leży, 30 tysięcy na rękę co miesiąc się należy. Więc Józek wpadł na pomysł renegocjacji umów. 20% pensji idzie do zamrażarki – na koniec sezonu uzbierana kwota ulegnie bodaj podwojeniu, czy nawet potrojeniu, jeżeli drużyna zdobędzie mistrzostwo. W przypadku drugiego miejsca – zostanie oddana bez żadnych matematycznych machinacji. W przypadku wyniku słabszego – przepada. Do tego dochodzą jeszcze bardzo zachęcające premie za wygrane mecze, czyli kolejny miły dodatek do zgarnięcia z boiska, którego nie było. W ich przypadku, nie ma mowy o żadnym „zamrażaniu”. Warto po prostu wygrywać, a pieniądze leżą na murawach. W efekcie, zarobić można znacznie więcej, trzeba jedynie chcieć. No ale komu w tym kraju się chce? Najwyraźniej nie chciało się ani Panowi Arturowi Sobiechowi, ani Panowi Euzebiuszowi Smolarkowi, bo nowych umów podpisać nie chcieli. Pół narodu i mediów stanęło za nimi murem.

Jak to w Polsce bywa, temat związany z zaglądaniem do cudzych kieszeni, wywołał ożywione dyskusje. Dziwi mnie, że ktokolwiek ma czelność podnosić larum, że zmiana umów (za zgodą stron!) jest zagraniem dalekim od uczciwości. Pacta sum servanda i owszem, nadal obowiązuje, tak samo jak prawo do renegocjacji ich warunków. Nikt nikomu nie grozi, nikt nie szantażuje. Ale to już nawet nie o legis chodzi, a o zwykłą logikę czy przyzwoitość. Polscy piłkarze to ogon Europy, pośmiewisko Azji, chłopcy do bicia dla każdego kto ma dwie nogi i kopie piłkę prosto. Stworzono im nad Wisłą cieplarniane warunki, w których grzeją się niczym salamandry na słońcu. Zarabiają w ciągu miesiąca tyle co przeciętny Polak w dwa lata. Ich praca to kilka godzin treningów i raz na tydzień góra 90 minut meczu z kolegami z pasażów galerii handlowych. Polscy piłkarze to zgraja pospolitych tępaków, którzy przez lata oszukiwali swoich kibiców, kupując i sprzedając ligowe spotkania. Polscy piłkarze to użelowane panienki, którym ciężko sklecić kilka prostych zdań. O ich wartości najlepiej świadczą przebogate kariery jakich doświadczają na Zachodzie, gdzie służą głównie do podgrzewania ławek albo krzesełek na trybunach. Stawanie po ich stronie w tym sporze to jakieś horrendalne nieporozumienie. Cała krzywda jaka im się dzieje to zmuszanie ich do jakiegokolwiek wysiłku. Tak jak przeciętny Kowalski, nagle oczekuje się od nich zaangażowania w pracy i efektów. Tylko, że w przeciwieństwie do szaraczków ich pensja to marzenie 95% rodaków. Ochronny klosz został jedynie lekko uchylony, a już połowa z nich krzywi się i panicznie trzyma się za włosy w obawie, że ich nowa fryzura ucierpi od wiatru szarej rzeczywistości. A tępa opinia publiczna jeszcze ma czelność stać za nimi murem. Za tymi glutami, które pół zeszłego sezonu przegrywali na własne życzenie. Za tymi fajfusami, którzy bardziej angażowali się w zakupy w Arkadii niż w swoją „pracą” na boisku. Jeszcze jakbyśmy mówili o Mistrzach Polski, to rozumiem, pół biedy. Ale mowa o kolesiach po zawodówkach, którzy z trudem utrzymali się w lidze, której czołowe zespoły są lane przez Kazachów, Estończyków i inne nacje o istnieniu których nie miałem pojęcia. Więc niech spierdalają.

Teraz do akcji wychowywania piłkarzy powinni przyłączyć się kibice – chociażby tak jak w tej scenie z „Domu”. Tyle że obecnie prędzej by chodziło o zakupy w butikach, bo nasi piłkarze może i nie grają zbyt wybitnie, ale ubiorami dorównują tuzom z lig angielskich i hiszpańskich.

poniedziałek, 11 lipca 2011

A co tam Panie słychac w Polonii?

Oj dużo słychać ale jak zwykle nic konkretnego. Jak zwykle Jaśnie Wielmożny Constraction buduję potęgę na Ligę Mistrzów. Nie za bardzo wiadomo co ma na myśli. Czy walkę o wyjście z eliminacji czy co najmniej ćwierćfinał. Ostatnio stwierdził, że nawet Mistrz Polski nie przyniósłby mu satysfakcji, więc można domniemywać, że aspiracje ma na podium europejskich rozgrywek. Chwali się to bo trzeba mieć duże ambicję. A przykład dobry idzie z zagranicy przecież taka Barcelona, Real, MU czy Bayern to skromne kluby z co prawda ze słabą organizacją, ale z wielkimi ambicjami. Są to kluby które tak jak Polonia nie maja struktur a jednak dają radę na europejskich salonach. i tak samo jak dla JW, dla nich nie liczą się tytuły krajowe tylko gra w lidze mistrzów. Na przykład tak Arsenal z Anglii. Dla nich nie liczy się, że od 7 lat nie mogą zdobyć tytułu mistrzowskiego. Bo ich priorytetem są właśnie rozgrywki europejskie. Tak samo jak angielskich kibiców. Przeciętny anglik nie chce mistrzostwa Anglii swojego klubu. On woli LM.
Tylko zastanawiające jest dlaczego tak trudno na wyspach kupić bilet na mecz ligowy a na rozgrywki europejskie jest znacznie łatwiej. I dziwne brzmią słowa JW bo by można odnieść wrażenie jakby zdobywał mistrzostwo co sezon, skoro deprecjonuje osiągnięcia innych w tym wypadku Wisły Kraków. Drogi Panie Józefie, gdyby "pańska" Polonia osiągnęła by chociaż połowę tego co Wisła Ciupały, to może Pana słowa byłyby zrozumiałe. Ale póki co ma Pan osiągnięcia Polonii Ranieckiego. Jasne, że każdy chciałby Ligi Mistrzów, ale powinno odróżniać się marzenia od rzeczywistości. A poza tym jeżeli ktoś nie rozumie czym dla kibica jest zdobycie mistrzostwa kraju to ma mgliste pojecie o piłce. Na całym świecie dla kibiców właśnie takie trofeum jest ziszczeniem marzeń.
Jeżeli cały czas Józek nie łapie o co chodzi, to niech posłucha śpiewu kibiców na co czekają najbardziej.

piątek, 8 lipca 2011

Where Eagles Dare



Ten film to pół mojego dzieciństwa (drugiej połówki nie pamiętam). Oglądałem go namiętnie będąc dzieckiem. Oczy niewinnego pacholęcia z lubością pożerały sceny, w których Clint Eastwood serią z karabinu maszynowego zabija pół niemieckiego batalionu, wybuch dynamitu wysadza żołdaków na dobre pięć metrów w górę, a wagonik kolejki górskiej służy jako arena walki na śmierć i życie. Już nie mówię o cyckach bawarskich barmanek, na których kobiece role w tym filmie się zaczęły i skończyły (no, prawie). Dzieło trwa prawie 160 minut i pamiętam, że końcówkę filmu musieliśmy z ojcem nagrać na drugiej kasecie – na standardowym, dwugodzinnym „Maxellu” się już nie zmieściło. Katowałem obie do ich kompletnego zdarcia.



Obecnie stosunek do dzieła mam wręcz nabożny. Oglądam je bardzo rzadko. Jeżeli już – zawsze z odpowiednią celebrą. Piwo w dłoni, nogi na stół, kanapka z pasztetem oraz majonezem i te sprawy. Im jestem starszy, tym oczywiście więcej widzę wad. To co zachwycało dziesięciolatka, trzydziestolatka już raczej bawi, a czasem zawstydza naiwnością. Nie będę wymieniał, ale sporo scen opuścił zdrowy rozsądek. Mamy tu wybuchające wagoniki kolejki (w sumie – wybucha tu połowa rekwizytów), głupich żołnierzy, którzy dają nabierać się na pułapki godne Kevina samego w domu, bohaterów których nie imają się kule i zaskakujące zakończenie, które wcale nie jest zaskakujące. Richard Burton, czyli pierwsza i jedyna na świecie, butelka whisky, która została aktorem, gra tutaj z taką manierą jakby wcielał się co najmniej w Hamleta. Ale ten typ już tak miał. Plotka głosi, że od końca lat pięćdziesiątych do swojej śmierci, nie raczył wytrzeźwieć ani razu. Eastwood zaś, w przededniu początku swojej prawdziwej, wielkiej kariery, przez cały film zaskakuje nas jedną i ta samą miną, która mówi – „dobrze że mi za to solidnie płacą”, ewentualnie „co tu tak śmierdzi”. Co za aktor!



Sama intryga wygląda jakby Alistair MacLean szył ją grubymi nićmi, nie za bardzo martwiąc się o logikę. Tylko czy o logikę chodzi w kinie rozrywkowym, chyba nie. Chodzi o zabawę, a tą akurat film dostarcza nadal, mimo swego wieku. Powstał w 1968 roku, czyli bagatela, 43 lata temu... I nadal trzyma przysłowiowe jajka w imadle.

Broadsword to Danny Boy, over!

czas kiedy nie byłem skinem, ale chciałem im być część 2

Jak powiedziało się a trzeba powiedzieć b. Nawet jak się nie chce. Miałem już tak wcześniej, że w trakcie pisania postu ogarniało mnie lenistwo i kończyłem pisząc, że to część 1. Z reguły nigdy nie pisałem już części drugiej. No cóż, czas zmienić te złe nawyki i kończyć coś co się zapowiedziało. W końcu nie mogę obniżać poziomu tego blogu, który istnieje tylko dzięki Sadatowi. Nie wypada.
Dobra to jedziemy z tym koksem. Tak jak pisałem, dobra skinowska muzyka towarzyszyła mi od dawien dawna. Jak byłem satanistą i wtedy kiedy byłem awangardą polskiego ruchu konserwatywnego o profilu katolicko-narodowym. Wtedy na różnych popijawach z innymi prawicowymi ekstremistami często w tle leciał Legion, wydawany na wspaniałych nośnikach jakimi były taśmy magnetofonowe. W pijackiej, ułańskiej fantazji często dołączaliśmy się do co bardziej chwytliwych refrenów. Na przykład ten, w którym polska młodzież pragnie dostać w swoje ręce dużo karabinów
Legion - Obrona białej rasy

Jak można się domyśleć jako młody konserwatysta słuchałem mniej piewców darwinowskiej fitness a bardziej nacjonalistyczne dźwięki. Stąd właśnie polskie kapele pokroju Legionu, Szczerbca czy Sztormu 68.
Teraz już nie jestem w żadnej politycznej organizacji ani nie jestem skrępowany ramami żadnej subkultury. Dlatego słucham tego na co mam ochotę, niezależnie od poglądów głoszonych przez danych artystów i nie widzę powodów żeby się z tego komukolwiek tłumaczyć. Mam już swoje lata jakieś tam subkulturowe przepychanki kto jest naziolem kto lewakiem a kto satanistą nic mnie nie obchodzą.
tak na zakończenie tego nieco wymuszonego postu, parę moich ulubionych kawałków ze sceny wp.



Max Resist - 88 Rock -N- Roll Band




wtorek, 5 lipca 2011

Panie Ty mój, roboty mam w wuj

Gdy roboty w chuk, jedyne wybawienie to wieczorne piwo oraz dobra, biała muzyka. Chciałbym napisać coś więcej, kolejka tematów zwiększa się z każdym dniem, albowiem myślący ze mnie człowiek i mam różne takie teorie, które chciałbym upublicznić, by żyło nam się wszystkim lepiej. No ale nie ma na to za bardzo czasu. Ludzkość musi poczekać.

Co do muzyki zaś, to cieszy mnie to, że studnia klasyki punk rocka jest taka nieprzebrana. Każdego dnia albowiem odkrywam inne to znowu perły i ciągle mam wrażenie, że tysiące kolejnych czekają na mnie cierpliwie. Trochę wstyd ale co tam – punkiem, w przeciwieństwie do skina, byłem ledwie przez jeden wieczór. I to niepełny. Więc tak jakby jestem usprawiedliwiony.

Zespół nazywa się “999”, a utwór to “Titanic Reaction”. Gdzieś go już kiedyś słyszałem. Musiałem, albowiem wzorem inżyniera Mamonia, lubię tylko te piosenki, które już znam. A tę (albo i tą, nigdy nie wiem) lubię w chuj, czyli bardzo.

To nadal “999” ich hit “Me and my desire”. Nieco pedalski ten ich punk rock momentami bywał, ale co dopiero powiedzieć można o ich image? Freddie Mercury cmoknąłby z zachwytu na widok tych ślicznych chłopaków, a dzisiejsi hipsterzy to by pewnie zamruczeli, takie to wszystko było niezależne i undergroundowo wyjątkowe.


Idąc tropem punkowych i post-punkowych hitów jeszcze jedna rzecz na “dobranoc”. Drużyna nazywa się „Gang of Four” i gdyby to kogoś interesowało, zespoły takie jak REM czy Red Hot Chili Peppers publicznie deklarują, że ich twórczość ukształtowała im gusta. Dla mnie to średnia rekomendacja, ale muzyka się broni, przynajmniej te płyty, gdzie spomiędzy różnych eksperymentów słychać czasami linię melodyczną. Ot, chociażby w dziele „Damaged Goods”, śmiem twierdzić, że piosence ocierającej się o doskonałość.

Tylko tekst coś nie za bardzo ten teges – coś o pożądaniu, pocie i zlizywaniu soli z nagich kobiecych ciał (te kobiece to sobie sam dopowiedziałem, mając nadzieję, że chodzi właśnie o takowe, w sumie to nie jest takie pewne...).

poniedziałek, 27 czerwca 2011

czas kiedy nie byłem skinem, ale chciałem nim być część 1

Udało mi się w końcu zalogować. Straciłem dostęp do blogu. Po części to moja wina, bo strasznie dawno się nie logowałem i chyba nieco zapomniałem hasło. Na tyle dawno, że na jednym ze spotkań towarzyskich pewien znajomy w czasie rozmowy powiedział: " wiesz byłem ostatnio na tym blogu Sadata". Trochę mnie to zabolało ale czemu sie dziwić, że nie skojarzył mnie z curvą skoro prawie w ogóle się nie wpisuję.
Po części jednak, moja utrata dostępu do blogu, to wina wszechwładnego google. Skoro łączą w jedno konta na wszystkich swoich produktach. W jakim celu? Tłumaczą, że dla bezpieczeństwa danych i takie tam. Ale chyba wszyscy wiemy, ze to taki mały Matrix. Kontrolują nas. Chcą wiedzieć, jakiej muzyki słuchamy na yt, czego szukamy w wyszukiwarce, na jakich blogach piszemy. Tak, chcą o nas wszystko wiedzieć. Ale co tam, mam i tak fałszywą tożsamość w sieci. Ja to żadnych prawdziwych danych nie daje. A co!!! Kurwa, teraz mam jakieś kłopoty z yt. matrix, mówię wam, po prostu matrix.

Dobra, ponieważ sam nie mam pomysłów, do dodam swoje komentarze do poprzedniego postu Sadata. Skrewdriver. Elektryzująca nazwa. Co prawda ja powiem szczerze, że jakoś specjalnie ruszają mnie tylko wczesne piosenki Śrubokrętów, jak chociażby ten hymn pokoleniowy



Punk as fuck, że tak powiem

Ja w odróżnieniu od Sadata w podstawówce nie byłem skinem, ani zły ani dobry. W ogóle nie byłem skinem, punkiem, kibolem ani nikim takim. Świat subkultur stanął dla mnie dopero otworem w szkole średniej, gdzie byłem metalem. Kudłatym, pryszczaty i w okularach ale metalem. Jednakże dźwięki dobrego RAC'u są mi znane od dawien. czy to od kolegów metalowców, który twierdzili że satanizm, pogaństwo oraz darwinizm społeczny mają dużo ze sobą wspólnego i raczyli mnie takimi melodiami:

Ach, ta szalona młodość. Miałem kolegę, który obok eleganckiego plakatu Venom "Welcome to hell" miał powieszony nie mniej elegancki plakat nordyckiego Waffen SS


















takie zainteresowania miała młodzież w szkolna w drugiej połowie lat 90.

Ciąg dalszy wspomnień nastąpi...... o ile matrix mnie nie zablokuje.

czwartek, 16 czerwca 2011

Tydzień, w którym byłem Złym Skinem

Mój pierwszy kontakt ze Skrewdriverem to rok bodaj 1995. Byłem wtedy złym skinheadem w okrągłych okularach godnych Johna Lennona i lasem pryszczy, z których widać było czasem moją twarz. Po obejrzeniu z kolegami „Romper Stomper” postanowiliśmy zostać piewcami białej strony mocy. Początki zawsze są trudne. Zacznijmy od tego, że w naszej okolicy nie mieszkali żadni azjaci, a to ich dzielnie lał po mordach Russel Crowe w tym filmie. Po konsultacjach doszliśmy do wniosku, że zasadniczo, lać możemy też innych, najlepiej brudasów. Marzył nam się chociaż jeden, mały murzynek, ale niestety. Tych za wiele dookoła nie było. Zawsze można było pogrillować z punkowcami, ale ich ganianie było o tyle niebezpieczne, że było ich od nas więcej, byli więksi i silniejsi jak przystało na chłopaków kiblujących w ósmej klasie po raz drugi, tudzież trzeci. Wyżywaliśmy się więc na młodszych i mniejszych od nas, których na szczęście nigdy nie brakowało pod ręką. Tych bardziej smagłych nazywaliśmy Cyganami i przekopywaliśmy na glanach, które kupili nam rodzice, bo „do takich butów śnieg nigdy nie napada”. Mieliśmy czerwone szelki, nosiliśmy koszule, co bardzo podobało się tępym nauczycielom, którzy mylnie brali nas za prymusów. Witaliśmy się rzymskim pozdrowieniem, słuchaliśmy taśmy z nagranymi kawałkami Śrubokręta, oczywiście nic nie rozumiejąc z warstwy tekstowej. Młodsze klasy widząc nas uciekały w popłochu. Co rozsądniejsze jednostki salutowały nam, jednak dla porządku oni też wyłapywali profilaktyczne kopy. To były wspaniałe czasy. W skinheadowym commando byłem mniej więcej przez tydzień, potem mi się znudziło i zostałem punkiem, albo rapowcem i sam stałem się obiektem ataków złych skinów. Nie pamiętam już dokładnie w jakiej kolejności. Moi koledzy tak łatwo się nie poddali, pamiętam nawet, że kilku z nich spotykało się na mityngach białej rasy prowadzonych przez TW Tejkowskiego. Herszt szkolnej bandy był moim dobrym przyjacielem i czasami litował się nade mną, szczędząc mi dalszych kuksańców. To był dobry chłopak, ciekawe co teraz robi... Pytanie retoryczne brzmi – czy dzisiejsze pokolenie dzieciaków będzie miało takie wspomnienia?



Wszystko to stanęło mi przed oczyma, gdy do moich rąk trafiło CD Skrewdrivera. Moje pierwsze w życiu! Próbowałem kiedyś obejrzeć „Romper Stomper”, ale nie byłem pewien jak na mnie zadziała. A co jeżeli znowu zapragnę zostać złym skinem? Czy w mojej pracy zrozumieją moje poglądy i czy uda mi się powstrzymać złego Sadata przed ponownym wejściem na ścieżkę walki o Białą Dominację? Na szczęście, słuchanie muzyki tak na mnie nie działa, chociaż nigdy nie wiadomo. Podobno z byciem skinem jest jak z alkoholizmem. Możesz przez lata nie pić i zapomnieć o epizodzie, a pewnego dnia, poczujesz smak wódki w ustach i budzisz się dekadę potem zarzygany śpiąc w kartonie pod mostem.

„Hail the new dawn” to jedna z ich najlepszych muzycznie płyt i chyba ostatnia, w której dźwięki dominują nad przekazem tekstowym. Zaczynali jako cover band bodaj Rolling Stonesów i słychać wyraźnie ich korzenie. Jest tu nadal sporo punka. Do tego dużo ciągot w kierunku klasycznego rocka, blues rocka i innych nieprawomyślnych dewiacji. Od czasu do czasu przebije się coś stricte oi-owego, czy punkowego. Ot, nazywa się to chyba Rock Against Communism i przypomina pojemny worek, do którego zmieści się wiele, byle miało odpowiedni sznyt ideologiczny. Słucha się miło, ale nie jestem pewien czy z szacunku do Skrewdrivera moja przygoda z ich muzyką nie powinną zacząć oraz skończyć się na tym krążku. Inne naprawdę mogą obudzić Złego Sadata...


“Hail the new dawn”


“Tommorow belongs to me”, czyli … cover piosenki z “Kabaretu” - http://www.youtube.com/watch?v=bs5bnVoZK4Q

Acha. Wpis nie ma na celu propagowanie żadnej ideologii i ma zabarwienie refleksyjno-wspomnieniowe, które nie podpada pod naruszenie żadnego paragrafu.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Charlie Sheen ukradł moje życie

Normalnie to mam alergiczną wręcz awersję do wszelkich amerykańskich seriali komediowych, a do sitcomów to już w szczególności. Po pierwsze, od dawna toczy je straszna choroba poprawności politycznej, która nie pozwala pokazać życia takim jako ono jest, oferując w zamian sztuczną i lukrowaną post-rzeczywistość. Po drugie, rzadko bywa tam coś zabawnego. No i ten śmiech z taśmy, który wskazuje debilom, w którym momencie było coś godnego salwy rechotu. Kiedy byłem młodym człowiekiem i gówno o świecie jeszcze wiedziałem, wpadałem przez to w depresję. Nigdy nie śmieszyło mnie to co powinno. Rodzice obawali się, że może to być pierwszy objaw tępoty umysłowej i zwolnionego zapłonu. Moją przyszłość widziano już w policji, tudzież w ABW, ale na szczęście okazało się, że mam nieco wyższe predyspozycje i Bóg ma wobec mnie inne plany. A że nie byłem zsychronizowany ze śmiechem w „Alfie”? Cóż, to nie ja byłem trefny, tylko cały świat dookoła śmieje się z chuj wie czego.

Ten stan rzeczy nie zmieniał się przez dekady (całe dwie). Aż w końcu trafiłem przypadkowo na serial o którym dzisiaj mowa. Na samym początku byłem nim zdegustowany. W latach 90-tych w telewizji zamęczano nas „Pełną Chatą”, w której trzech facetów o semickiej urodzie (ja nic nie sugeruję) wychowywało dzieci w modelu odbiegającym od planów Matki Natury.

Słabe to było strasznie i promowało pedalizm na równi z pedofilią. Gdy zobaczyłem niemal kalkę tego pomysłu, pierwszym odruchem było nerwowe szukanie pilota. Potem jakoś poszło z górki, no i obecnie muszę przyznać, że „Dwóch i pół” to jedyny sitcom godny białego człowieka.

Można sobie pisać co się chce, ale to Charlie Sheen jest motorem napędowym tego fenomenu. Co prawda, pozostałe postaci też są barwne, ale umówmy się co do jednego – powód dla którego normalny, zdrowy mężczyzna ogląda serial, do którego podkłada się taśmę ze śmiechem grubych amerykanów, to ta zapijaczona i zaćpana świnia. Któż z nas nie chciałby choć na chwilę być taki jak on? Bogaty, ale daleki od zapracowania. Beztroski, ale zawsze spadający na cztery łapy. Rozchwytywany przez kobiety, chociaż daleki od bycia interesującym. Zdolny, choć upadły anioł, unikający jakiegokolwiek zaangażowania. Serialowy Charlie ma ponad czterdzieści lat, chodzi w szortach i „kręglowych” koszulach, zmienia kobiety w sposób który zawstydza Jamesa Bonda i w ciągu jednego odcinka wypija tyle alkoholu co my szaraczki przed telewizorem w ciągu miesiąca. Nie będzie tajemnica jak powiem, że zerkam z zazdrością na ekran, zastanawiając się czemu ten Sheen odgrywa moje niedoszłe życie i co w nim poszło źle, że nie zostałem w końcu alkoholikiem z domem na plaży w Malibu.

Żeby zobaczyć jeden z lepszych momentów, w którym to pokazany jest występ zapijaczonego artysty spiewającego dzieciom piosenkę o cycuszkach (Bill Cosby się chyba w grobie przewraca), trzeba sobie kliknąć tutaj - http://www.youtube.com/watch?v=iah1ywAg6C4 .

Co prawda Charlie w ostatnim sezonie osiągnął już szczyt przećpania i zachlania, więc zapewne niebawem na świecie będziemy mieli jednego członka rodziny Estevezów mniej. Szkoda, bo zacny to w sumie aktor i jeden z symboli mojego dzieciństwa za sprawą „Wall Street”, „Plutonu”, no i „Hot Shoots 1&2”. Ale fajnie, że dali mu pić i ćpać na planie serialu, a co więcej, płacili mu jeszcze za to rekordowo wysokie gaże!

Podoba mi się ten odmienny trend zauważalny w serialach komediowych w ostatnich latach. Musi być w tym jakiś żydowski spisek, tak swoją drogą, więc polecam oglądanie w małych dawkach i konsultowanie się z lekarzem bądź farmaceutą.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Pora na nową epidemię, czyli co rok to samo

Szkoda, że nie mam obecnie zbyt wiele czasu i weny twórczej, albowiem dookoła nas dzieje się tyle ciekawych rzeczy, które można by wyśmiać. Jak co roku, świat drży przed kolejną śmiertelną chorobą. Scenariusz już dobrze znany, tyle, że obecnie mamy bakterię a nie wirusa. Pewnie w kolejną świńską, kurzą albo chomiczą grypę nikt by już nie uwierzył, więc na arenę weszły pałeczki coli, czy jakoś tak. Do tej pory zdążyły zamordować więcej Niemców niż udało się zabić bohaterskim Czechom podczas II Wojny Światowej. Kilka tysięcy osób choruje i co chwila pojawiają się informacje o nowych zakażeniach oraz nowych tropach do źródła owej epidemii. Czy raczej – dezinformacje, bo w tym wszystkim przecież nie chodzi o nic innego jak zamieszanie szarym masom w głowach. Media, owi pożyteczni idioci, mają o czym pisać i nikt nawet nie zorientował się, że weszliśmy w sezon (nomen omen) ogórkowy. Za chwilę pojawi się cudowna szczepionka i miliony ludzi znowu wydadzą ciężko zarobione pieniądze zabezpieczając się przed współczesną dżumą. Ludzkość znowu zostanie uratowana od zagłady.

Jakoś nikt z poważnych specjalistów nie poddaje w wątpliwość tego, że ostatnio mamy istny wysyp kolejnych ataków śmiertelnych mikrobów. No ja rozumiem, raz, dwa na wiek. Ale co roku? Kto jeszcze jest w stanie uwierzyć w to, że to przypadek? Zrządzenie losu i kaprys Matki Natury? Zemsta za zatruwanie powietrza i konsumpcję plastiku? Czy Ziemia, niczym organizm, wydała wojnę pasożytom, którzy wwiercają się w jej ciało w poszukiwaniu życiodajnych soków?

Na biologii to ja się zupełnie nie znam i zawsze miałem problem z zapamiętaniem czy człowiek posiada dwie nerki czy dwie wątroby. Ale coś nie wydaje mi się, żeby nagle teraz, gdy świat trawi kryzys finansowy, mikroby zaczęły tworzyć śmiertelne mezalianse, łącząc się w sposób nieznany wcześniej. Ku radości koncernów farmaceutycznych, które za chwilę krzykną „Eureka!” i wyciągną rękę po nasze pieniądze. Bohaterskie i odpowiedzialne rządy nabędą lekarstwa dla swoich poddanych, w akcie zadowolenia, oddamy na nich swoje głosy i nawet nie pomyślimy, że metalowa obroża na naszych szyjach właśnie zacisnęła się o jedną dziurkę mocniej. A ułuda wolności trwać będzie dalej, ku radości niektórych półgłówków.

A najdziwniejsze jest to, że to wszystko napisałem z pozycji konserwatywnego liberała gospodarczego, który ponad wszystko ceni kapitalizm oraz wolność w sferze ekonomii. Tyle że w zdrowym, XIX wiecznym wydaniu, kiedy to jednostka jeszcze coś mogła w starciu z bezosobowymi koncernami i ich mackami. Myślę, że nadejdzie już niebawem czas gdy poleje się korporacyjna krew i mam jedynie nadzieję, że do tej pory będę stał po właściwej stronie barykady w walce o wolność.

Na otarcie łez, kilka punkowych klasyków, którymi ostatnio zamęczam się w pracy oraz w domu planując jak obalić porządek świata OCZYWIŚCIE LEGALNYMI METODAMI TAKIMI JAK MANIFESTACJA, AKCJA PROTESTACYJNA, SPOŁECZNA INICJATYWA USTAWODAWCZA ORAZ OCZYWIŚCIE WYBORY.


The Dead Boys – Sonic Reducer.


The Stiff Littler Fingers – Suspect Device.


Peter and the Test Tube Babies – Banned from the pubs.

czwartek, 12 maja 2011

To Live and Die in L.A.



To jeden z moich ulubionych filmów. Wracam do niego bardzo rzadko, ale ilekroć już to robię – oglądam do końca, nieważne, że najczęściej oznacza to zarwaną noc i poranne zrywanie się w stanie półprzytomnym. Moje przekleństwo to znaleźć ten film w ramówce jakiejś stacji... Nigdy sobie wtedy nie odmawiam ponownej wizyty w upalnym Los Angeles lat 80-tych. Płytę DVD dla pewności schowałem tak głęboko, żeby mi do głowy nie przyszło zacząć jej szukać któregoś nudnego dnia. I sam do końca nie wiem – dlaczego tak ten film lubię.



Na pierwszy rzut oka jest to niby kino typowo sensacyjne, ale nie do końca. To nie jest tylko film o dobrych gliniarzach i złych bandytach, płaszczyzn jest tu znacznie więcej, co nie do końca pozwala go łatwo zaszufladkować (oczywiście, tępaki z filozoficznych salonów i tak wiedzą swoje). Fabuła wymyka się schematom i chociaż nie należy do skomplikowanych, trudno narzekać na nudę. Dwaj główni aktorzy, choć dzisiaj nieco zapomnieni, wznoszą się właśnie tutaj na swoje wyżyny – tak William Petersen, jak i Willem „Jezus Chrystus” Defoe grają naprawdę świetnie. Jest tu kilka scen zapadających w pamięć i garść momentów, o których znaczenie i wymowę można się spierać. Pościg samochodowy zaliczany jest do absolutnej czołówki w tej materii. Po jego zakończeniu i my ocieramy pot z czoła.



Nie chcę psuć zabawy, tym którzy filmu nigdy nie widzieli, ale samo zakończenie można interpretować na kilka sposobów... Niby odpowiedź na podstawowe pytanie „o co chodziło” po seansie jest prosta, ale po chwili sami siebie zaczynamy pytać – a co jeżeli? Czyż nie o to chodzi w dobrym filmie?

Reżyserem owego dzieła jest sam William Friedkin. Pan ów dekadę wcześniej spłodził inny genialny film, który również zaliczam do ścisłej czołówki moich ulubionych. Mowa oczywiście o „Francuskim Łączniku”, który zgarnął kupkę Oscarów i zmienił kino „policyjne”, wpychając je na tory brutalnego realizmu i dosłowności. Po ponad dziesięciu latach Friedkin dołożył kolejną cegiełkę do ewolucji pojęcia dobrego kina dla normalnych, białych ludzi.

„Live and Die in L.A” z precyzją niemal dokumentu pokazuje wyjątkowy klimat dusznych, kokainowych lat 80-tych w Stanach Zjednoczonych. Może dlatego, że lubię te czasy, oglądam kolejne sceny z przyjemnością. Pełno tu symboli dawnych lat, na czele z wszechobecnym kiczem disco, makijażem, pudełkowatymi samochodami i absolutnym miszmaszem stylów, pomysłów i kolorów. Od pierwszego kadru nie mamy wątpliwości jaką dekadę oglądamy. Niewiele znam innych produkcji, które niby mimochodem, pokazywałyby tak wiele prawdy o czasach w których były kręcone (mając na uwadze, że ciągle mowa o kinie rozrywkowym, a nie psychodramach o dokumentalnym sznycie). Na myśl przychodzi mi chyba głównie „Miami Vice” – jeżeli ktoś lubi ten serial, to i film powinien co najmniej polubić. Dla mnie „Live and Die in L.A.” to rzecz absolutnie kultowa, a główny motyw muzyczny powoduje, że zerkam na półkę z filmami, zastanawiając się czy może nie pora wybrać się do słonecznej Południowej Kalifornii kolejny raz...

(No dobra, wiem, że ten teledysk niejakiego Wang Chung zalatuje pedalszczyzną na kilometr, ale ogólnie to wyjątek od generalnej zasady, że to film dla normalnych ludzi).

piątek, 6 maja 2011

Głębokie analizy muzyczne Sadata - The Stranglers

Jako że ostatnio słucham sporo muzyki, poczułem w sobie natchnienie, by napisać kilka słów o kilku moich ulubionych zespołach i albumach, które wydali na świat. Na sam początek, traydycyjnie już, wcale nie najukochańsi czy najlepsi, ale solidni Dusiciele, czyli The Stranglers. To w pewnym sensie przestroga – można zacząć z wysokiego „C”, a skończyć w odmętach komercji, z płytami, których nikt nie chce słuchać. Smutne.



Już kilka razy pisałem na blogu o tej zacnej kapeli. To jeden z moich ulubionych zespołów, pewnie dlatego, że kojarzę go jeszcze z dzieciństwa i okresu wczesnej młodości, gdy pierwsze burze hormonalne buzowały we mnie w rytm Golden Brown. A może chodzi o to, że Dusiciele w warstwie tekstowej to klasyczni mizantropi, którzy od zawsze mieli gdzieś mody i zwyczaje (do czasu, do czasu...). Jak zawsze jednak, daleki jestem od bezkrytycznego przyjmowania wszystkiego co jest opatrzone znakiem szczura (zwierzak pojawia się na większości okładek i grafik każdej płyty). Byłem nawet na tyle bezczelny, że zasugerowałem jakiś czas temu, że ich miejsce w panteonie muzycznych sław, choć należne, to ulokowane jest dosyć daleko i z każdą chwilą ktoś im mówi „przesuńcie się”. W sumie racja, bo chłopcy nadal grają, tworzą kolejne płyty studyjne. Nagrali ich łącznie szesnaście i biorąc pod uwagę, że ciągle żyją i mają się dobrze, można liczyć na kolejne. Tak to już bywa z tymi zespołami, które za młodu nie zaćpały się na śmierć – żyją, starzeją się i co tu owijać w bawełnę jak murzyn na polu, dziadzieją z każdą chwilą coraz bardziej. Sid Vicious w naszej pamięci na zawsze pozostanie tym samym młodym, zbuntowanym człowiekiem w zarzyganej koszulce, podczas gdy Johnny Lydon vel Rotten jeździ po koncertach jak obwoźny cyrk i za pieniądze zrobi wszystko, nawet zareklamuje masło. Z The Stranglers jest podobnie – słuchalna dla mnie jest mniej więcej połowa ich twórczości, z czego połowa tej połowy to arcydzieła. Cała reszta to w większości ochłapy minionej sławy i popowa papka niestrawna dla mojego ucha. Już nie wiadomo czy kochać ich za „Peaches” czy może jednak nienawidzić za „Always the sun”?

To nigdy nie był punkowy zespół. Sam wokalista, Hugh Cornwell w momencie powstawania pierwszej płyty zespołu zbliżał się do 30-tki, a reszta wiele młodsza też nie była. Jak na warunki panujące na scenie w 1977 roku, The Stranglers to byli emeryci, którzy równie dobrze mogliby grać siedząc na wózkach inwalidzkich. Chociaż podobno ich koncerty to był wulkan energii, chaosu, a rozróby zdarzały się równie często co bisy. Nie do końca wiem jak mogły wyglądać zamieszki w rytm ich niektórych kawałków, bo zamykając oczy, nie widzę raczej brudnych hangarów, tylko sale koncertowe, gdzie słowem „burda” można określić jak ktoś głośniej odsunie krzesło na którym spoczywa jego zadek.


„Rattus Norvegicus” to naprawdę kawałek porządnego grania. Być może to jedna z najlepszych płyt całej dekady. Na pewno znakomicie się broni po tych wszystkich latach. Nie ma tu tego słodkiego punkowego pierdzenia z jakiego słynie epoka punka77. Z całym szacunkiem dla takich Buzzcocksów, Vibratorsów czy Undertones, ale czasami ciężko jest przy nich wytrzymać. Nie odmawiam im kultowości, tylko, że przesłuchanie niektórych dokonań w całości do zadań łatwych czasami nie należy. Może, może, jak człowiek pamięta czasy kiedy tak grano, ma wspomnienia, porównanie i wie jaki to był wtedy szok – wtedy może punk77 to inna melodia dla duszy. Ja jednak w tamtych latach nie byłem nawet plemnikiem, więc uczucia mam chłodne. A tymczasem, Dusiciele, którzy wtedy grali niby podobnie, a jednak zupełnie inaczej, wypracowali własny styl, który po dziś dzień sprawia, że w całości można przyjmować ich dokonania bez nerwowego patrzenia się na wolno kręcący się winylowy krążek...


Największy przebój z tego albumu to oczywiście “Peaches”, który to utwór pod względem warstwy tekstowej należy do dzieł, nad których analizą łamią sobie głowy najwięksi znawcy poezji śpiewanej. Nieważne, najważniejsze, że „Walking on the beaches, looking at the peaches”!



Drugą płytą jest “No more heroes”, dla wielu, opus vitae Stranglersów, po którym najlepiej gdyby umarli jak przystało na ludzi, którzy osiągnęli szczyty. Ciekawe jest to, że ta płyta wyszła ledwie kilka miesięcy po debiucie, a dzisiaj zespoły muzyczne latami siedzą w studiach i wypuszczają gnioty... Część nagrań to jeszcze spuścizna po resztkach, które nie zmieściły się na „Rattus...”.

Płyta nie ma chyba żadnego słabego, czy nużącego elementu i podobnie jak poprzedniczka zalicza się do kanonu całych lat 70-tych. Sporo tu różnych dźwięków organów (w tym tych Hammonda), syntezatorów czy innych pianin, co sprawia, że jeszcze trudniej mówić o twórczości jako punk rocku. Równie trudno jest ich zaliczać do post-punka, w sytuacji gdy na całym świecie dopiero wybuchała cała rewolucja 77. W sumie ta płyta to może być dobry ślad dla tych wszystkich, którzy szukając korzeni nurtu wskazują palcami na The Doors. Klasyfikacyjne dywagacje zostawmy jednak ich miłośnikom, najważniejsza jest muzyka.


W sumie to może być dobry trop. Kto wie jakie utwory nagrywałby Jim Morrison, gdyby nie znaleziono go martwego w wannie w Paryżu. Psychodelia wyciekającą z utworu „Peasant in the Big Shitty” jest z pewnością godna samego mistrza. Tutaj również od trzydziestu ponad lat trwają zażarte dysputy co miał na myśli podmiot liryczny.


Potem, jak przystało na wielkiego fana zespołu, zdarzyły im się dwie płyty, których nie mam i ich nie znam. Tak jednak „Raven” jak i „Black and White” są przedstawiane przez znawców jako zniżka formy, chociaż ta ostatnia zaowocowała jednym dziełem – coverem „Walk on by”.



W 1981 wydano „La Folie”, którą to płytę można zaliczyć już śmiało do post-punka, nowej fali, a może nawet i popu. Brzmienie robi się nieznośnie lekkie, chociaż całość broni się jeszcze bardzo dobrze. To po prostu świetny album nagrany przez świetnych muzyków, którym znudziło się krążenie wokół tych samych schematów. Już wcześniej zespół był kurą znoszącą złote jaja, ale podobno wytwórna EMI zażyczyła sobie dodatkowo, żeby Dusiciele nagrali płytę składająca się z samych potencjalnych hitów na listach przebojów. Tak powstało „La Folie”. Sukces był duży i w połowie pewnie był zasługą „Golden Brown”, czyli śmiem twierdzić, czołowego dzieła zespołu.



Zaś motyw z “How to find true love and happiness” zapożyczyło po wielu latach zdaje się, że Gorrilaz.

Poza tymi utworami znalazły się tu nawet “przeboje pościelowe” i zespół śmiało wkroczył na prawdziwe salony muzyczne, żegnając się ze sceną około-punkową. Nie mam wątpliwości, że w tych środowiskach, nienawiść do The Stranglers musiała być wtedy niemała, w końcu wyobrażacie sobie, żeby ktoś z tego klimatu nagrał uwtór taki jak „La Folie” inaczej niż dla zgrywu???


Potem mam znowu dziurę w twórczości w postaci ssyfiastego “Feline”. Następnie jest rok 1984, na festiwalu w Jarocinie gra „Siekiera”, a Dusiciele idą dalej w kierunku pop-artyzmu.

„Aural Sculpture” to ostatnia ich płyta jaką posiadam i znam. Po następne boję się sięgać, chociaż słyszałem, że te najnowsze to powrót do klimatu z końca lat 70-tych.

Nie jest to zły krążek. Jest na nim co prawda kilka irytujących utworów, które po dziś dzień grają radia pokroju Eski czy Zetki. Czyli – kawał popkultury lat 80-tych, klimatu dyskotek, tańców przytulańców. Co ja będę tłumaczył. Sami sobie posłuchajcie – „Skin Deep”, zna każdy. Publika pod sceną kręci niezłe pogo.


Znajdą się jednak i ciekawsze rzeczy. „North winds” to już niemalże cold-wave, nie tylko ze względu na tytuł.


“Uptown” zaś to kawałek energetycznego grania jakim The Stranglers nie raczyli chyba od 1977 roku. Czyli – zawsze coś się znajdzie.


Po tej płycie nastąpiła ciemność. W 1986 roku wyszedł „Dreamtime”, który był takim gniotem, że Dusiciele zamilkli na kilka lat. Paradoksem jest, że to na tym albumie znalazł się pewnie ich największy przebój, czyli „Always the sun”. W zestawieniu hitów lat 80-tych, kto wie, czy ta piosenka nie zajmuje pierwszego miejsca. Umieszczam ją tu wyłącznie jako przestrogę – tak kończą protoplaści punka, gdy mają ponad 40 lat na karku i wielkie kontrakty z wytwórniami do wypełnienia... Geniusze – umierajcie za młodu, póki nie jest za późno!


Może kiedyś zdobędę się, by przesłuchać ten album i kolejne. I wtedy na pewno podzielę się wrażeniami.

czwartek, 5 maja 2011

The war is over

Tyle się dzieje ostatnio, że już w sumie nie wiadomo za co się zabrać. Zabili Usamę Ben Ladena i z całego świata poszły do Białego Domu gratulacje. Śmieszne to. Normalnie to mi się wydawało, że kara śmierci istnieje tylko w ciemnogrodzkich programach politycznych kanapowych ugrupowań. A tu nagle, nieoczekiwanie, się okazuje, że niekoniecznie. To się chyba powinno nazwać hipokryzją, nieprawdaż?

Bo w końcu, jak to jest? W nowoczesnym świecie wolno mordować tylko nienarodzone dzieci i poszukiwanych terrorystów? Ciekawe połączenie, czy to oznacza, że nienarodzone dzieci są z założenia terrorystami? Saddamowi Hussainowi zrobiono chociaż pokazowy proces, oskarżono o kilka rzeczy i stracono dla przykładu innych. A biednego Bena McLadena zamordowano w domu, w dalekim kraju, a jego ciało wrzucono do morza bez pochówku i duchownego. Tak swoją drogą, Islamabad, gdzie dokonano egzekucji, leży daleko od jakiejkolwiek linii brzegowej, więc dzielni marines musieli spędzić z truchłem nieco więcej czasu.

Bez sądu, bez procedur, bez problemów z jakimś tam prawem karnym czy międzynarodowym zakończono ludzkie istnienie. W sumie, rozumiem takie postępowanie, w końcu moja ukochana izraelska armia działa podobnie, tylko, że ona potem się nie chwali efektami swojej pracy. No i wtedy nie spływają z całego świata gratulacje. Kilka dni wcześniej cały katolicki świat żył beatyfikacją, potem wysyłał życzenia księciowi Williamowi, chwilę potem Barrackowi Obamie. Mam nadzieję, że żadna kancelaria się nie pomyliła, bo jakby to wyglądało – „Drogi Księciu, szczere gratulacje z okazji zamordowania Usamy Ben Ladena”. Albo – „Kochany Barracku Obama, wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia z wybranką serca, życzą parlamentarzyści Trynidadu i Tobago”.

Na ulicach wybuchł szał radości, jakby ta jedna śmierć kończyła całą epokę. Nie pamiętam kiedy ostatnio cieszono się z czyjegoś zejścia. Może gdy umarł Hitler (chociaż wiemy, że żył potem w Argentynie, są na to niezbite dowody takie jak artykuł w Fakcie), albo gdy zdechł Wujek Soso. Ciekawe czy wtedy też śpiewano o tym piosenki?

Takie to jednak mało demokratyczne i pacyfistyczne, mimo wszystko. Chociaż ja się pewnie na demokracji akurat nie znam, więc może ten dualizm moralny jest zupełnie na miejscu.

Chaos Tage, Bromberg 2011, czyli Poland still believe in anarchy


Bydgoszcz 2011. Dokładnie 3 maja. Ta data, oprócz konstytucji, będzie się już na stałe kojarzyć w wiekopomnym wydarzeniem dla polskiego anarchizmu. W czasie finału Pucharu Polski, miało miejsce spontaniczne wystąpienie polskich anarchistów, pokazujących swój sprzeciw wobec systemowi ucisku. Kibice Legii i Lecha pokazali, że nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Żadna policja, rząd, państwo, żadna machina ucisku człowieka.
źródło sport.pl źródło sport.pl

Niech to będzie przestrogą dla systemu, że wciąż żyją i maja się mocno spadkobiercy ruchu anarchistycznego w Polsce. Są silni i gotowi. i nic ich nie zatrzyma w drodze do celu jakim jest kompletny, nihilistyczny chaos.



Cieszy to gdy w czasach słabości ruchu punkowego, dla kibiców legii i Lecha znaczenie słowa "anarchia" nie jest martwe. Może ich głów nie zdobią kolorowe pióropusze, a ich grzbietów naćwiekowanie skóry, to reprezentują dokładnie te same idee co na przykład waleczne punki w Hanoverze roku 1995. Totalny rozpierdol, wielka anarchistyczna rewolucja, która na doprowadzić do powstania nowego lepszego świata. Bez policji, rządu, systemu który tłamsi ludzi. Dlatego dzięki takim ludziom jak dzielni kibice Legii i Lecha, możemy stanąć wyprostowani, z głową uniesioną ku górze i powtórzyć te nieśmiertelne słowa: I STILL BELIEVE IN ANARCHY!!!!!!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Punk ignorantia nocet

Jak doskonale wiedzą wierni czytelnicy tego bloga (w liczbie zero), jestem muzycznym ignorantem pierwszej wody. Zachwycam się rzeczami, które zna każdy. Odkrywam dźwiękowe lądy, po których przewędrowało milion wędrowców przede mną. Przecieram przetarte nie tyle co szlaki a raczej muzyczne autostrady. Z okrzykiem triumfu wyważam otwarte drzwi. Zadziwić mnie jest w stanie zarówno nieśmiertelna klasyka jak i wybitnie zgniły gniot.
Czasami sam siebie zawstydzam moją infantylną postawą, ale z drugiej strony, ma to swój urok. Dzięki temu jestem w stanie na stare lata odgrzebywać z szuflad klasyki rzeczy o których nie miałem pojęcia, albo miałem je nader mgliste.

Ot, chociażby taki Minutemen. Ponoć protoplasta sceny Hard Core. Ja tam się nie znam, bo ze wsi jestem, ale coś nie do końca mi ten zespół pasuje do takiej muzyki. Jedna z ich płyt „Double Nickels on the Dime” przez mądrzejszych ode mnie nazywana jest jednym z najważniejszych dokonań lat 80-tych. Z grzeczności nie zaprzeczam. Po kilkakrotnym przesłuchaniu, zgadzam się z przedmówcami, jak przystało na osobę zbyt tępą na posiadanie własnego zdania.

Czego tu nie ma. Płyta mieści ponad 40 utworów (sic!). Najdłuższy trwa niecałe trzy minuty. Wszystkie są do siebie trochę niby podobne, ale całość, zaskoczenie, sprawia wrażenie niesamowitego misz-maszu. Po pierwszym odsłuchu można zacząć się zastanawiać – gdzie ta kultowość, gdzie to dzieło. Po drugim owe wątpliwości znikają, bo całość jest naprawdę znakomita, oryginalna i na swój sposób szalona. Punku i Hard Core to ja tam jednak ciągle nie słyszę, ale w sumie nie szkodzi, bo ja takiej agresywnej muzyki nie lubię.

Sama okładka zaś śmiało może aspirować do najbrzydszej na kuli ziemskiej.

Z innej strony mamy zespół o skomplikowanej nazwie „X”. Są tacy którzy uważają ich za jedno z najlepszych wydarzeń jakie nawiedziły lata 80-te pod względem muzyki rockowej. A ja ich poznałem dopiero niedawno... Grają z fajnym pierdolnięciem, a jako ciekawostkę można powiedzieć, że w ich twórczości maczał palce sam Ray Manzarek, znany z niszowego zespołu The Doors i poręcznych organów Hammonda na których przygrywał.

Niby nie lubię damskich wokali, bo w kuchni śpiewać się nie powinno, ale tu to zawodzenie daje nawet radę. Ogólnie czekam aż pewien sklep muzyczny znajdzie tą płytę w swoim magazynie. Niby klasyka i pewnie każdy zna, ale z nabyciem tych nagrań to już jest problem spory.

Z braku znajomości Public Image Limited (PIL) trudno mi się wytłumaczyć. Kojarzyłem ich owszem, ale jedynie z logotypu, które widywałem czasem w klapach zbuntowanej młodzieży gdy sam byłem pokornym uczniem szkoły podstawowej. Nigdy mnie jakoś nie interesowało co się za nim kryło.

A tymczasem, po rozpadzie Sex Pistols Johnny Zgniłek stał się na powrót Johnem Lydonem. Jego muzyczne poszukiwania powędrowały w zupełnie szalonym kierunku, czego odzwierciedleniem jest cała dyskografia tego zespołu. Mogę sobie tylko wyobrazić jakim szokiem dla ówczesnych punków musiał być pierwszy kontakt z PIL.

Jest tu ciągle dużo drapieżności, ale brzmienie to żywe lata 80-te, tandetne, plastikowe, ohydne, sztuczne, fatalistyczne, rysowane w barwach wypłowiałego filmu Kodaka. A jednocześnie, pociągające i intrygujące. Nie mam odwagi zagłębiać się w twórczość PIL dokładnie, ale im dalej, tym ponoć dziwniej i dziwniej...No i te żółte, krzywe kły Lydona. Jak wiecie, w latach 80-tych chodzenie do dentysty nie było modne.


A na koniec ciekawostka archeologiczna. Gdy byłem dzieckiem, a było to dawno, w moim domu była mała kolekcja kaset. Same oryginały z Tompressu czy jak tam nazywało się to wydawnictwo, które łaskawie kolportowało w Polskę ochłapy Zachodu. Niestety nie pamiętam co to były za dzieła. No, nie pamiętam, poza jedną, jedyną okładką. Na niej kobieta na koniu, na tle słońca. Nie trzeba mieć matury, by domyślić się, że było to porządne wiejskie country. Albo ewentualnie country&western. Pamiętam, że ów mały zbiorek szybko zakończył swój żywot, gdy w wieku dwóch lat odkryłem jak się wyjmuję taśmy z kaset. Ta jedna okładka kołatała mi się w pamięci jak wyrzut sumienia. Kiedyś nawet pomyślałem, może jak znajdę co to był za zespół, to senne koszmary dadzą mi spokój?

Nie wierzyłem w potęge internetu, a tu niespodzianka. Wystarczyło wejść na Alledrogo, wkroczyć do świata winyli country i wspomnienie z dzieciństwa jak żywe przed oczami. Jeden klik i miły wąsaty pan z poczty przynosi mi je wprost do rąk.


Nie jest to z pewnością arcydzieło, spodziewam się raczej, że płyta nigdy nie powędruje nawet do mojego gramofonu. Ale to niesamowite, że w tak łatwy sposób można odnaleźć przedmiot mglistych wspomnień sięgających pierwszej połowy lat 80-tych. Oczywiście, wolałbym żeby te reminescencje dotyczyły innej twórczości niż rzewne country w wykonaniu piątego garnituru artystów z Ohio, ale takie były to czasy, co zrobić.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Dzień walki ze światowym żydostwem

Blog na którym nie ma żadnych nowych wpisów wygląda gorzej niż stara baba nago. Opuszczone strony, zapomniane przez autorów i czytelników straszą w internecie, a ich ciche łkanie roznosi się po światłowodach. Nikt o nich już nie pamięta. Nigdy już nie znajdzie się hasło do zalogowania i dodania nowych treści. Wielki Google coraz rzadziej wskazuje do nich drogę zagubionym wędrowcom. No, wiecie o co chodzi. Tematyka opuszczonych witryn to tak w ogóle ciekawy temat. Za kilkadziesiąt lat może nawet powstanie nowa profesja. Taka wiecie archeologia internetu. Odkopywanie śladów przeszłości, analizowanie ich, segregowanie po stworzonych kategoriach, typach i wariantach. Czy nasze „Curva Mortale” zostanie zakwalifikowane do neo-faszyzmu, post-ciemnogrodu czy kultury języka wulgarnego z wpływami nonkormistycznej negacji politycznej poprawności? Ciekawe. W sumie to nieciekawe, ale chuj. Globalna sieć przyrasta z każdą sekundą o miliardy śmieci i jestem więcej niż pewien, że za jakiś czas nauka historii obejmie swym patronatem i tą przestrzeń. Ale ja nie o tym chciałem.

Obecnie nie mam jakoś weny twórczej, bo jestem zajęty walką ze światowym żydostwem, ale nie było jeszcze miesiąca bez żadnego wpisu i teraz inaczej być nie może. Tak poza tym, to za chwilę stukną nam dwa lata istnienia, ale pewnie jak co roku o tym zapomnimy. Dwa lata to jednak już piękny wiek. To już coś więcej niż chwilowy kaprys i jest szansa, że blog będzie wiernie towarzyszył nam przez kolejne meandry życia. I kolejne etapy walki ze światowym żydostwem.

Jako że już nie mam o czym pisać, na tym poprzestanę. No może jeszcze wkleje jedną z piosenek, które ostatnio chodzą mi po głowie, gdy walczę ze światowym żydostwem.

Niedawno wyszła nowa płyta Komet. Dziennikarze muzyczni mawiają wtedy – nowa płyta ujrzała światło dzienne. Jak już kiedyś pisałem (robiąc copy & paste z tego co napisał ktoś inny), to zespół dla zblazowanych nastolatków, którzy myślą o samobójstwie i depresji tylko dlatego, że te są obecnie modne. Ich twórczość to generator smutku, ale takiego spod znaku dobrze sytuowanych dzieci bogatych rodziców. Wiecie, coś co czujecie gdy tatuś nie pozwolił wam pożyczyć swojej limuzyny na randkę i musicie dziewczynę odwozić własnym, starym bo już dwuletnim Golfem. Albo ta chwila, gdy nigdzie nie możecie kupić nowego Ipada i już nie jesteście trendy i na czasie. Depresja. Smutek. Dół. Komety to Bóg lansiarzy, strojnisiów, pedałków, żydów i wszelkich quasi-hipsterów, którzy do Warszawy dojeżdżają pekaesami (albo dwuletnimi Golfami od starych). Nie należę do żadnej z tych dewiacji, ale zespół jakoś jeszcze lubię. Może na przekór. Niemniej, pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się kupić płytę jakiegokolwiek zespołu tuż po premierze. Nie żeby chcący. Ale tak właśnie wyszło z Luminalem. Na recenzję nie będę się silił, bo za głupi jestem, ale jeden kawałek mi się podoba z pewnością.

Pretensjonalne jak wypracowania licealistów, no ja wiem. Ale wpada w ucho, no i pełno tam głęboko ukrytych aluzji do walki ze światowym żydostwem. Te rozgrzane autostrady, szlaki ludzkich ciał, wzburzone fale, kaczki, mewy, łąbędzie... Albo może mi się coś zdaje...