Dzisiaj piękny dzień, godny zapamiętania na długo. Polonia w derbach Warszawy pokonała cweli!!! Po raz pierwszy od dekady. Po raz pierwszy odkąd jestem aktywnym kibicem Dumy Stolicy widzę na własne oczy zwycięstwo nad Legią. Na razie jest jeszcze niedowierzanie, bo przecież co jak co, my jesteśmy przyzwyczajeni do wiecznego smaku porażek. Ale za chwilę pojawi się radość.
Nie ma co ukrywać, że gdy padła bramka dla nas, nie tylko skakałem ze szczęścia jak małe dziecko, ale do tego dosłownie popłakałem się. Może i nerwy jakie mi Polonia serwuje skrócą moje życie o kilka chwil, ale zaprawdę Wam powiadam, że dla takich momentów jak ten dzisiaj warto przez cały sezon łapać się za głowę i serce. Już nikt nie pamięta, że jeszcze niedawno potraciliśmy punkty w ostatnich sekundach, że nasz bramkarz został pokonany nawet przez kępę trawy, że nasi zawodnicy pół sezonu najzwyczajniej przespali, a napastnicy robią wszystko byleby tylko nie strzelić komuś gola. Tak to już bywa, jeden mecz potrafi zmazać wiele. Zwycięstwo nad kanalarzami zmazuje dosłownie wszystkie grzechy, tak przeszłe jak i kilka przyszłych.
Zdjęcie tablicy wyników to będę jeszcze dzieciom pokazywał, chociaż mam nadzieję, że teraz zielona truskawka nieprędko nas pokona.
Tym samym, zapewniliśmy sobie utrzymanie w lidze, a i JW już deklaruje z uśmiechem, że nie ma serca Polonii zostawić. Dzisiejszy doping, frekwencja i zaangażowanie po obu stronach daje jakiś promyk nadziei, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie na K6.
Mam nadzieję, że zmieni się wiele i to na lepsze, ale pozostawiłbym jednak ładunek emocji, który nam się tu funduje. W tym sezonie było ich mnóstwo i za to kocham Polonię Warszawa :)
To są wspomnienia komputerowe sadata. Nie czytaj ich jeżeli w 1994 roku znałeś anatomię koleżanek z klasy lepiej niż ostatnie levele Flashbacka (nie czytaj ich tym bardziej, jeżeli nie wiesz co to jest Flashback).
W moich starczych wspomnieniach zatrzymałem się na roku 1994. Gdzieś w lutym, podczas ferii zimowych do moich domów (tak, tak, tacy jak ja mają ich po kilka) trafiła Amiga 600. Radości nie było końca. Szczęście psuły jedynie smutne oczy mojej eks, więc bez litości spakowałem starą atarynkę do tekturowej trumienki i opchnąłem ją jakiemuś biednemu dziecku za paczkę fajek. Tak się zakończył wieloletni związek. No cóż. W biznesie i miłości nie może być litości, jak mawiają chińczycy. Nowy komputer był niczym więcej jak nieco odświeżoną wersją Amigi 500, która królowała od drugiej połowy lat 80-tych. Tak naprawdę, była to wersja z jednej strony nieco poprawiona, z drugiej – nieco przycięta względem starszej koleżanki. Ale grało się wyśmienicie. I chyba żadna nowalijka technologiczna do tej pory nie wzbudziła we mnie takiego szoku jak przeskok ze świata 8-bitów w krainę 16-bitowców.
To były jeszcze szalone czasy nieujarzmionego piractwa w Polsce, więc gier było mnóstwo, sprzedawane były wszędzie – w sklepach branżowych, w sklepach z elektroniką, na bazarach, bazarkach, w księgarniach... Tak szczerze, od bodajże 1 stycznia 1994 roku weszła w życie słynna ustawa „anty-piracka”, ale przez ponad rok trudno było powiedzieć, że jakkolwiek jest realizowana w praktyce. Źródełko gier wysychało bardzo bardzo powoli. Trudno mi nawet wspomnieć te kilka czołowych tytułów, bo nasuwa mi się od razu ich kilkadziesiąt, a kolejna setka puka do bram mej pamięci.
W pierwszej kolejności jednak wymienić muszę Secret of the Monkey Island. Genialna przygodówka LucasFilm, wyrazisty bohater o imieniu i nazwisku, którego nikt nie jest w stanie powtórzyć, wiele humoru, no i ten klimat. Klimat karaibskich wysepek, piratów, przygody czyhającej na każdym kroku. Ładna grafika, wpadająca w ucho muzyka i dużo, dużo śmiechu – po prostu klasyka i najważniejsza gra mojego życia już na zawsze.
Film powyżej jest wyjątkowy, albowiem zawiera… całość gry. Taka ciekawostka dla naprawdę maniaków. Swoją drogą, mam tą grę w nowej wersji na X360 i jakiś czas temu spędziłem nieco czasu w nią grając.
Innym tytułem, który zabrał mi dużo czasu, był Lost Patrol. Gra nieco zapomniana, odbiegająca od ówczesnych standardów. Fabuła była niby prosta – gracz steruje tytułowym zagubionym patrolem, który musi przedostać się przez niebezpieczne tereny Wietnamu do swojej bazy. Sporo emocji, nerwów, nieco strzelania i taktyka walki z przeważającymi siłami wroga. No i atmosfera czającego się niebezpieczeństwa, wzmagana faktem, że sterujemy zespołem ledwie kilku osób.
Główny utwór po dziś dzień budzi we mnie stare emocje. Prawdziwy hit czasów syntezatorów i amigowych przetworników.
Mam też sentyment do jednej z pierwszych gier w jakie na Amidze grałem.
Big Run to wyścigi rozgrywające się na terenie Afryki Zachodniej. Niby nic wielkiego ale rozbudzało to wyobraźnię 13-latka bardziej niż zaokrąglające się kształty koleżanek z klasy. Szczególnie jeżeli samochód w końcu wyglądał jak samochód, a nie pięć pikseli połączonych ze sobą na krzyż, a Afryka miała więcej kolorów niż dwa.
Mógłbym tak jeszcze długo. Był w końcu wspomniany na początku Flashback, był jego protoplasta czyli Another World. Był Lotus, Gunship 2000, Street Fighter 2, Body Blows, Sensible Soccer (który w swoich wszystkich mutacjach zjadł mi najwięcej czasu ze wszystkich gier!!!), Super Frog, Soccer Kid, Fire Force, Lost Vikings, One Step Beyond czy Push Over. I wiele, wiele innych. Niektóre zapamiętałem ze względu na tzw. „grywalność”, inne bo miały piękną jak na tamte czasy grafikę. Były wśród nich także perły, które angażowały mój młodzieńczy umysł złożonością wirtualnego świata. Chociażby jak Dune, w którą się zagrywałem do upadłego. W tym samym mniej więcej czasie czytałem książki Franka Herberta (dzisiaj już chyba nie byłbym w stanie przez nie brzebrnąć).
Ta gra miała jeden z najlepszych soundtracków w dziejach elektronicznej rozrywki. O ile Dune 2, czyli jeden z protoplastów ery tzw. RTS-ów, jest znacznie bardziej znana, dla mnie pierwsza odsłona przygód na piaszczystej planecie jest w absolutnej czołówce po dziś dzień.
Na sam koniec, jeszcze jedna gra z młodości. Diabolik to mało znana produkcja oparta na włoskich komiksach o złodzieju okradającym innych złodziei (co za oryginalność). Szczerze, to nigdy daleko w niej nie zawędrowałem. Sam tytuł zapomniałem i dopiero niedawno na nią trafiłem, ze zdziwieniem krzycząc: przecież w to grałem!
Mój romans z Amigą 600 nie trwał długo. Po jakimś czasie w moim życiu pojawiła się nowa przyjaciółka, ale o tym napiszę już kiedyś indziej.
Polonia jednak wygrała w Krakowie i dzięki temu spadek staje się jakby mniej realny. Wszystko się jeszcze może zdarzyć, bo polska liga, co by o niej nie pisać, w tym roku jest emocjonująca do samego końca niczym filmy z Jenną Jameson. Wiadomo, że pewnie wygra Wisła, ale wytypować dwójkę do degredacji jest dosyć ciężko nawet na dwie kolejki przed finiszem. http://ekstraklasa.tv/ekstraklasa/10,91844,7856326,28__kolejka__Cracovia___Polonia_W__1_2__Skrot_meczu.html Jak ktoś sobie chce zobaczyć albo przypomnieć, to trzeba wkleić linka na górze, no nie.
Mecz z Cracovią mógł się podobać. Ja naiwnie wierzę, że po trudach tego sezonu, w kolejnym, na stulecie klubu, Polonia będzie grała dobrze i sprawi jeszcze niejedną niespodziankę. Teraz jednak najważniejsze są wtorkowe derby na K6. Znowu będą emocje, nerwowe spojrzenia w autobusie, który z pracy zawiezie mnie pod stadion (nie powiem jaki ma numer, ale wyprawa dla mnie zaczyna się w okolicach, gdzie tubylcy uznają Kazimierza Deynę za świętego i rysują mu na muralach aureolę nad głową). Wejdą, nie wejdą, mają bilety czy nie mają, będą mieli ze sobą widelce czy nie, i czy to prawda, że przyjdą z koszami truskawek – do tradycyjnych derbowych wątpliwości dochodzą kolejne i kolejne nowe.
Można się śmiać, ale nadchodzi nowe i reklamówka powyżej jest pierwszą jaskółką zmian. Zmian których „zły dotyk” poczują najpierw nasi zieloni rywale z przedmieść i wiosek Mazowsza, ale potem komercjalizacja piłki nożnej rozleje się niczym zupa z cieknącego talerza i zaleje nas wszystkich potokiem gówna. Niestety, ten sport w Polsce czeka droga ku elitaryzacji. Za jakiś czas na nowoczesnych stadionach zasiąda komplety widzów – zmanierowanych, łasych na pamiątki, zjadających grzecznie kiełbaski, siedzących na swoich miejscach ale także szybko się nudzących mizerią wyciekająca z boiska.
W ten sam piątek, no muszę o tym napisać, miała miejsce kolejna gala KSW. Gwiazdą wieczoru był Marian (wiem, że Mariusz, ale Marian do niego lepiej pasuje) Pudzianowski, wschodząca gwiazda MMA, celebryt, ikona, cudowne dziecko Solorza i twarz Polsatu. Trochę szkoda mi tych wszystkich fanów sztuk walki, którzy przez lata grzecznie odwiedzali gale, emocjonowali się przaśnymi pojedynkami w zapoconych salach, własnymi pieniędzmi wydawanymi na bilety pomagali tworzyć ten „sport” od podstaw. Co czują teraz, widząc ową szopkę dookoła?
To powyżej to najnowszy przebój Pudzian Band, w rytmie którego na ring wyszedł ostatnio Marian. Mocne uderzenie, to trzeba przyznać uczciwie. Zrypa czapki z głów. No i te teksty, godne Szymborskiej w kwiecie wieku:
„Słowiański wiatr budzi respekt Roznosi wszystko co się da Słowiański wiatr niczym szerszeń Nie daje tobie żadnych szans”
Piastowska i Polska to jest pszczoła tudzież osa, ale rozumiem, że trudno znaleźć do nich rym, więc im wybaczam tego szerszenia.
Nie mam siły pastwić się nad tym widowiskiem. Samo MMA, szczerzy bądźmy, to sport żywcem wyniesiony z erotycznych fantasmagorii zastępów gejowych. Walkę w postawie bokserskiej to ja jeszcze rozumiem, ale kiedy chłopaki schodzą do parteru to myślę, że niejedno gołębie serduszko staje w towarzystwie innego organu naczelnego. Kiedyś trenowałem zapasy to swoje wiem. Po tym jak pierwszy raz zawalczyłem na macie i poczułem ciepły oddech kolegi na moim kroczu, zrozumiałem razem z moją mamą, że to nie jest sport dla mnie i że nigdy nie będę gejem, to znaczy się zapaśnikiem. Druga sprawa to cała otoczka. Celebryci w postaci Waldemara Kiepskiego, jednej z sióstr Mroczek czy innych tancerzy i osób, które spały ze znanymi ludźmi, to oczywiście wspaniali ludzie, pełni ciepła i wiedzy. Każdy kraj ma takie gwiazdy na jakie zasłużył. Pod ringiem czołowe miejsca zajmują karczyści chłopcy z miasta. Nieśmało zerkają na cudnej urody blondynki z uśmiechem wskazującym na poważne ubytki kory mózgowej. Wokół gra wesoła muzyka, wchodzący na matę zawodnicy przypominają zastępy cyrkowych kuglarzy – większość z nich nawet pewnie nie wie gdzie do końca są. Wieje wiochą, ale cóż, ludzie to lubią. MMA promuje się na Pudzianowskim, Polsat wywąchał w tym wszystkim spore pieniądze i już tak łatwo sobie nie odpuści owej zdobyczy. Wiec jesteśmy skazani na Mariana jeszcze długo, zanim nie dostanie w mordę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten wiejski odpust to zapowiedź tego jak za jakiś czas będzie wyglądała nasza piłkarska liga. A na ukojenie nerwów, pewnie już to kiedyś prezentowałem, sztandarowa pieśń Olimpiakosu Pireus. Nawet kiedyś byłem na ich meczu to wiem co mówię. A mówię, że chciałbym, żeby już we wtorek z podobnym fanatyzmem „pociągnąć” nową pieśń Polonii na meczu ze zgniło-zieloną truskawką.
Dobrze, że Sadat w końcu wziął się za pisanie bo jeszcze chwila a blog by umarł śmiercią naturalną. Ważne, że jesteśmy znowu. Znaczy ja to jeszcze stanu cywilnego nie zmieniłem więc cały czas jestem zajęty różnymi sprawami, więc pewnie znowu napiszę dopiero coś za miesiąc. Ale to nieważne, ważne, że przynajmniej Sadat jest w dobrej formie. Jego niedawny post przypomniał mi, ze w końcu jestem politologiem. Mimo, że wczoraj na 6 rano szedłem do roboty malować i tak malowałem przez 10 godzin. Mimo, że wróciłem do domu z poplamiona farbą twarzą i rękoma, mimo że czuć było ode mnie specyficzną won rozpuszczalnika, farby emulsyjnej i olejnej wymieszanej z dymem papierosowym. Mimo, że pierwsze co zrobiłem po powrocie do domu to otworzyłem piwo i usiadłem na kanapie i nie chciałem o niczym myśleć; mimo to wszystko jestem politologiem. wobec tego trochę znam się na polityce, to znaczy znam parę definicji, wiem jak tam działają mechanizmy polityczne i takie tam, wiecie. Do czego zmierzam. Zmierzam do tego, że będąc politycznie w pełni świadoma osobą ma w dupie tą całą politykę. Przeciętny człowiek taki jak ja czy Wy nie ma żadnego wpływu na nic. Nie ma różnicy czy głosujesz na lewicę czy prawicę, niezależnie czy w USA rządzi Bush czy Obama, niezależnie od podniosłych uchwał, przemówień nic się nie zmienia i zmieniać się nie będzie. Żyjemy uciskani przez system, system który powstał w wyniku upadku prawdziwej własności prywatnej. W tej chwili nie ma posiadaczy, są tylko niewolnicy korporacji. Ilu z Was ma własne mieszkanie? Ale tak naprawdę własne, a nie banku. Czy możecie sobie sprowadzić używany samochód z zagranicy bez problemu. Czy system nie robi wszystkiego, żebyście musieli kupić samochód prosto od producenta. A jak już macie swoje mieszkanie czy samochód system gnębi Was wyssanymi z palca podatkami. Mało tego jak ktoś czy zapisze Wam w spadku mieszkanie albo coś odziedziczycie jesteście również zmuszeni do oddania haraczu państwu. Ogólnie doją nas jak chcą. System nie potrzebuje ludzi niezależnych, on potrzebuje niewolników. Pieniądze mamy trzymać w jego bankach, jego banki mają posiadać nasze mieszkania a jak komuś uda stać się samodzielnym to musi za to słono płacić. Dlatego ja to pierdolę, nie będę na nikogo głosował, nie będę uczestniczył w cyrku, który ma stworzyć złudzenie naszej niezależności, złudzenie że na coś mamy wpływ. Bo tak naprawdę nie wybieracie swoich reprezentantów, wybieracie ludzi którzy będą służyć systemowi, którzy pod ten system będą tworzyć ustawy czy będąc prezydentem będą je podpisywać.
Dla mnie żadna ziemska władza nie ma znaczenia, królem Polski jest Jezus a nie marionetki systemu. System jest zły, polityka jest zła, Babilon i zepsucie. Dlatego Wy też nie głosujcie, bo głosując wybieracie sługów Szatana.
No i obaj zapomnieliśmy o rocznicy powstania bloga. Minął już rok od istnienia Curva Mortale w sieci. Gdy zaczynaliśmy. Cóż, byliśmy piękni, młodzi a obecnie jesteśmy tylko młodzi i piękni. Ostatnio to miejsce nieco cuchnie stęchlizną i wchodzi tu coraz mniej osób. Mamy podgląd na to skąd trafiają ludzie do nas i nie napawa to radością - patrzcie sami jacy durnie nas odwiedzają!!! Gdyby nie przekleństwa i odniesienia do subkultur, to by nas jedynie znajomi czytali. Ja tam się nie dziwię, bo...
... bo „nieco” straciliśmy zapał do aktu tworzenia. Mnie pochłania praca i obowiązki człowieka renesansu, który musi pielęgnować swoje rozliczne pasje. Greg zaś za chwilę zmienia stan cywilny i ma na głowie ważniejsze rzeczy. Żeby dobrze zobrazować to co się dzieje z nami ostatnio, dopowiem, że po raz pierwszy od wielu wielu lat... zapomniałem o meczu ukochanej Polonii. Co prawda, grała na wyjeździe, a mecz był zaległą kolejką rozgrywaną zaraz po zakończeniu żałoby narodowej. Ale nie zmienia to faktu, że o tym, że wygrali dowiedziałem się z (wstyd) onetu. Poczułem wtedy, że oddalam się od najważniejszych dla siebie rzeczy.
Co do Polonii. Dzisiaj mecz przyjaźni z Cracovią na Suchych Stawach. Nie wiem co to będzie. Jak nie wygramy, to przytulimy się do dna tabeli niebezpiecznie mocno. A do końca sezonu ledwie trzy kolejki. Jest promyczek nadziei, w ostatnią sobotę udało się pokonać Jagiellonię. Nawet w dobrym stylu, chociaż nie napisałbym, że chłopacy z Białego walczyli do upadłego. Nie liczy się jakie. Ważne jest zwycięstwo. Nawet nie pamiętam kiedy je widziałem na K6 ostatni raz...
Żeby nie było – materiał pochodzi z www.ksppolonia.pl.
Poza rozważaniami na temat Polonii („spadnie, nie spadnie, oto jest pytanie”), czas spędzam na różnych czynnościach. O większości z nich nie mogę niestety napisać, bo prokuratura tylko szuka takich jak ja. Jedną z tych bardziej legalnych jest leniwe obserwowanie tego co dzieje się na scenie politycznej. W końcu już niebawem nie pójdę głosować kolejny raz. To znak, że wybory prezydenckie tuż tuż. Niestety, w przedbiegach odpadł Ludwik Wasiak, któremu już zamierzaliśmy przyznać naszą rekomendację (takie „suggested by Curva Mortale”) i zachęcąć Was do oddania głosu właśnie na niego. Po co oddawać głos nieważny, skoro można jeszcze dobitniej pokazać co się sądzi o demokracji i w pełni wykorzystać wachlarz możliwości jakie oferuje?
Niestety, nasz naród kolejny raz okazał się być niedostatecznie dojrzałym do zrozumienia prawdy. Szczerze, to ja też mam z tym problemy, chociaż kogo jak kogo, ale mnie z całą pewnością można nazwać oszołomem i żydożercą. Kierunek polityczny Wasiaka nakreślony jest w przemowie poniżej. Ciekawa to linia, sięgająca i do Kazimierza Wielkiego i do Konrada Mazowieckiego. W końcu ktoś kto ma szerokie horyzonty.
Podobno standardowym działaniem służb wywiadowczych jest wspieranie tego typu oszołomów. Wasiaka chyba słabo wspierali, bo nie zdążyli mu zebrać 100 tysięcy podpisów i Polska na nowego Łokietka będzie musiała jeszcze poczekać. My jednak będziemy pilnie obserwować jego karierę, bo takich ludzi nam dzisiaj potrzeba w tych ciężkich czasach. Amen.
To wspomnienia komputerowe sadata – nie czytaj jeżeli w roku 1991 robiłeś coś innego niż rozwiązywanie zagadek Mózgprocesora! ***
Coś ostatnio nasz blog kuleje. Nie ma o czym pisać, a jak jest to nie nadaje się to do publikacji. Moglibyśmy w sumie popłakać nad losem naszej ukochanej Polonii. Ja ciągle wierzę w cud, bo wiara w cuda charakteryzuje prostaczków, a ja zasadniczo to prostak jestem. Redaktor Greg, jako że korzenie rodzinne sięgają Litwy, bawi się w wieszcza, który widzi otchłań IV ligi do której nasza Czarna Duma Stolicy spada na oczach naszych. Ale nawet to nie jest w stanie sprawić byśmy odstawili swe kobiety, butelki alkoholu i poświęcili kilka minut na stworzenie tekstu dla potomności. Co się z nami dzieje?
A tu przecież, już niebawem, stuknie nam okrągły, pierwszy i z pewnością nie ostatni, rok naszej działalności. Miały być sympozja, referaty, gratulacje odbierane z rąk ważnych tego świata, ale ostatecznie postanowiliśmy, że rocznice będziemy obchodzić w skupieniu i atmosferze spokoju oraz refleksji. Góra kilka wywiadów plus pamiątkowe zdjęcia dla celebrytów, których naprawdę lubimy: Jenna Jameson i kilka koleżanek.
Chyba się po prostu robię stary. Pierwsze oznaki starości to wcale nie zadyszka na schodach, kłucie w boku i problemy z prostatą. To wszystko mam przecież od wczesnego liceum. Starość zaczyna się od tego, że coraz częściej zaczynam wspominać przeszłość, a następnie robię wszystko albo chociaż sporo, by ją sobie, choć w części, przywrócić.
Taka mnie naszła refleksja, gdyż ponieważ od kilkunastu dni wskrzesiłem swoje pradawne hobby, czyli pasję związaną ze starymi komputerami. Mówiąc wprost: siedzę na allegro i walczę z innymi łysiejącymi dupkami o to kto da więcej za Atari albo Amigę. Może to i zabawne, może i niewinne, ale ile daje radości. A ile wspomnień do człowieka wraca.
Właśnie czekam aż kochana poczta polska przyślę mi pierwsze zdobycze, w tym komputer taki jak poniżej. O którym to postanowiłem napisać kilka zdań, bo tak jest dla mnie ważny.
Tak wyglądała moja pierwsza kochanka. To był długi związek. Rozpoczął się bodajże w 1989 roku i trwał do 1994, kiedy to, zgodnie z prastarym prawem dżungli i przyrodzenia, zmieniłem ją na lepszy model. Atari 65 XE dało mi dużo radości i całkiem sporo rozczarowań. U progu III RP był to komputer u nas (tj. w Polsce, w poważnych inteligenckich rodzinach) nader popularny, ale już mocno odstający od rzeczywistości zza Żelaznej Kurtyny. Nowe, zachodnie gry powstawały dedykowane platformom 16-bitowym i szerokim łukiem omijały moją kochaną mydelniczkę. Często coś „skapywało” Commodore 64 i pamiętam zazdrość, że lokalni posiadacze C64 mogli grać w Defender of the Crown czy Iron Lorda, a ja nie.
To właśnie Defender of the Crown w wersji na C64. Trudno zrozumieć, że to „coś” mogło budzić jakiekolwiek uczucia, poza zniechęceniem czy zdziwieniem. Ale tak właśnie to było. Chodziłem do kolegów grać i oglądać takie dzieła, a potem wracałem do domu i ze złością patrzyłem na Atari, które o takich grach wkładanych do magnetofonu mogło najwyżej pomarzyć.
Wszystko to wspominam i tak czule. Wcale nie pamiętam wkręcanych taśm, długich minut poświęcanych na „wgranie się” i tych chwil, kiedy ktoś nieopatrznie włączał odkurzacz podczas tego procesu. Wiadomo – wtedy magnetofon szalał i trzeba było przewijać na początek i od nowa. Czekało się długie minuty pośród dziwnych dźwięków, pisków i trzasków. By na końcu ujrzeć takie zlepki pikseli.
To River Raid. Pierwsza gra w jaką grałem. Rekord – gdzieś powyżej setnego mostu. Albo może i dalej.
To z kolei Pitfall, czyli odpowiedź rynku gier na popularność Indiany Jonesa. Mamy tu skakanie po lianach, skarby, tajemne przejścia, krokodyle i toczące się bale drewna. A raczej, możemy mieć, jeżeli nasza wyobraźnia pozwala nam zobaczyć to wszystko w zlepku pikseli.
A to jedna z moich ulubionych, czyli Agent USA. Fenomen polegał na tym, że do dyspozycji mieliśmy całe Stany Zjednoczone, które mogliśmy przemierzać pociągiem. Nieważne, że wszystko wyglądało tak samo. Liczyło się to uczucie wolności, gdy wsiadało się do pociągu w Chicago, by wyjść w Sacramento. Nawet jeżeli oba „miasta” różniły się jedynie napisem na „dworcu”. Po dziś dzień, tak mniej więcej połowa mojej wiedzy geograficznej na temat USA pochodzi właśnie z Agenta. Byłem zszokowany podczas mojej pierwszej tam wizyty, gdy okazało się, że amerykanie wcale nie mają kapeluszy i nie składają się z dziesięciu pixeli na krzyż!
Najładniejsza gra na małe Atari? Nie wiem. Ale być może Karateka. Animacja wyprzedzała epokę i możliwości techniczne dzieła Jacka Tramiela. Jakoś nigdy nie miałem do niej cierpliwości i wolałem grać w International Karate, które było równie ładne ale dużo mniej wymagające. No i można było grać na dwa „dżojstiki” (poniżej).
Dobre zachodnie gry na Atari w większości urywają się gdzieś około połowy lat 80-tych. Producenci skupiali się na poważniejszych platformach. Jeżeli jakaś produkcja pojawiała się jeszcze w świecie 8-bitów to niemal zawsze była to wersja na C64, Amstrada czy nawet Spectruma. O małym Atari nikt już nie chciał pamiętać. Dziurę zapchali polscy programiści, którzy od początku lat 90-tych poczynali sobie śmielej i śmielej. Doszło nawet do sytuacji takiej, że niemal wszystkie nowe gry na Atari były z Polski. Co najmniej kilka z nich to istne perły, które wyssały z szarego pudełka więcej niż spodziewano się, że tam siedzi.
Przygodówki w stylu AD 2044 (Seksmisja!), Klątwa czy Barahir to była jakość niespotykana do tej pory na tym systemie. Tym zachwycał się cały atarowy świat (i nieważne, że wtedy składał się jedynie z byłych demoludów i garstki biedujących zachodnich maniaków). Ja z kolei pamiętam m.in. Przemytnika, czyli „klon” Frontiera, Cywilizację (która potrafiła wciągnąć niczym oryginał Sida Meiera), Władcę (po latach doczekałem się gry podobnej do Defender of the Crown) czy genialnego Inspektora, osadzonego w polskich, śmierdzących realiach. Były jeszcze Bank Bang, Jaffar imitujący Prince of Persia i wiele, wiele innych. Aż się wzruszyłem.
A jako że rozpisałem się jak nigdy, to pomyślałem, że póki jeszcze wszystko tak szczegółowo pamiętam, to spiszę swoje komputerowe wspomnienia w kolejnych odcinkach. Bójcie się :-)
Jako blog aspirujący do bycia miejscem gdzie czytelnicy mają szansę zdobyć nieco ogłady oraz argumentów używanych do dysput toczonych przy najtańszym piwie, nie możemy przejść obojętnie obok tego co się obecnie dzieje. Tym bardziej, że obaj jesteśmy politologami - tzn Greg jest w 100%, a ja mniej więcej w 4/5.
A dzieje się wiele.
Sobotnia tragedia to naprawdę dekapitacja polskiej polityki oraz armii. Nie będę się rozwodził nad dramatem rodzin, bliskich i przyjaciół tych którzy zginęli. Każdy z nas stracił bądź niestety jeszcze straci kogoś z kim jest związany emocjonalnie, więc wiemy jakie to uczucie. Dziwne, choć niestety niezbędne, bo życie składa się zarówno z radości jak i cierpienia. I nie zmienia tego fakt, że od wielu lat świat dookoła nas robi wszystko, by zminimalizować to drugie na korzyść pierwszego. Najlepiej byłoby oddać cześć poległym swoim własnym milczeniem, ale cała Polska huczy i huczy o tym samym od kilku dnia. Końca nie widać.
Tragedia smoleńska to, odzierając ją z emocjonalnej nadbudowy, także przedziwna lekcja politycznych mechanizmów. Prezydent Kaczyński przecież to ciągle ta sama osoba co jeszcze tydzień temu. Do jego biografii dodać można jedynie jedną jedyną nową informację: zmarł. I nagle zmienia ona wszystko. Z siłą tak wielką, że przewraca do góry nie tylko ramówki stacji ale nawet poglądy nieomylnych proroków polityki rodem z niebieskiego studia TVN24.
Jeszcze niedawno publicznie wyśmiewany i marginalizowany. Niekoronowana czołówka polskich portali video. Lepszy od Dody i całej reszty popkulturowego barachła, które od lat straszy nas z każdego kąta grożąc że albo zacznie to śpiewać, albo udawać że jest aktorem bądź cokolwiek innego. Jego słynne językowe lapsusy przeszły do legendy polskiego internetu. To dzięki niemu możemy nazwać psa prasłowiańskim imieniem "irasiad". Od momentu gdy nazwał go Borubarem, kariera Artura Boruca chyli się ku upadkowi. Nikt nie wiedział o istnieniu Rożera Perejro, dopóki postaci nie stworzył Pan Prezydent. Widząc pijaczka każdy z nas może powiedzieć, cytując klasyka "spieprzaj dziadu". A przykłady można mnożyć. Zastanawiam się jedynie - czy autorzy owych dzieł usuną je z czeluści internetu czy też jednak pozwolą zachować owe pomniki spiżowe postaci Lecha Kaczyńskiego?
Zmierzam do tego, że żyjący polityk to zawsze wróg ludu. Ktoś kto omamił, ktoś kto na pewno kradnie, ktoś kto, używając języka rynsztokowego ale powszechnego, wyżej sra niż dupę ma. Wobec polityki ciągle oddychającej zachowujemy się niczym porzucona nastoletnia dziewczyna wobec swej byłej miłości: "no jak on mnie podszedł, że mu sie żem oddała?". Polityk który umarł to już człowiek. Czyli ktoś komu wolno mieć słabości, popełniać, nawet seryjnie, błędy. To ktoś na czyje życie patrzy się jak na swoje. Z dobrotliwością i zrozumieniem. I Prezydentowi Kaczyńskiemu, na złość jego rozlicznym wrogom, udała się rzecz unikalna w dziejach III RP. Został mężem stanu. I co najlepsze, osiągnął to powtarzając stary jak Bełchatów schemat. Bo polityk zostaje kimś więcej dopiero po swojej śmierci. Za życia każdy budzi kontrowersje i jest na to po prostu "za mały". De Gaulle za Algier był wrogiem numer jeden dla wielu rodaków. Zanim zmarł i przeszedł do panteonu przegrał jeszcze referendum publiczne, co uznał za ostateczne votum nieufności narodu. "Nasz" Piłsudski był ex-socjalistą, który wprowadził rządy autorytarne i tłamsił polityczną różnorodność. Dopiero po śmierci wszyscy zdali sobie sprawę dobitnie z jaką osobą mają do czynienia. Aldo Moro byłby jedynie jednym z tysiąca włochów, którzy w CV mogą sobie wpisać stanowisko "premier". Dzięki Czerwonym Brygadom jest legendą. I tak dalej i tak dalej.
Żeby Polskę przeorać na nowo, media już podnoszą larum w sprawie miejsca pochówku. Wawel to podobno miejsce nie dla Prezydenta. Leżą tam przecież nie tylko wybitni monarchowie, ale i takie persony jak osobnik o aparycji oraz intelekcie wioskowego głupka (Korybut Wiśniowiecki), erotoman gawędziarz łamiący podkowy (August Mocny), cała plejada Wazów, z których połowa stękała do swojej ojczyzny, Szwecji. Dalej mamy jeszcze Generała Sikorskiego, który znany jest z tego, że się rozbił na Gibraltarze (co bardziej uczeni w naukach powiedzą o nim jeszcze góra dwa zdania). Mamy terrorystę wysadzającego pociągi za młodu, czyli Marszałka Piłsudskiego. A na koniec mamy moich ulubionych nierobów, czyli wieszczów, z których połowa była dobrze zaznajomiona z paryskimi kloszardami. Zaiste, miejsce godne pochówku jedynie wybitnych postaci.
Jedyne co w w tym całym Wawelgate mnie smuci to to, że skoro już chowa tam się jednego Prezydenta to byłoby gęstem pięknym gdyby pochowano także drugiego, który zginął w feralnym locie. Ryszard Kaczorowski swoją postacią pięknie spinał dziedzictwo II RP z obecnym tworem państwowym. Szkoda, że zapomniano i o tej symbolice, rozwodząc się jedynie nad Pierwszym Obywatelem rodem z zielonego Żoliborza.
A na koniec piękna piosenka, typowy wyciskacz łez, działający zarówno na pisowczyków, peowczyków, katolików, ateistów, wynawców świętości murów wawelskich jak i tych którzy są w tej kwestii wiary pozbawieni. Amen.
PS. A żeby nie było że się wypieram bądź wstydzę: jedyną poważną nić sympatii do zmarłego czułem dawno temu, w czasach afery rozdmuchanej przez słynny dokument emitowany w TVP. Potem, jako młody i naiwny student prawa, byłem nawet na jednym spotkaniu z ówczesnym Ministrem Sprawiedliwości, który wiele osób rozczarował ostro stwierdzając, że jest przeciwny karze śmierci oraz prywatyzacji więzień. Byłem bliski łez gdy ogłaszano wyniki wyborów prezydenckich. Teraz jestem już dużym chłopcem i mam politykę tam gdzie ona ma mnie, czyli w nosie.